„Kocio, Kozioł, Senator” Andrzeja Brzezieckiego. Pierwsza biografia Krzysztofa Kozłowskiego

Nie siliłem się na wymyślanie oryginalnego tytułu do tego tekstu. Ten, którego użył Andrzej Brzeziecki, jest przecież świetny, jakżeż doskonale oddaje etapy życiowej drogi Krzysztofa Kozłowskiego, postaci niegodnej zapomnienia, którego dziś doświadcza.

Każdy kto pamięta jeszcze tamten „Tygodnik Powszechny”, wielkie płachty zadrukowanego papieru, sążniste teksty sygnowane nazwiskami luminarzy polskiej kultury, pisma nie obawiającego się publikowania na pierwszej stronie poezji Czesława Miłosza, musi wracać pamięcią do osoby Krzysztofa Kozłowskiego. Niewiele publikował, podobno pisać nie lubił, ale współtworzył wraz z Jerzym Turowiczem fenomen „Tygodnika”, niezwykłej oazy swobody myślenia. Turowicza zapewne jeszcze dziś pamiętamy, ale czy Kozłowskiego? Historia i pamięć nie są sprawiedliwe, pośmiertne losy „Kocia, Kozła, Senatora”, są tego znamiennym przejawem.

„Starzy” i „młodzi”

Dlatego dobrze, że powstała biografia pióra uznanego i cenionego autora – Andrzeja Brzezieckiego, uhonorowanego onegdaj Nagrodą im. Jerzego Turowicza za książkę o Tadeuszu Mazowieckim. „Kozioł” był dla „Tygodnika Powszechnego” ważny, niemal tak jak Jerzy Turowicz. Członek tzw. „młodej redakcji”; tak, to miano przydawano tym, którzy przyszli do pisma odnowionego po październiku 1956 r., a byli nimi m.in. Jerzy Kołątaj, Bronisław Mamoń, Tadeusz Myślik, Marek Skwarnicki, Jacek Susuł i Tadeusz Żychiewicz. Krzysztof Kozłowski był ich nieformalnym przywódcą i to on właśnie stał się filarem wznowionego „Tygodnika”.

Pewne animozje miedzy „starymi”, którzy tworzyli „pierwszy” „TP”, przed 1953 r. i „młodymi” były zrozumiałe. Stanisław Stomma, twórca strategii politycznej pisma wziął kiedyś Kozłowskiego na stronę i zapytał: „ale, czy wy naprawdę jesteście wierzący?”. Jakże to bliskie przewrotnemu bon motowi dotyczącemu obecnej, kolejnej już „młodej” redakcji: „Jedyne katolickie pismo, w którym tylko redaktor senior jest wierzący”, powiadali złośliwcy.

Filar „Tygodnika”

Tak, czy inaczej, wtedy po 1956 r.,  jednak się dogadali, a „Kozioł” szybko stał się filarem „Tygodnika”, sekretarzem redakcji, a później zastępcą redaktora naczelnego, toczącym heroiczne boje z cenzurą i współokreślającym swą cichą charyzmą linię pisma i środowiska. Jego rola była arcyważna i nikt orientujący się w redakcyjnej pragmatyce, bywający na Wiślnej nie miał co do tego wątpliwości.

Jednak dla zwykłych czytelników, których kontakt z Redakcją opierał się tylko na lekturze tekstów, mógł być Kozłowski trudno dostrzegalnym. Zacząłem regularna lekturę „TP” jako nastolatek, po odwieszeniu pisma w 1982 r. i nie pamiętam abym kojarzył nazwisko Kozłowskiego. Chyba dopiero w 1989 i 1990 r., gdy zasiadł przy Okrągłym Stole, a później został wiceministrem i ministrem spraw wewnętrznych w gabinecie Tadeusza Mazowieckiego przestał być dla mnie kimś nieznanym.

To był znamienny paradoks: dla ludzi związanych z tygodnikowo-znakowym środowiskiem był Kozłowski gigantem, dla zwykłych czytelników, szczególnie tych spoza opozycyjnych, wielkomiejskich centrów pozostawał anonimowy. Chyba zawsze ciążyły na nim ograniczenia „bezetów” (byłych ziemian), grupy nielicznej, ale nieproporcjonalnie znaczącej wśród twórców i autorów „TP” w pierwszych dziesięcioleciach jego istnienia. Młody czytelnik „TP” w latach 80-tych, nie posiadający koneksji Kozłowskich, Turowiczów, Woźniakowskich etc. etc, z pewną konfuzją czytał zamieszczane na łamach pisma nekrologi: księżna, hrabina, primo, secundo, tertio voto, z Czartoryskich Koniecpolska, z Czapskich Plater Zylberkówna, powidoki czasów i tradycji dawno i bezpowrotnie minionych, choć pełnych egzotycznego uroku.

„Świat bezetów”

Krzysztof Kozłowski był z tamtego świata, dziecko dworu, młody panicz, wyzbyty swego dziedzictwa, ale w nim wciąż zakorzeniony. Córka wileńskiego krawca – Józefa Hennelowa, mimo swej pozycji w „TP”, zawsze odczuwała pewien dystans „bezetów”, nieostentacyjny, ale naturalny i odczuwalny: nie jesteś nasza. „Niech czeka”, mówiono w antyszambrach krakowskich, wydziedziczonych ziemian, do młodych dziewcząt przynoszących list, wiadomość, zaproszenie z Redakcji „TP”. Tak jakby nadal trwał świat dworów, czworaków, paniczów i służby.  Świat miniony, anachroniczny, zamknięty i wyizolowany, realny chyba już tylko w Krakowie.  W tym świecie był Kozłowski kimś swoim, znanym i oczywistym, dla innych, z czasem coraz liczniejszych, pozostawał epigonem dawnego świata, choć wychylonym ku nowemu. Swoim dla „bezetów”, ale i dla dzieci peerelowskiego egalitaryzmu, człowiekiem łączącym epoki.

Przełomem był rok 1989, gdy wielu ludzi „Tygodnika” zaangażowało się w politykę, gdzież było przecież szukać elit zdolnych do budowania fundamentów III RP? Któż miał niezbędne do tego kwalifikacje: wiedzę, obycie, kontakty, potencjał intelektualny? Środowisko „Tygodnika” i Znaku oddało wielu ze swych przedstawicieli na służbę publiczną. Poszli kierowani poczuciem odpowiedzialności, ale zapewne także własnymi ambicjami. Był wśród nich Krzysztof Kozłowski, który w gabinecie Tadeusza Mazowieckiego objął funkcję wiceministra, a później ministra spraw wewnętrznych. Któż, wyraźniej niż on, wcielił się w rolę czyściciela stajni Augiasza?!

W tym miejscu zaczyna się drugi wątek biografii „Kozła”, mniej środowiskowy, bardziej publiczny i podatny na krytykę. Nie wiem czy był on wtedy, jesienią 1989 r., świadom, że wychodzi ze strefy krakowskiego komfortu, że boje z cenzurą, spory wokół tekstów, debaty przy brydżu, cały ten krakowsko-postziemiańsko-inteligencki entourage kawiarni, rynku, plant, redakcji na Wiślnej, mieszkań ocalałych przed wojenną zagładą, górskich wypraw, że ta symbioza ze światem minionym, której nie doświadczało 99% Polaków, skończy się z chwilą przyjęcia urzędu i odpowiedzialności z nim związanej. Na ile Kozłowski potrafił zrozumieć, że nie będzie już miał wygody bycia ponad, że wchodzi w sferę brutalnego, politycznego sporu. Redaktor mógł wyniośle potraktować głupie, jego zdaniem, krytyki, polityk nie! Nie jestem przekonany, że rozumiał jaki rubikon przekracza.

Kluczowe pytania

Czytałem pięćset stron żywo napisanej książki Brzezieckiego, niewątpliwie wybitnego biografa i zastanawiałem się czego się z niej dowiaduję. Ma ona niewątpliwy walor edukacyjny, przedstawia losy swego bohatera na bardzo szerokim tle historii, kultury i życia umysłowego powojennej Polski. Szczególnie ciekawy jest opis relacji Kozłowskiego z cenzurą, który służy przedstawieniu funkcjonowania tej instytucji w rzeczywistości PRL. Rzecz dla młodszego czytelnika wielce egzotyczna. Postawy, spory i debaty redakcyjne są pretekstem do nakreślenia ich głębszego kontekstu, szczególnie w czasach kryzysów.

Brzeziecki dysponuje szeroką wiedzą historyczną i używa jej w sposób atrakcyjny dla czytelnika. Nieczęsta to umiejętność. Zawsze byłem przekonany, że biografie postaci publicznych powinny być ujmowane „na tle epoki”, służyć czytelnikowi jako źródło wiedzy nie tylko o osobie, ale również o czasach, w których przyszło jej żyć. Ten postulat dzieło Andrzeja Brzezieckiego spełnia wzorcowo.

Czy jednak odbiorca, dla którego wymiar edukacyjny nie jest najważniejszy, uzyskuje pogłębione odpowiedzi na wszelkie pytania, nieraz niełatwe, dalekie od nadużywanego motywu „jedynego niezależnego pisma między Łabą a Władywostokiem”? Póki nie mamy biografii Jerzego Turowicza, to właśnie książka o jego najbliższym współpracowniku i niedoszłym następcy musi zmierzyć się z wieloma kluczowymi pytaniami: O granice kompromisu w relacjach z systemem i jego ludźmi? O skomplikowany świat uwikłań w rozmaite aspekty soborowej reformy Kościoła? O niełatwe relacje miedzy Tygodnikiem i prymasem Wyszyńskim? O Kościół „nie dość miłowany”, czyli rzeczywistą, nie ucukrowaną naturę stosunków TP i Karola Wojtyły? O zerwanie Kozłowskiego z „TP”: Kozłowski – Mucharski – Boniecki, rozłam w rodzinie? Wreszcie o ocenę jego postawy w pierwszym okresie transformacji: dylemat szlachetność vs skuteczność.

Czy to właśnie ktoś z taką, jak jego, formacją, zasadami, doświadczeniem, był najlepszym realizatorem polityki państwa, które musiało zerwać z dotychczasowym systemem? Szlachetności, otwartości i wielkoduszności ludzi „Tygodnika”, trudno nie podziwiać. Od dziesięcioleci budowali wizję Polski inkluzywnej, włączającej nie wykluczającej, sprawiedliwej, „naszej”, a zatem wyzbytej żądzy odwetu.

Polska wspólnym dobrem

Czy jednak wartości cenne w sferze publicystyki dawały się łatwo przełożyć na sferę polityki i to w czasie dramatycznej zmiany? Pytań do autora biografii Krzysztofa Kozłowskiego jest wiele. Przyznam, że się trochę obawiałem i zanim zabrałem się za regularną lekturę, sprawdziłem kilka epizodów: np. konfliktu redakcji z kard. Wyszyńskim w latach 60-tych, czas ministrowania Kozłowskiego w MSW, ale przede wszystkim dni jego poróżnienia się z „młodą redakcją” w pierwszej dekadzie lat dwutysięcznych.

Obawy okazały się być płonne. Brzeziecki to biograf, którego sympatie łatwo odczytać, choć nigdy nie zapomina o zasadzie audiatur et altera pars, nie jest naiwnym apologetą, nie broni swego bohatera tylko dlatego, że go poważa, że się z nim i jego środowiskiem identyfikuje. Biograf nie jest mędrcem, odizolowanym w wieży z kości słoniowej, wiąże się z bohaterem swych dociekań często na wiele lat, oddaje mu spory fragment swego życia. Skłonić do takiej ofiary może miłość albo nienawiść. W przypadku Brzezieckiego i Kozłowskiego na pewno nie idzie o to ostatnie.

Kim jest Kocio, Kozioł Senator dla swego biografa? Postacią ważną, choć zapoznaną, człowiekiem o niedzisiejszym, ale jakże szlachetnym rozumieniu aktywności publicznej. Może tu właśnie dotykamy najważniejszego przesłania życia Krzysztofa Kozłowskiego? Gdy mówił, a czynił to rzadko, o służbie dla Polski, dokładnie to miał na myśli: Polska jako wspólne dobro. Może dlatego tak mocno angażował się w koncyliacyjną politykę rządu Mazowieckiego, może dlatego tak donkiszotowsko przeciwstawiał się „grze teczkami”? Dziś, gdy słuchamy polityków mówiących o Polsce, Polkach i Polakach, dobru Polski, to raczej nie mamy wątpliwości, że w istocie chodzi jedynie o dobro partii. Kozłowskiemu nigdy do głowy by nie przyszła taka hipokryzja, charakterystyczna dla współczesnej demokracji nieliberalnej. Dla niego wygrana w wyborach, nawet tak miażdżąca jak w czerwcu 1989 r. nie dawała legitymacji, aby robić wszystko i bez liczenia się z kimkolwiek, do lekceważenia części społeczeństwa myślącego inaczej.

Klęska wyjątkowej formacji

Alergiczne reakcje Kozłowskiego wobec zarzutów, a nawet pytań, które stawiane mu pod koniec życia wynikają być może z poczucia braku zrozumienia i docenienia wyzwań, które stanęły przed pokoleniem twórców III RP. Oni: Mazowiecki, Geremek, Kuczyński, Balcerowicz, Kozłowski i wielu, wielu innych, byli później posądzani o elitarystyczne poczucie wyższości nad ludem. Partia „ludzi dobrych i mądrych”, samoidentyfikacja Unii Demokratycznej, a później Unii Wolności, zawierała przekonanie, wywiedzione z tradycji „bezetów”, nakazujące poszanować lud, ale jednocześnie postrzegać go, jako sui generis, braci mniejszych.

Nie było środowiska, które miałoby więcej atutów, aby budować po 1989 r. nową Polskę: tradycja, wykształcenie, języki, znajomość świata, poczucie ciągłości z czasami przed r. 1939. Atuty, ale również słabości. Wystarczy poczytać „Prześnioną rewolucję” Andrzeja Ledera, aby zrozumieć, że świat „bezetów”, muzealna rzeczywistość „Tygodnikowych” nekrologów, były po 1945 r. czymś izolowanym i niszowym. Ta formacja, której był Kozłowski najlepszym być może przedstawicielem, autentycznie i szczerze pragnęła służyć Polsce, cóż, niestety za sprawą swojej tradycji, swojej wyjątkowości i egzotyczności nie mogła wpisać się w rzeczywistość kraju i społeczeństwa dogłębnie przeoranego wielką zmianą. Drażniła besserwisserstwem, mniemaną moralną wyższością, paternalizmem, trąciła tradycją stosunku dobrego i rozumiejącego dziedzica do „braci mniejszych” z czworaków. Nie wiem, czy pod koniec życia Krzysztof Kozłowski próbował zrozumieć klęskę swojej formacji, „ludzi dobrych i mądrych”, którzy faktycznie takimi byli i pewnie dlatego nie mogli zrozumieć, dlaczego inni tego nie widzą.

Warto czytać biografię Krzysztofa Kozłowskiego pióra Andrzeja Brzezieckiego. To rzecz ciekawa, dobrze się czytająca, ale ponad wszystko dająca wiedzę o czasach dyktatury komunistycznej, epoki przełomu i wreszcie Polski, w której przyszło nam żyć dzisiaj. Stawia wiele ważnych pytań i uczciwie stara się na nie odpowiedzieć. Zachęcam do lektury książki, jest tego warta.

„Kocio, Kozioł, Senator”

Andrzej Brzeziecki

Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2022 r.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest

Działamy dzięki Tobie! Wesprzyj nas:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

O rubryce

Proponujemy Państwu nową rubrykę literacką: „Tolle, lege”. Te słowa, które usłyszał niegdyś św. Augustyn, są symbolem wszystkiego, czym jest słowo pisane. Raz w miesiącu przedstawimy książkę ważną, intrygującą, być może kontrowersyjną. Chcemy Państwa zachęcić w nadchodzące jesienne i zimowe wieczory do lektury, bo przecież „Legere necesse est”.

Piotr Mazurkiewicz, redaktor rubryki

O autorze rubryki

Piotr Mazurkiewicz

Piotr Mazurkiewicz

Polonista, czytelnik, wierzący, że książki mogą czynić świat lepszym

Inne recenzje w Tolle, lege

Działamy dzięki Tobie! Wesprzyj nas!