Państwo Izraela w Ziemi zbyt Obiecanej

“Państwo Izraela w Ziemi zbyt Obiecanej” to tytuł spotkania w zielonogórskim klubie „Tygodnika Powszechnego”, połączone z promocją książki  „Pokój z widokiem na wojnę. Historia Izraela”, które odbyło się 6 lutego 2024.

Gościem był Konstanty Gebert, dziennikarz, były korespondent wojenny, religijny żyd a jednocześnie liberalny demokrata, który w rozmowie z Konradem Stanglewiczem próbował opowiedzieć w wielkim skrócie historię Izraela od narodzin syjonizmu, poprzez szereg wojen, po czasy współczesne.

Moi przodkowie to nie woje Mieszka I – powiedział Konstanty Gebert. Mama była pochodzenia żydowskiego i to było najważniejsze. Wszyscy nasi znajomi wyjechali w 68, a rodzice się uparli, skoro nas wyrzucają, to my właśnie zostajemy i jestem im bardzo za to wdzięczny, że nie wyjechaliśmy, bo dzięki temu miałem okazje uczestniczyć w fascynującym kawałku historii współczesnej Polski, oraz mieć tę wyjątkową szansę, żeby sprawdzić, czy ja naprawdę wierzę w to w co wierzę, że wierzę. Czyli w demokrację, prawa człowieka, swobodę słowa. Miałem ten fart, że mogłem to sprawdzić, czy naprawdę mi na tym zależy, że mogę podjąć jakieś ryzyko w tej sprawie. Na pytanie, czy nie warto było uczestniczyć w budowaniu siły i potęgi odrodzonego państwa Izrael, Konstanty Gebert odpowiedział – mnie siła i potęga generalnie zniechęca, jestem z reguły po stronie przegrywających. Na pytanie, co w dzisiejszym Izraelu dominuje – obywatelskość czy etniczność, odpowiedział – zdecydowanie etniczność, mimo że tak nie było na początku. Żydowskie państwo demokratyczne nie zaznało właściwie ani jednego dnia pokoju, jest w stanie permanentnego zagrożenia. Znakomita większość arabskich sąsiadów odnosi się do Izraela wrogo i to buduje etniczną solidarność w Izraelu, która nie żydowskich Izraelczyków wyklucza, niemal niezależnie od tego, co robią. Naturalną reakcją tych „gorszych” obywateli jest niechęć do państwa, które ich tak traktuje.

Dużo było opowieści o wojnie, o Hamasie. Zadufanie intelektualne władzy w Izraelu spowodowało, że założono, że wojny nie będzie, nie przewidziano ataku Hamasu. Wiadomo było, że Hamas szykował wielki zamach, ale przywódcy nie uwierzyli w otrzymywane komunikaty. Na pytanie, dlaczego w strefie Gazy nie buntują się ludzie – Gebert odpowiedział –  Hamas wygrał w wolnych wyborach w 2006 roku i nigdy więcej wybory w Gazie się nie odbyły. Ludzie wierzą, że rządzą ci, których Bóg wysłał, by rządzili Gazą. Z jednej strony za krytykę Hamasu idzie się siedzieć, a z drugiej strony, wszyscy pracują, uczą się i leczą w  Izraelu. Znakomita większość mieszkańców Gazy nie pamięta władzy sprzed Hamasu. Otrzymują informacje, że za granicą Gazy są jacyś dzicy żydzi, którzy chcą wszystkich wymordować, a Hamas jest jedyną siłą, która broni ich przed żydami. Jeżeli z jednej strony przeciwstawianie się Hamasowi grozi śmiercią a z drugiej strony tylko Hamas broni przed śmiercią z ręki Żydów, to nie ma się co dziwić, że w Gazie nie wybuchło powstanie ludowe. Teraz zdarzają się demonstracje, ale właściwie to nie wiadomo, kto miałby ten Hamas zastąpić.

Izrael stawia sobie w tej wojnie trzy cele: zniszczenie Hamasu jako siły militarnej, uwolnienie zakładników i  zapewnienie bezpieczeństwa pograniczu. Ale te cele są sprzeczne ze sobą. Nie da się uwolnić zakładników bez umowy z Hamasem.  Zniszczenie Hamasu jest militarnie wyobrażalne pod warunkiem, że Amerykanie nie przestaną dostarczać bomb i amunicji. Więc Izrael tej wojny nie wygra, bo Amerykanie przestaną dostarczać amunicję, a to oznacza, że Hamas nadal będzie rządził w Gazie. Co więcej, trzeba będzie zapłacić za uwolnienie zakładników, jeżeli jeszcze żyją, a Hamas zażąda rzeczy niemożliwych dla zrealizowania przez Izrael. Wszyscy w Izraelu są świadomi, że ustępstwa, jakie żąda Hamas stanowią zagrożenie dla Izraela.

Hamas jest bardzo dobrze zorganizowaną siłą wojskową, nisko technologiczną, ale bardzo skuteczną, ta sieć tuneli w Gazie sprzed wybuchu wojny to było około 250 kilometrów. Teraz jest około tysiąca kilometrów tuneli, to więcej niż długość metra londyńskiego. Gdyby część tego wysiłku, który zużył Hamas na budowę tuneli, zużyto na rozwój Gazy, czyli ważnego obszaru handlowego, to Gaza mogłaby być Singapurem Bliskiego Wschodu. Niestety Hamas wybrał inaczej.

Benjamin Netanjahu ma obecnie w Izraelu 8% poparcia, jego partia straciła połowę wyborców. Izrael nie wygra tej wojny.

Zgodnie z przyjętym zwyczajem w czasie naszych spotkań, był także czas na zadawanie pytań przez licznie zgromadzoną publiczność.

To było fascynujące spotkanie. Okazuje się, że temat  obecnej wojny w Izraelu przyciągnął wiele osób do klubu „Tygodnika Powszechnego”.  Zabrakło książek, które mieliśmy przygotowane dla uczestników spotkania.

 

Działamy dzięki Tobie! Wesprzyj nas:

Facebook
Twitter
LinkedIn
Pinterest

Działamy dzięki Tobie! Wesprzyj nas!