Jak przez Stanisława Lema nieomal zostałem komunistą

Ciekaw jestem, kto z Państwa czytał „Obłok Magellana” Stanisława Lema? Nieliczni zapewne. Sam Mistrz niezbyt chętnie się do tej książki przyznawał, wzdragał przed jej wznawianiem, choć przecież jest ona wybitnym świadectwem jego pisarskiego kunsztu.

Wydana po raz pierwszy w roku 1955, opowiada o pierwszej w dziejach ludzkości wyprawie poza Układ słoneczny, do gwiazd konstelacji Centaura. Pamiętam, jak sięgnąłem po tę książkę gdzieś na przełomie lat 70-tych i 80-tych, zdejmując ją z półki biblioteki mojego liceum w wielkopolskim Krotoszynie. Wiedziałem kim jest Stanisław Lem, choć trudno mi dziś odtworzyć, jakie jego książki czytałem wcześniej.

„Obłok Magellana” pochłonąłem i uległem czarowi tej romantycznej historii świata i ludzi, całkowicie poświęconych dobru ludzkości, idei postępu, funkcjonujących w rzeczywistości, w której znaleziono już odpowiedzi na najważniejsze pytania, rzeczywistości wyzbytej intencjonalnego zła, choć nie wolnej od nieszczęścia i bólu. Bohater powieści, młody lekarz, mistrz olimpijski w maratonie (opis jego zwycięstwa jest arcydziełem literatury osnutej wokół wątków sportowych), pozostawia za sobą wszystko co jest mu drogie, rodzinę, miłość i wybiera los odkrywcy międzygwiezdnych przestrzeni. To, czego się wyrzeka jest niezmiernie fascynujące. Świat wcielonych w życie zasad komunizmu, gdzie własny interes jednostki ginie w konfrontacji z tym co wspólne.

Bohaterowie powieści, przyjaciele, rodzeństwo, rodzice i dziadkowie głównego bohatera nie przeżywają żadnych egzystencjalnych rozterek, wiedzą wszak, że przyszło im żyć w najlepszym ze światów. Bo jest on faktycznie najlepszy, nie rozdzierają go spory, nie trapią nieszczęścia, nie toczą wątpliwości, wszyscy jego obywatele są skupieni wokół pracy na rzecz dobra ludzkości, są pewni co jest dla tej przyszłości dobre, jeśli o czymś dyskutują, to o technologii, nie ontologii. Nie towarzyszą im wątpliwości co do sensu istnienia, najwyżej co do metod formowania ludzkiej egzystencji. Nikt nie kwestionuje rzeczywistości, w której przyszło im żyć, jedno, czego pragną, to poprawiać egzystencję ludzkości w ramach istniejącego systemu, który jest w istocie wcieleniem komunistycznej utopii.

To społeczeństwo prawdziwie bezklasowe, w którym zrealizowano zasadę: „każdemu według jego potrzeb, od każdego według możliwości”.  Ten świat może fascynować, nie ma w nim prymitywnej popkultury, cynicznych polityków i propagandzistów, postprawdy i kultury fejku, nie ma brutalności i chamstwa, ludzie fascynują się nie tyle walkami wytatuowanych osiłków o niskich czołach, ile wystąpieniami wybitnych uczonych ogłaszających swoje odkrycia. Tysiące ludzi gromadzą się na stadionach nie po to aby zobaczyć gwiazdy sportu i piosenki, ale po to aby poznać najnowsze ustalenia gwiazd nauki. Wizja w sam raz dla pozbawionego życiowych doświadczeń młodego człowieka.

Lemowska wizja komunizmu realnego była silniejsza niż jakiekolwiek oficjalne, partyjne narracje. One odrzucały swym doktrynerstwem, nie były konkretne, nie oddziaływały na wyobraźnię. Jakżeż było zafascynować się zbiorem sloganów? Lem pokazywał komunizm jako rzeczywistość żywą, konkretną, fascynującą, atrakcyjną. Był niebotycznie lepszym apostołem komunistycznej wiary niż pozbawieni jego talentu partyjni propagandziści. Przewyższał wszystkich socrealistycznych, pszenno-buraczanych twórców.

Czytałem „Obłok Magellana”, ulegałem urokowi świata, w którym wszyscy walczą o dobro ludzkości. Lot ku Centaurowi nie był wolny od niepokojów, ale nie dotyczyły one spraw zasadniczych, egzystencjalnych. Wszak wraz z nadejściem komunizmu nastąpił „koniec historii”.

Szczególnym utwierdzeniem bohaterów książki w przekonaniu, iż żyją w najlepszym ze światów był epizod spotkania w okolicach układu Centaura ziemskiego statku kosmicznego sprzed lat tysiąca, który dotarł tam, będąc świadkiem epoki wojen. Statek okazał się amerykańskim okrętem wojennym niosącym pociski jądrowe i biologiczne, „to Atlantydzi”, przypomniał sobie jeden z uczestników misji, budząc powszechne skojarzenie z tym co absolutnie złe.

A centrum tego zła: „Był duży, pusty pokój. Naprzeciw drzwi znajdowała się wysoka, łukiem sklepiona nisza. Wisiał w niej drewniany krzyż, bardzo czarny na białym tle. Nagle spostrzegłem, że pod niszą klęczy trup przyciśnięty do podłogi; ostry kręgosłup unosił czarną, okrywającą go tkaninę. Mumia ta, podobna do zbrylonej grudy ziemi, rzucała na białą ścianę bezkształtny cień. Poszedłem wzrokiem w przeciwną stronę, szukając źródła światła. W głębi pokoju stał Piotr z Ganimeda. Jego naramienna lampa oświetlała mocno krzyż, a on, smukły, ogromny w srebrnym skafandrze, z rękami skrzyżowanymi na piersi, długo patrzał na ten znak wiary daremnej.”

Lem mówił, tamta wiara była daremna, owocowała wojną, niesprawiedliwością i krzywdą człowieka, nowa wiara jest inna, wiedzie ku gwiazdom, uwzniośla. Bohaterowie „Obłoku Magellana”, podróżujący w wieloletniej nudzie kosmicznej podróży, buntują się, chcą zawrócić statek. Co ich powstrzymuje? Mowa, w której historyk misji przywołuje pamięć niemieckiego, antynazistowskiego komunisty, ponoszącego śmierć niezłomnego w oporze: „Zostały tylko dokumenty i kroniki gestapo, strącone w głąb podziemi więzienia w jednej z późniejszych wojen, i z tego wykopaliska z epoki późnego imperializmu my, historycy, wydobyliśmy szczątki i odczytaliśmy z nich dzieje komunisty niemieckiego Martina. A teraz pomyślcie. Ten człowiek milczał, torturowany i męczony. Milczał, kiedy odwrócili się od niego ludzie bliscy, rodzice, brat i towarzysze. Milczał, kiedy już nikt prócz gestapowców nie przemawiał do niego łagodnie. Zerwane zostały wszystkie więzy, jakie mogą łączyć człowieka ze światem, lecz on wciąż milczał— i oto jest cena tego milczenia! […] — Oto jest cena tego milczenia: oto straszliwy dług, jaki my, żyjący, zaciągnęliśmy u najdalszej przeszłości wobec tysięcy tych, co ginęli jak Martin, ale nawet ich nazwiska pozostaną nam nie znane.

Oto jedyna racja, dla której umierał, wiedząc, że żaden lepszy świat nie wynagrodzi go za męki i jego życie na zawsze skończy się w dole wapiennym, że nie przyjdzie żadne zmartwychwstanie ani odpłata. Lecz jego śmierć w tym milczeniu, które sam sobie nałożył, może o minuty, a może o dni czy tygodnie — to wszystko jedno! — przyśpieszyła nadejście komunizmu. A otóż i jesteśmy na drodze do gwiazd, bo on po to umierał, a otóż i komunizm… ale gdzie są komuniści?!!!”. Gdyby w tej całej opowieści nie pojawiło się słowo „komunista”, młody człowiek w latach 80-ych, zapewne nie wątpiłby w szlachetność tej opowieści. Wtedy jednak, to słowo brzmiało już fałszywie, nie miało w sobie nic romantycznego ani pociągającego, było synonimem rzeczywistości zmurszałej, gnijącej, nikogo nie fascynującej.

Dlaczego o tym piszę przy okazji setnej rocznicy urodzin autora „Obłoku Magellana”? To jest przecież czas sprzyjający raczej laurkom, jakże wiele możemy ich w ostatnich dniach czytać. Stanisław Lem był jednak autorem, którego talent literacki i format intelektualny zasługuje na wspomnienie głębsze aniżeli wyłącznie apologetyczne. Wiem, że wybrałem sobie jeden, wczesny etap jego twórczości, choć sądzę, że dziedzictwo „Astronautów”, „Obłoku Magellana” i „Pamiętnika znalezionego w wannie” nie jest czymś, co można byłoby wziąć w nawias. I Lema ukąsił Hegel, a owo ukąszenie było tym bardziej niebezpieczne, że wyraziło się w kreacji alternatywnej rzeczywistości, rzeczywistości romantycznego odkrywania kosmosu, kolejnej wielkiej przygody ludzkości.

To mogło pozyskać wielu młodych ludzi, których niekoniecznie fascynował ideał budowy Nowej Huty, ale loty kosmiczne już tak. Sam byłem wśród nich, aż do chwili przeczytania słów o „wierze daremnej”. Lema wizja świata komunistycznego nadal jednak budzi głęboko skrywaną tęsknotę za tym co szlachetne, bezinteresowne, choć przecież utopijne. Stanisław Lem był mistrzem wizji przyszłości, kreował światy niezwykle wiarygodne i pociągające, przenikliwie antycypował współczesność, choć to on przecież był prorokiem wiary daremnej.

Fot. Mariusz Kubik (www.mariuszkubik.pl)/Wikipedia

Działamy dzięki Tobie! Wesprzyj nas:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest

Jedna odpowiedź

  1. Nie wiem, czy wczesna twórczość Lema miała przyczynę w ukąszeniu heglowskim. Może raczej w ukąszeniu ONR-owsko-NSZ-owskim? Polski szowinistyczny nacjonalizm był dla niego nie do przyjęcia, więc co mu pozostało, poza “komuną”?
    w późniejszych latach najbardziej wstydził się tomu “Sezam i inne opowiadania” (1954, ii wyd 1955).
    Jeśli idzie o “Obłok Magellana” Lem “popisał się” w nim kompletnym niezrozumieniem fizyki i teorii względności, w myśl której zjawiska nie zależą od prędkości, która jest względna, a jedynie od przyspieszenia (co już było w mechanice Newtona). Konsultacje, jakich mu udzielał prof Weyssenhoff spłynęły z niego jak woda po gęsi. I jeszcze zamieścił dedykację dla profesora, który jednak go ubłagał, by ją wycofał, bo całe środowisko fizyków się z niego śmieje.
    Miał więc Lem dodatkowy powód, by “Obok Magellana” poszedł w niepamięć.

    Trafiały się Lemowi i później potknięcia, jednak nie tak jaskrawe. Parę razy spotkałem Lema u Zofii i Krzysztofa Meyerów (Krzysztof za operę “Cyberiada” dostał nagrodę księcia Monaco) i nawet mnie kusiło, by mu zwrócić uwagę na nie, ale ostatecznie pomyślałem: A po co?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Działamy dzięki Tobie! Wesprzyj nas!