Elżbieta i Stefan, czyli rzecz o błogosławieństwie Lasek

Niniejszy tekst powstał jako wyraz braku pokory, a nawet – nie boję się tego słowa – buntu. Wywołała go wypowiedź abp. Stanisława Gądeckiego, hierarchizująca wartość beatyfikowanych niedawno s. Elżbiety Róży Czackiej FSK i ks. kard. Stefana Wyszyńskiego.

Mam nadzieję, że były to nieprzemyślane słowa, wypowiedziane w sytuacji gombrowiczowskiego „złapania w formę” kościelnego dostojnika. Nie zaś oficjalna wypowiedź przewodniczącego KEP. Tak czy inaczej, był to przejaw mizoginii. Ale też przyznam, że do napisania tekstu skłoniły mnie także dwa opublikowane, w ostatnim (z 12 września 2021) numerze „Tygodnika Powszechnego”, wysokiej klasy teksty: Sebastiana Dudy („Święty minionej epoki”) oraz Ignacego Dudkiewicza („Siła Lasek”). Na tle zalewającej nas przed beatyfikacją – zwłaszcza w odniesieniu do Prymasa Tysiąclecia – popularnej (lecz często dość płytkiej) hagiografii i gadżetomanii, wyróżniają się one merytorycznym podejściem i krytyczną analizą. Do tych tekstów będę więc nawiązywał.

W swym pisaniu odwrócę jednak kolejność – w odniesieniu do tej, przyjętej w „Tygodniku…” – opisu „dramatis personae”. Najpierw o s. Elżbiecie Czackiej. Nie godzi się bowiem, by pozostawała ona w cieniu swego dostojnego współbrata w wierze i świętości. Mam śmiałość bowiem myśleć, że papież Franciszek wynosząc na ołtarze obie osoby równocześnie, chciał nam przez to coś powiedzieć, dać do zrozumienia. Parafrazując słowa przypisywane Józefowi Piłsudskiemu: chytra z niego jezuita, oj przebiegła.

Jakim wzorem, punktem odniesienia dzisiaj, u progu trzeciej dekady XXI w., może być dla nas s. Elżbieta? Przecież żyła dawno, zmarła jeszcze przed moim narodzeniem, a żyję na tym łez padole już z górą pół wieku. Przecież w tym czasie wszystko się zmieniło; jesteśmy już w innym miejscu naszej, polskiej historii. Kościół katolicki żyje też nieco innymi problemami. Czacka pochodziła z warstwy społecznej, której – przynajmniej w Polsce – już nie ma. A więc czy nie grozi naszej beatyfikowanej zamknięcie w szacownej gablocie tradycji, całowania relikwii i otoczenia kultem cokolwiek – zwłaszcza dla młodych kobiet –  już anachronicznym? Otóż nie chciałbym tego. S. Elżbieta może być nadal atrakcyjnym punktem odniesienia w naszej zagonionej, ponowoczesnej codzienności. Jean Paul Sartre, w dziele: „Egzystencjalizm jest humanizmem”, pisał o egzystencji poprzedzającej esencję. Wszystko więc zależy od tego, co zaczerpniemy z biografii, zresztą obojga beatyfikowanych.

A co warto zaczerpnąć? S. Elżbieta pochodziła z arystokracji, prowadziła w miarę dostatnie życie, a postanowiła poświęcić się opiece nad tracącymi wzrok, jeden z najważniejszych naszych zmysłów. Powolna ślepota była też i jej osobistym doświadczeniem. To, że poświęciła swe życie służbie innym godne jest szacunku, ale nie było wcale tak wyjątkowe w jej warstwie społecznej. Próżniaczy żywot arystokracji to mit cokolwiek przesadzony. Jednak rodzaj wybranej posługi już na uwagę zasługuje. Niewidzący i niedowidzący w owych latach egzystowali na marginesie życia. Gdy im się poszczęściło, żyli otoczeni troską najbliższych; gdy mieli mniej szczęścia, wegetowali w przytułkach. S. Elżbieta dostrzegła w nich Bliźnich o takich samych prawach jak inni członkowie społeczeństwa. Tak, jak jej Mistrz przy sadzawce Siloam (J 9, 6-7). Czy te zdarzenia, sprzed dwóch tysięcy lat i sprzed wieku, nie są dziś ciągle aktualne? Gdy piszę te słowa, opuszczeni i wzgardzeni migranci z krajów głodu i wojny – nie tylko w Usnarzu Górnym – pukają do naszych bram. Bram sytej i zasobnej już Polski, sytej i zasobnej Unii Europejskiej. W adhortacji apostolskiej „Evangelii gaudium” tako rzecze papież Franciszek: „Nie może tak być, że nie staje się wiadomością dnia fakt, iż z wyziębienia umiera starzec zmuszony, by żyć na ulicy, natomiast staje się nią spadek na giełdzie o dwa punkty. To jest wykluczenie. […] Daliśmy początek kulturze <odrzucenia>, którą się wręcz promuje.” Współczesne naśladowczynie s. Elżbiety: s. Małgorzata Chmielewska i Janka Ochojska, potrafią realizować w pełni przesłanie zarówno Błogosławionej jak i papy Franciszka. Zauważcie Państwo, że cały czas piszę o kobietach, bo to one są dziś nadzieją na odrodzenie wiary stojącej ponad kultem. Pierwszą, która to uczyniła była Theotokos, w swej macicy nosząca Salwatora, Odnowiciela Człowieka i świata.

A propos kobiecości. S. Elżbiecie nie było łatwo w przedsoborowym Kościele, znacznie bardziej – choć nam może wydawać się to nie do wyobrażenia – mizoginicznym i patriarchalnym niż nasz, posoborowej odnowy. Przecież pewien dostojnik kościelny miał zakrzyknąć: „(…) zachciało się ślepej babie zakon zakładać” (cytat za I. Dudkiewiczem). I co? Dała radę! Kobiecą siłą, determinacją i pracowitością. Przyznajmy: nam facetom, często tych „cnót niewieścich” brakuje. W swoich czasach Elżbieta Czacka była kobietą nowoczesną, świadomą swej godności, ale także wyzwań i zadań, które sobie wytyczała i które konsekwentnie realizowała. Modlitwa i praca, praca i modlitwa. Ale przede wszystkim pochylenie się nad drugim człowiekiem. Jego niepowtarzalną indywidualnością. Czyż nie jest to przykład zarówno chrześcijańskiego personalizmu, jak i humanizmu?

Terencjuszowskie „Homo sum humani nihil a me alienum puto” przyświeca Dziełu Lasek od początku istnienia. Walce z utratą wzroku i zapewnienie godnych warunków życia ociemniałym, towarzyszyły starania o rozpalenia światła wewnętrznego: zarówno w sferze duchowości jak i na poziomie intelektualnym. Laski nikogo nie wykluczały, każdy mógł schronić się w cieniu rosnących tam drzew. Elżbieta Czacka dbała, by opieka duchowa i pielęgniarska szła w parze z nauką. Była otwarta na wiedzę i to nie tylko medyczną. Zakład z biegiem czasu stawał się także miejscem intelektualnego dialogu. Wokół Matki Czackiej i ks. Władysława Korniłowicza gromadziło się grono osób, dyskutujących o konieczności odnowy katolicyzmu. W latach II wojny światowej Laski dały schronienie wielu osobom, którym groziła śmierć z rąk okupanta. Krąg oddziaływania Dzieła Lasek nigdy nie ograniczał się wyłącznie do katolików. Z czasem więc stały się one miejscem dialogu, wymiany poglądów przedstawicieli różnych środowisk. Nie sposób opisać w tym krótkim tekście wszystkie ważniejsze postacie. Wystarczy wspomnieć, że w 1976 r. przez kilka miesięcy w Laskach przebywał Adam Michnik, studiując dzieła prymasa Wyszyńskiego i listy Episkopatu, pracując nad ważną – aczkolwiek dziś wydaje się już zupełnie zapomnianą – książką „Kościół, lewica, dialog”. To właśnie w dawnym pokoju Jerzego Zawieyskiego niedawny marksista toczył swój dyskurs z chrześcijaństwem. Dyskurs, który legł u początków współpracy opozycji chrześcijańskiej i laickiej nie tylko w Polsce. Sam Jerzy Zawieyski spoczywa dziś na cmentarzu w Laskach obok swego życiowego partnera. W miejscu przepojonym życiem i duchowością Elżbiety Czackiej i Władysława Korniłowicza stwarzano pole dialogu, nie zaś dogmatycznej, pryncypialnej oceny. Antropologiczny zwrot Kościoła, postulowany przez Karla Rahnera, dokonywał się tutaj znacznie wcześniej niż w wielu innych miejscach. Dziś papież Franciszek uznałby Laski za szpital polowy, w którym realizowane są najważniejsze przykazania: Miłości Boga i Bliźniego.

O ks. kardynale Stefanie Wyszyńskim nie będę rozpisywał się zbyt wiele. Poświecono mu bowiem znacznie więcej tekstów, a i teraz Kościół hierarchiczny skupia się na nim znacznie bardziej niż na s. Elżbiecie Czackiej. Napiszę tylko, że jest to postać do oceny chyba bardziej skomplikowana, wcale nie tak jednoznaczna. I paradoksalnie trudniejsza w recepcji. Oczywiście można poprzestać na powierzchownej hagiografii, której doświadczył kult Jana Pawła II. Można w nieskończoność pisać o odpowiednikach kremówek (w Królestwie Niebieskim papieża z Polski musi już nieźle mdlić od tych słodkości), śpiewanych wspólnie pieśniach, wypowiedzianych wicach. Tylko po co? Jaki to będzie miało związek z naszym tu i teraz? Można równie bez końca pisać o heroizmie w czasach stalinowskich, ślubach jasnogórskich, konflikcie z Gomułką wokół listu do Episkopatu Niemiec i obchodów tysiąclecia chrztu Polski (a właściwie Mieszka I, bo chrystianizacja naszych ziem trwała kilkaset lat) itd. Należałoby jednak zdobyć się na głębszą próbę zrozumienia decyzji, które Prymasowi Tysiąclecia przyszło podejmować w niełatwych czasach. I zastanowić, czy naprawdę wszystko co powiedział i uczynił zasługuje na kontynuację? Czy jego wizja polskiego katolicyzmu na pewno przetrwała próbę czasu? Zamiast hagiografii warto podjąć próbę krytycznej analizy biografii i dzieła Wyszyńskiego. Przecież wiemy już, że egzystencja poprzedza esencję. Wyszyński jako człowiek głębokiego życia duchowego, pasterz Kościoła polskiego, dostojnik Kościoła powszechnego, „inter rex” narodu poddawanego komunistycznej indoktrynacji, autor ważnych dla polskiej kultury tekstów – to tylko niektóre z aspektów, które należałoby poddać procesowi interpretacji i reinterpretacji. Jako przykład niech posłuży przyjęta przez Prymasa Tysiąclecia koncepcja narodu. Rozumienie narodu jako naturalnej wspólnoty – „rodziny rodzin” – jest z punktu widzenia współczesnych nauk społecznych niemożliwe do utrzymania. Niesie też z sobą potencjalne niebezpieczeństwo nacjonalizmu (także kościelnego). Ale w czasach PRL-u miało swój sens integracyjny, wobec idei zarówno komunistycznego internacjonalizmu (Bierut, stalinizm) jak i narodowego komunizmu (Moczar) czy „polskiej drogi do socjalizmu” (Gomułka). Obawiam się też, żeby bł. kard. Stefan Wyszyński nie został wykreowany na patrona katolickich tradycjonalistów i antyintelektualistów. Z pewnych powodów może to być łatwiejsze niż w przypadku Jana Pawła II.

Nie będę jednak wprowadzał na koniec czytelnika w minorowy nastrój. Dzieło Lasek jest przecież dziełem Światłości – ludzkiej, a wierzę także, że i Bożej. Stefan Wyszyński nie raz wspominał, że miejsce to w znacznym stopniu przyczyniło się do ukształtowania jego duchowości. Wspomnę więc o jednym tylko wydarzeniu. Otóż w cieniu Lasek Julia Brystiger miała spotkać się z prymasem Wyszyńskim. W dialogicznej relacji kat i ofiara toczyli z sobą rozmowy. Nie wiem, ile prawdy jest w micie zwrócenia się stalinowskiej prokurator ku Bogu w ostatnich latach jej życia. To pozostanie dla nas tajemnicą. Ważne było jednak samo spotkanie dwojga tak różnych osób. „Caritas” to przecież dzieło manifestujące się w Laskach. I być może ważna wskazówka dla nas, by w duchu większego zrozumienia spojrzeć na przeszłość. I odbudować nasz polski dialog w teraźniejszości. Dla przyszłości naszych dzieci. Jak za Heraklitem pisał w tekście „Symbol daje do myślenia” Paul Ricoeur: „Pan, którego wyrocznia jest w Delfach, nie wyjawia niczego, ani niczego nie tai, tylko daje znaki”.

Fot. www.beatyfikacja.info

Działamy dzięki Tobie! Wesprzyj nas:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Działamy dzięki Tobie! Wesprzyj nas!