Posted on: 24 października 2016 Posted by: Józefa Hennelowa Comments: 0

tu-i-teraz600

Czy nie za długo wspominaliśmy w niedzielę, w 60. rocznicę wybuchu powstania w Budapeszcie, nasze kolejki do punktów oddawania krwi w Październiku’56? To był wówczas prosty nakaz solidarności z walczącymi Węgrami, oczywisty jak Boży dzień. Teraz słuchało się tych wspomnień z poczuciem, że za bardzo się na tym skupiamy. To jak celebrowanie zasług, a przecież nie była to żadna zasługa, tylko powinność.

Rok 1956 zawiera niesamowitą historię, zmieniającą się co miesiąc albo i co tydzień. Historykom udało się opowiedzieć jedynie najważniejsze wydarzenia, i to też nie do końca. Żaden z występujących w mediach nie wspomniał, np. o Jasnogórskich Ślubach Narodu, złożonych 26 sierpnia 1956 roku, przygotowanych przez wciąż jeszcze wówczas internowanego prymasa Stefana Wyszyńskiego. Nikt również nie zdawał się pamiętać, jak się dokonało – jeszcze w czasie trwającej tragedii powstania węgierskiego – zwolnienie z internowania księdza prymasa, który od razu podjął swoją rolę. Potrzeba gloryfikowania własnej wspaniałości nie wydaje się być usprawiedliwiona przeżytą historią. To działanie równie przesadne, jak grawerowanie nazwisk ludzi, którzy ratowali Żydów w czasie okupacji, czego dokonali twórcy kaplicy pamięci w konsekrowanym pół roku temu kościele p.w. Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II w Toruniu.

Wszystkie te wypowiedzi i działania układają się w dziwną opowieść o naszej wyjątkowej wspaniałości. Polskiej, oczywiście. I tylko pan prezydent, wspominając Październik’56, przecież nie na podstawie własnej pamięci, w sposób mało pojętny nazywa tamten czas środkiem epoki stalinowskiej. Tymczasem w Październiku miało miejsce zarówno ostrzeżenie spływającego krwią Budapesztu i dramat zwabionego w zasadzkę premiera Imre Nagy’a, jak nadzieja zrodzona w Komańczy, pozostawianej właśnie wtedy przez zapraszanego do Warszawy przez władze prymasa Wyszyńskiego.

comments

Leave a Comment