„Dziękuję Bogu za taką drogę” – wywiad z ks. Bartkiem Rajewskim

Publikujemy kolejny wywiad z ks. Bartkiem Rajewskim, naszym klubowiczem, który dla portalu Tezeusz.pl przeprowadził Wojciech Jałoszyński.

 

Ks. Bartosz Rajewski – Nie ukrywam, że jestem zaskoczony i nieco onieśmielony Twoją propozycją przeprowadzenia ze mną tego wywiadu, wszak mam świadomość, że jest wielu duchownych ode mnie starszych, dostojniejszych, bardziej doświadczonych, lepszych, świętszych. Tym niemniej bardzo się cieszę i mam nadzieję, że będę potrafił odpowiedzieć na pytania, które – znając Ciebie – z pewnością nie będą należały do łatwych i „poprawnych politycznie”.

Wojciech Jałoszyński – Ksiądz Tischner mawiał: „Najpierw jestem człowiekiem potem chrześcijaninem, a na końcu księdzem”. Kim jest Bartosz Rajewski?

Bartek Rajewski (per Bartosz będzie się można do mnie zwracać, gdy skończę 60 lat) jest człowiekiem, normalnym facetem (w dzisiejszym świecie to warte podkreślenia), chrześcijaninem i księdzem. Bartek Rajewski jest też sobą. To dla mnie bardzo ważne – być sobą, zachować swoją tożsamość zawsze i wszędzie, niezależnie od sytuacyjnych i personalnych okoliczności. Być sobą przed lustrem, być sobą przed Bogiem, być sobą przed drugim człowiekiem, niezależnie od tego kim on jest i co reprezentuje lub czego nie reprezentuje. Nie udawać, nie odgrywać maskarady, nie silić się na kurtuazję i sztuczność; nie chować się za tytułami, szatami, konwenansami.

Największa wartość w Twoim życiu?

Trudne pytanie. Wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy wartość. Dzisiaj – niestety – wszystko staje się relatywne. Coś wartościowego dla jednego człowieka, może być całkowicie bezwartościowe dla drugiego. Przyjmijmy, że wartość o którą pytasz, to coś co mnie determinuje, coś względem czego układam swoje życie. W pozytywnym sensie determinuje mnie wiara. Wiarą kieruję się w podejmowaniu codziennych decyzji i wyborów. Z wiary płynie też nadzieja, która pomaga mi optymistycznie patrzeć na świat, dostrzegać w nim więcej dobra, niż zła, więcej światła, niż ciemności. Wiara sprawia, że moje życie ma sens. Oczywiście mówimy o wierze w Boga, tak więc Bóg, który jest treścią mojej wiary, jest dla mnie naczelną wartością. Idąc dalej, ogromną wartością dla mnie jest Kościół. Ojcowie Kościoła, a także teologia posoborowa bardzo silnie utożsamiają Chrystusa z Kościołem. Wartością dla mnie jest miłość do Boga, Kościoła i osób bliskich mojemu sercu.

Kim jest dla Ciebie Pan Bóg?

Kiedyś, nawet jeszcze w początkowych latach seminarium, Bóg był dla mnie żandarmem, który stoi na straży moralności – za złe karze, za dobro czasem nagradza. Strasznie bałem się Mu zaufać, powierzyć Mu swoje życie. Taka wizja Boga na szczęście ewoluowała na skutek pogłębiania relacji z Nim, poprzez modlitwę i poznawanie Go w Jego Słowie oraz na skutek życiowych doświadczeń, które odczytuję przez pryzmat wiary. Dzisiaj Bógdla mnie jest zatroskanym ojcem, niezawodnym przyjacielem, życiem, sensem mojego istnienia, dawcą wszelkiego dobra. Wiem, że to co mam, w dużej mierze pochodzi od Niego, a to co osiągnąłem, osiągnąłem dzięki współpracy z Nim.

Dlaczego chciałeś zostać księdzem?

Śmieję się, że pochodzę z powiatu łobeskiego, a w tym powiecie zawsze było największe bezrobocie, sięgające ponad 40%. Księdzu raczej „bezrobocie” nie grozi. To oczywiście żart. Najpierw, gdy myślałem o kapłaństwie, pragnąłem zostać księdzem, motywowałem to utartą formułką: „służyć Bogu i ludziom”. To jednak również ewoluowało. Zostałem księdzem, ponieważ tak odczytałem moje powołanie. Jestem przekonany, że Bóg powołał mnie do kapłaństwa. Nie ma w tym nic niezwykłego. Nie jestem jakimś nawiedzonym człowiekiem. Niezwykłe i zadziwiające jest tylko to, że powołał akurat mnie – człowieka, który nigdy nie należał do najlepszych, najzdolniejszych, najmądrzejszych i najświętszych. To się dokonywało bardzo spokojnie. Człowiek patrzy na swoje życie retrospektywnie i dostrzega jak wiele w tym życiu było Bożych interwencji, jak Bóg się w różnych sytuacjach objawiał. Poza tym decyzja o kapłaństwie dojrzewa w człowieku przez wszystkie lata w seminarium. Na modlitwie zawsze pytałem Boga, czy to rzeczywiście jest moja droga, a On poprzez swoje Słowo i konkretne wydarzenia w moim życiu udzielał mi odpowiedzi – dodajmy – pozytywnej odpowiedzi.

Zawsze chciałeś być księdzem?

Jako młody chłopiec chciałem być księdzem, zapewne jak wielu chłopców. Chciałem też być strażakiem, policjantem itd. Dorastałem i ta myśl o kapłaństwie była wciąż obecnaw moim umyśle. Raz dawała znać o sobie mocniej, innym razem ginęła gdzieś w gąszczu innych myśli i wizji, które kłębiły się w głowie dorastającego, albo powiedzmy lepiej – dojrzewającego – chłopaka. Również do seminarium wstępowałem nie po to, żeby zostać księdzem, ale by rozeznać swoje powołanie – czy ta myśl o kapłaństwie pochodzi rzeczywiście od Boga, czy może jest jedynie moim wymysłem, moją ideą, pomysłem
na życie.

Czym jest dla Ciebie tzw. „etos kapłańskiego powołania”? Chodzi mi o to jaki ideał kapłana nosisz w sobie?

A co to jest w ogóle etos kapłańskiego powołania? Może istnieć etos Matki Polki, etos Papieża Polaka, etos Prymasa Tysiąclecia, ale etos księdza? Kiedyś jeden z księży zarzucił mi, że niszczę etos kapłaństwa, poprzez bliskie kontakty z ludźmi, szczególnie tymi „nieidealnymi”. Szczerze – dziękuję za taki etos, który nie pozwala mi być sobą, a nakazuje bycie kimś innym, zależnie od sytuacji. Ideałem kapłana był i jest Jezus Chrystus. Jedyny Arcykapłan. Czy pragnienie bycia takim, jak Chrystus jest dobre? I tak i nie. On jest ideałem, do którego powinniśmy dążyć, nie tylko jako księża, ale przede wszystkim jako ludzie wierzący. Nie możemy jednak zapomnieć, że takie szczere pragnienie może przerodzić się w pokusę, „bycia jak”, w pokusę „bycia jak Bóg”, a wtedy mamy już do czynienia z najbardziej fundamentalnym i pierwotnym grzechem – pychą. Stąd dostrzegam,
że niektórzy księża doszli już do doskonałości w „etosie” swojego powołania i stali się niczym bogowie. Dziękuję za taki „etos”. Moim celem jest być jak Chrystus w służbie innym, ale nie w układaniu życia innym. Mam też inne, może nie ideały, ale wzory.

Nie ukrywam, że inspiracją dla mnie i najbardziej znaczącym w życiu świętym jest św. Wojciech – kapłan, biskup, męczennik. Nie ukrywam, że autorytetem i inspiracją jest dla mnie papież Benedykt, czeski teolog – ks. Tomas Halik, ks. abp Henryk Muszyński, a z nieżyjących – wybitny teolog kardynał Henri de Lubac, ks. abp Józef Życiński, a w szczególności ks. abp Marian Przykucki – ojciec mojego kapłaństwa, wzór pasterza i tego, co powinno być nazwane „etosem kapłańskim”, rozumianym jako ofiarna służba człowiekowi, bez względu na jego poglądy, kolor skóry, pochodzenie, historię życia.

Bycie świadkiem czy nauczycielem, prorokiem czy ewangelizatorem. Co Cię bardziej kręci?

A czy można to od siebie oddzielić? Jaki to nauczyciel, który nie jest świadkiem? Jaki to ewangelizator, który nie żyje Ewangelią? Nauczanie, prorokowanie, ewangelizowanie jest nic nie warte, albo niewiele warte bez świadectwa życia, które potwierdza nauczanie, prorokowanie i ewangelizowanie. Zastanawiam się nad prorokiem. Czy jestem prorokiem? W sensie ścisłym prorokiem nie jestem. Czas proroków w sensie biblijnym już się wypełnił. Jestem raczej, albo staram się być przekazicielem Bożych prawd, głosicielem Bożego Słowa, sługą Słowa, które zawsze jest prorocze. Bartek Rajewski prorokiem jednak nie jest.

Czym jest Kościół dla Ciebie? Jaki Kościół reprezentujesz, jak odnosisz się do podziałów na Kościół otwarty, zamknięty, otwarto-zamknięty itd.? Jezus kazał łączyć, a nie dzielić. To chyba ma mało wspólnego z Ewangelią?

Reprezentuję Rzymsko-Katolicki Kościół Jezusa Chrystusa. Czym jest dla mnie Kościół? Odpowiem tak, jak odpowiedziałem w wywiadzie dla Klubów „Tygodnika Powszechnego”: Przeczytałem niedawno, że z najnowszych badań religijności przeprowadzonych przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego wynika, że w ciągu ostatnich 10 lat liczba katolików uczestniczących w niedzielnych mszach świętych spadła o 9%. Nie wiem na ile te dane są prawdziwe. Wiem natomiast, że wiele się zmienia, niekoniecznie na lepsze. Czy to powód do smutku? Myślę, że nie. Powinno to raczej zachęcić nas, księży do rachunku sumienia i do postanowienia poprawy. Powinniśmy też nieustannie poszukiwać nowych form posługi duszpasterskiej, być bliżej człowieka, otworzyć plebanie.
Co do wspólnoty Kościoła w ogólności, to chciałbym zacytować tutaj mojego ulubionego teologa – kard. Henri’ego de Lubac’a i książkę jego autorstwa, zatytułowaną „Medytacje o Kościele”: „Kościół! Kiedy go szukam i chcę zrozumieć – gdzie mogę go znaleźć? Jakimi barwami mogę odmalować jego obraz? Czy nie są to barwy, które kłócą się ze sobą? Mówi się, że jest on święty, a ja widzę, że jest pełen grzeszników. Mówi się, że jego misją jest oderwanie człowieka od trosk doczesnych i przypominanie o powołaniu do wieczności. A ja widzę, że jest on nieustannie zajęty sprawami tego świata i tego czasu. Zapewnia się, że jest on powszechny, otwarty niczym mądrość i miłość Boga. A ja stwierdzam, że jego członkowie bojaźliwie chowają się w zamkniętych kręgach”. Taki właśnie jest Kościół – bosko-ludzki, święty i grzeszny, nieomylny i omylny. Jest w nim miejsce dla każdego. W Kościele przemieniamy się z grzeszników w ludzi świętych. Aby być chrześcijaninem – napisał kiedyś J. Ratzinger – należy uznać za niemożliwą samowystarczalność oraz przyjąć własną niemoc. Wierzę w Kościół.
Nie zrozum mnie jednak źle. Daleki jestem od krytykowania i reformowania Kościoła. Bł. Matka Teresa z Kalkuty, zapytana kiedyś przez jednego z dziennikarzy o to, co powinno się zmienić w Kościele, powiedziała: „Pan i ja”. To jest właśnie istota – wszelkie zmiany trzeba zacząć od siebie. Kocham mój Kościół, dlatego zostałem księdzem.
Smucą mnie podziały w Kościele. Nie ma to nic wspólnego z Ewangelią. Diabeł z greckiego to diabolos, czyli ten, który dzieli. Każde podziały są dziełem złego. „Dziel i rządź” (divide et impera) to zasada stara, jak świat. Podzielić Kościół, to znaczy doprowadzić do jego skrajnego osłabienia. Piękny list otwarty skierował do Episkopatu Polski 90-letni prof. Stanisław Luft. Pisze tam m.in.: „Równo pięćdziesiąt lat po rozpoczęciu Soboru Watykańskiego II Kościół polski stoi w obliczu poważnego kryzysu – grozi mu rozłam i masowe odchodzenie wiernych, obserwujemy zanikanie ducha soborowego. Zamiast „Kościoła Otwartego”, będącego soborową odpowiedzią na problemy współczesnego świata, dziś w Polsce proponuje się zamykanie Kościoła w „oblężonej twierdzy”, niechętnej otaczającej go rzeczywistości. Zamiast Kościoła miłości i tolerancji, proponuje się nam Kościół walki, a nawet wojny. Soborowa zasada rozdziału religii od polityki, sięgająca zresztą wprost do źródła chrześcijaństwa, jakim było nauczanie Chrystusa, jest dziś w Polsce łamana bez najmniejszych skrupułów. […]Trzeba dziś mocno przypomnieć, że Kościół Powszechny z samej definicji jest przestrzenią, w której jest miejsce dla każdego człowieka, bez względu na barwy polityczne czy narodowość. Trzeba przypomnieć, że Kościół ma łączyć, a nie dzielić”. (S. Luft, Kościół ma łączyć, w: Tygodnik Powszechny, nr 45 z 4 listopada 2012r.) To mocne słowa. Całkowicie się zgadzam z Panem Profesorem.

Pluralizm jako różność form wyrażania wiary w Kościele – to jego zaleta czy wada?

W pewnym sensie na to pytanie odpowiedziałem, udzielając odpowiedzi na wcześniejsze pytanie. Pluralizm to poniekąd drugie imię Kościoła i jego wielka zaleta. W Kościele jest miejsce dla każdego: począwszy od największego grzesznika aż po najdoskonalszego świętego. W Kościele jest mnóstwo wspólnot. Nieustannie przybywa nowych. Tworzą je ludzie, którzy mają doskonałe poczucie eklezjalności, albo mówiąc łatwiej – poczucie kościelności. Są świadomi, że Kościół to właśnie oni. To dom, to rodzina. Różnorodność rozwija, poszerza przestrzeń działania.

Osobiście bardzo się cieszę, że mogłem przez ostatni rok być „kapelanem” klubowiczów „TP”, pośród których byli ludzie o skrajnie różnych poglądach i podejściu do życia. Taka różnorodność rozwija, pozwala szerzej spojrzeć na otaczający świat, życie, Kościół.

Na przykład taki „Tygodnik Powszechny” jest różnie postrzegany w kręgach kościelnych. „Tygodnik” jest „różnie” postrzegany, podobnie jak „różnie” jest postrzegane Radio „Maryja”, Telewizja „Trwam” czy wypowiedzi poszczególnych biskupów. To dobrze, że w Kościele jest pluralizm i każdy może znaleźć coś dla siebie. Szkoda tylko, że tak często nie przestrzegamy w Kościele złotej zasady jedności w różnorodności: w tym, co konieczne – jedność; w tym, co wątpliwe – wolność; we wszystkim – miłość.

Wielu księży boi się przebywać wśród ludzi na pierwszy rzut oka grzesznych np. Woodstock, akademiki, imprezy, ulica, blokowiska, osiedla by się nie splamić”. Co więcej – namawiają młodych katolików na spotkaniach duszpasterskich by takich unikać. Czy to nie jest błąd? Wszak Jezus jadał i pijał z grzesznikami.

Oczywiście, że to błąd! To nawet więcej, niż błąd! To grzech i poważne wykroczenie wobec Ewangelii. Kompletne nieporozumienie! Nie wiem, czy boją się, żeby się nie splamić”. Wydaje mi się, że jest to bardziej jakiś lęk wynikający z własnych ludzkich ograniczeń, braku zaufania do Boga, siebie samych, a w konsekwencji do drugiego człowieka. To chyba także lęk, który rodzi się z braku przekonania i wiary w to, co się głosi i czym się żyje. Lepiej okopać się w twierdzy i czekać nie wiadomo na co.

Odwiecznie nurtujące Polaków pytanie: po co księdzu pieniądze? No to pytam. Po co Ci pieniądze?

A Tobie po co pieniądze? Odpowiedz sobie i będziesz wiedział, po co są pieniądze. Księdzu potrzebne są pieniądze do normalnego życia: jedzenie (z nieba manna nie spada), opłacenia rachunków (parafia nie zapłaci), paliwo (samochód jest narzędziem pracy) itp.

Mi pieniądze były i są potrzebne również po to, żeby dzielić się nimi z tymi, którzy ich bardziej potrzebują. Nie, nie jestem św. Mikołajem, ale zawsze miałem i mam świadomość, że pieniądze szczęścia nie dają. Poczucia szczęścia i wolności doświadczasz wówczas, gdy potrafisz podzielić się tym, co masz z drugim człowiekiem.

Mówi się, że Polak księdzu przebaczy kobietę, związki z władzą, ale nie pazerność na pieniądze! A jak to wygląda sprawa z punktu widzenia młodego księdza? Parafianki czasem zdają się być zbyt wylewne. Wiem, że jesteś wiernym kapłanem, ale nie miałeś czasem myśli, kurczę, a gdybym nie był księdzem, a szczęśliwym ojcem i mężem swojej byłej dziewczyny? Samotność nie męczy?

Nie wiem, co Polak wybaczy księdzu. Prawdą jest natomiast, że ksiądz to człowiek i jako taki jest narażony na pokusy, ludzkie błędy, po prostu grzechy. Jako grzeszny, potrzebuje nierzadko przebaczenia i pojednania najpierw z Bogiem, ale także z człowiekiem, czy ludźmi, którzy z takiego czy innego powodu mogli się poczuć urażeni, zgorszeni, a czasem nawet oszukani. Nie wchodźmy w szczegóły. Wiemy o czym mówię.
Co do samotności i myśli o małżeństwie i rodzinie. Jasne, że takowe miewałem i miewam. Jestem normalnym facetem. Nie są mi obce pragnienia właściwe człowiekowi, mężczyźnie. Święcenia kapłańskie nie pozbawiły mnie naturalnych pragnień. Dodajmy – na szczęście mnie ich nie pozbawiły! Wiesz, co jest największym cierpieniem dla dojrzałego faceta, odpowiedzialnego mężczyzny, który jest księdzem? Największym cierpieniem jest tak często poczucie samotności. Większe cierpienie może sprawić chyba jedynie zakochanie, które kończy się rezygnacją z kobiety, która mogłaby być jego żoną i matką jego dzieci. To takie samo cierpienie, jakie rodzi się w człowieku po śmierci najukochańszej i najbliższej osoby. To takie cierpienie i taki ból, który może doprowadzić do śmierci. Wiesz, co jest najpiękniejsze i najcenniejsze w życiu każdego prawdziwego, dojrzałego i odpowiedzialnego faceta? To małżeństwo i rodzina. Nie ma nic piękniejszego, nic cudowniejszego. Nie kapłaństwo, nawet nie sam Bóg. Taki jest właśnie główny sens celibatu (też ofiary, też cierpienia) – jako ksiądz – facet ofiarowuję Bogu to, co mam najcenniejszego, najcudowniejszego, najpiękniejszego. Rezygnuję z miłości żony, dzieci, rodziny. Na tym jednak się nie kończy sens celibatu. Gdyby tak wyglądał koniec, byłaby to tragedia, koszmar, dramat. Nie! Bo oto Bóg niejako w zamian daje mi coś innego, może nawet piękniejszego: daje mi, jak mogłeś to zauważyć w Miłosławiu, inne dzieci które kochają mnie jak ojca, a może nawet bardziej niż swoich ojców; daje mi moich uczniów, którzy zamiast do rodziców, z trudnymi sprawami przychodzili po nocach do mnie; daje mi inne rodziny, inne siostry, innych braci… Daje mi tysiące innych ludzi… Taki właśnie jest sens celibatu i tej niezwykłej ofiary. Na tym to polega. To piękne, ale cholernie trudne.
Szczególnie tutaj – w Londynie jest to dla mnie ciężkie doświadczenie. Wracasz po całej niedzieli do pustego pokoju, gdzie nie masz nawet do kogo się odezwać. Taka samotność w wielkim mieście. Kumpel, były ksiądz, napisał mi kiedyś: „Jesteś sam, ale nie jesteś samotny”. Coś w tym jest.

Tak naprawdę dopiero niedawno, tu w Londynie dotarło do mnie, że już nigdy nie będzie żony, nie będzie dzieci, nie będę dla nikogo jedynym, i nie warto pytać, co zamiast. Tego braku nikt i nic mi nie zastąpi: ani praca, ani ludzie, ani Matka Boża, ani Pan Bóg. Zawsze będzie puste miejsce i głód. I tak być powinno. Tak być powinno w życiu każdego prawdziwego księdza!

Dzieciaki mówiły do Ciebie „per wujek Rajek”, grono osób „per Ty”…. Dla wielu księży to skandal! Jak tak można… Chyba można?

Tak, to wielki skandal i potężne zgorszenie! Czy straciłem przez to autorytet wśród dzieci, że mogły mówić mi per Wujek Rajek lub Wujek Ksiądz? Raczej nie. Idziesz chodnikiem, dzieciaki wracają ze szkoły i mówią: „Szczęść Boże, Wujku”. To jedne z najradośniejszych momentów w moim życiu. A jakie ma to znaczenie dla samych dzieci? A no takie, że jeśli nawet odejdą od Kościoła, to może za kilkadziesiąt lat przypomną sobie, że był Wujek Rajek i właśnie to prozaiczne i skandaliczne doświadczenie obudzi w nich pierwotne, dziecięce doświadczenie zwyczajnej wiary.
Nie wiem w imię jakich praw moi znajomi i przyjaciele nie mogliby mi mówić „per ty”. Najpierw jestem człowiekiem, później księdzem. Najpierw Bartkiem, później księdzem Bartkiem. Nie muszę się chować za tytułami. Najpierw mam być sobą. Wielu zarzucało mi, że nie zawsze używam sutanny i koloratki. Jednego razu przyjechał do mnie serdeczny przyjaciel – ksiądz. Poszliśmy na spacer. Byłem ubrany „na cywila”. Był zgorszony, że jestem w szortach i koszulce. Tymczasem, idąc przez miasto, co chwilę ktoś się ze mną witał, ktoś powiedział „Szczęść Boże”, ktoś się uśmiechnął. Każdy wie, że jestem księdzem. Najpierw jednak ludzie muszą we mnie widzieć człowieka. Ilu księży „kroczy” (ksiądz nie chodzi, ksiądz kroczy) w powłóczystych szatach każdego dnia ulicami miast i wsi i nikt nawet „dzień dobry” im nie powie? Nie brakuje takich sytuacji. Często zapomnieli, że nie szaty, nie tytuły świadczą o jakości człowieczeństwa. Najpierw trzeba być człowiekiem. Kapłaństwem nie wolno się obnosić, kapłaństwo się nosi w sercu.
Bardzo mi się podoba argumentacja zawarta w dialogach Umberto Eco z kard. Carlo Marią Martinim („W co wierzy ten, kto nie wierzy”). Umberto Eco w pierwszym liście zwraca się do Kardynała pomijając wszelkie tytuły. Tak to argumentuje: „Faktu, że zwracam się do Pana po nazwisku, nie wspominając o piastowanej przez Pana godności, proszę
nie poczytywać mi za brak szacunku. Owszem, proszę rozumieć to jako akt hołdu […]. Hołdu, gdyż zawsze uderzał mnie sposób, w jaki Francuzi, przeprowadzając wywiad z pisarzem, artystą czy osobistością polityczną, potrafią unikać nazw redukujących,
jak profesor, eminencja czy minister. Są osoby, których kapitał intelektualny zawarty jest w nazwiskach, jakimi firmują własne idee. Francuzi zatem, zwracając się do osoby, której najznakomitszym tytułem jest jej własne nazwisko, używają zwrotu w rodzaju: „dites-moi, Jacques Maritain”. Oznacza to uznanie autorytetu, który pozostałby taki sam, nawet jeśli dana osoba nie była ambasadorem czy członkiem Akademii Francuskiej”. Kto może pojąć, niech pojmuje. Nie potrzebuję dodawać sobie animuszu i prestiżu przez tytułowanie mnie w jakikolwiek sposób. Najpełniej jestem sobą, gdy jestem Bartkiem Rajewskim.

Jeszcze do tematu księży – panuje przekonanie, że ksiądz nie może być kumplem czy przyjacielem świeckich. Znamy kilka wyjątków. Jak odnosisz się do tzw. bratania się ze świeckimi?

Czy ksiądz jest ulepiony z innej gliny, niż Ty? Czy ksiądz jest z księżyca? Nie zapominajmy, że ksiądz jest człowiekiem. Jasne, że nie może być ksiądz kumplem swoich uczniów, czy tych, dla których jest duchowym kierownikiem. To chyba norma. Tak jak nauczyciel nie może być kumplem dla uczniów.

Nie wiem czy wiesz, ale jakiś czas temu w polskim wydaniu „Newsweek’a”, na okładce było zdjęcie dwóch całujących się księży gejów. Jak odnosisz się do tematu homoseksualizmu w Kościele i wśród księży?

Tak, wiem. W Londynie mamy Internet(śmiech). Muszę uściślić – to nie było zdjęcie dwóch całujących się księży gejów, lecz zdjęcie dwóch przebranych za księży, całujących się mężczyzn, nie wiem, czy gejów.

Odpowiadając na drugą część pytania – w Kościele jest miejsce dla osób homoseksualnych. Boża miłość nie opuszcza nikogo, Kościół kocha także ich, Kościół jest domem, który zaprasza wszystkich. Także osoby homoseksualne pozostają członkami Kościoła i mogą – jeśli prowadzą życie zgodne z Ewangelią – przystępować do sakramentów. Pozostają członkami Kościoła również wtedy, gdy nie mogą otrzymać sakramentalnego rozgrzeszenia i Eucharystii. Podobnie, jak każdy chrześcijanin są wezwani do nawrócenia i przemiany swojego życia. Nie ma jednak miejsca dla takich osób w kapłańskich szeregach, jeśli ich tożsamość i powołanie nie zostały wnikliwie rozeznane przez kompetentne osoby decydujące o dopuszczeniu do święceń kapłańskich. Bardzo klarownie wypowiedział się w tej kwestii niejednokrotnie Benedykt XVI i Stolica Apostolska. Istnieje nawet specjalna instrukcja dotycząca kryteriów rozeznawania powołania w stosunku do osób z tendencjami homoseksualnymi w kontekście przyjmowania ich do seminariów i dopuszczania do święceń.

Jak odnosisz się do zjawiska panującego wśród księży, mianowicie do wzajemnej zawiści: „bo o tym napisali, a o mnie nie”, „tego bardziej szanują, a mnie nie, to mu dowalę, doniosę gdzie trzeba…”?

Uważam, że największą przeszkodą dla skutecznej misji kapłańskiej i działalności ewangelizacyjnej jest, obok ignorancji, pycha i jej brat – egoizm. Mania, by być wielkim, oryginalnym i ważnym, czyni nas niejednokrotnie „pasterzami, którzy pasą samych siebie, a nie owce” (jak czytamy w Księdze Ezechiela).

Jak w każdej „grupie zawodowej”, również wśród księży zauważyć można pewną rywalizację. Nie jest to nowy temat. Już sami apostołowie potrafili pokłócić się o miejsca po lewej i po prawej stronie Jezusa Chrystusa w Jego Królestwie. Chcieli pić kielich, który Jezus miał pić. Nie spodziewali się, że będzie to gorzki napój męczeńskiej śmierci. Takie postępowanie niektórych księży jest antyświadectwem. Smutna to rzeczywistość, ale nie umniejsza mojej wiary.

Potrzebne to? Sami nauczacie „Kochajcie się!”, a wśród was różnie to wygląda – począwszy od formacji seminaryjnej.

Śp. prof. Religa palił papierosy jeden za drugim, a sam – jako kardiolog – odradzał innym palenie. Miał moralne prawo leczyć chorych kardiologicznie ten, który sam na serce chorował? Oczywiście, że miał takie prawo i był świetnym lekarzem. Podobnie jest z naszym głoszeniem Ewangelii i nauczaniem. Jako ksiądz nie głoszę moich prywatnych prawd,
ale prawdy Boże. Oczywiście, że jest dramatem, gdy ksiądz głosi Ewangelię, którą sam nie żyje, ale nie można mu odmówić prawa jej głoszenia. Stąd – to co powiedziałem wcześniej – nie można oddzielić kwestii nauczania, ewangelizowania od świadectwa własnego życia.

„Tygodnik Powszechny” czy „Radio Maryja”? Ksiądz Boniecki czy Ojciec Rydzyk? Co sądzisz o mediach katolickich w naszym kraju?

Zdecydowanie bliżej mi do środowiska „Tygodnika Powszechnego”, niż do zwolenników i sympatyków toruńskiej rozgłośni. Nie oznacza to jednak, że nie słucham Radio Maryja. Teraz może mniej, ale kiedy byłem w Polsce, słuchałem bardzo często. Nie jestem przeciwnikiem tego medium. Podobnie, jak w przypadku każdej medialnej oferty trzeba być roztropnym słuchaczem, czytelnikiem czy widzem i umieć oddzielać „ziarno od plew”. Taka polaryzacja obecna w Twoim pytaniu pokazuje, że również oferta mediów katolickich jest dosyć bogata i każdy może znaleźć coś dla siebie. Napawa smutkiem fakt, że niektóre media zbytnio angażują się w kwestie polityczne i dzielą nie tylko społeczeństwo, ale i sam Kościół. Niepokojące są również informacje o zaprzestaniu własnej produkcji medialnej przez Religia TV. To wielka strata. Oferta tej telewizji jest niezwykle ciekawa, a gdyby znaleźli się inwestorzy, mogłaby być jeszcze bardziej interesująca. Szkoda także, że ta stacja dociera do stosunkowo niewielkiej ilości odbiorców.

Poza Kościołem nie ma zbawienia! A co z chrześcijanami spoza Kościoła Katolickiego? Powiedziałbyś komuś: „Ty jesteś w Kościele wiec jesteś zbawiony, Ty nie, bo jesteś np. prawosławny”?

Nikomu nigdy tak nie powiedziałem i nikomu nigdy tak nie powiem. Przecież ta teza –„Extra Ecclesia nulla salus”, pochodząca od św. Cypriana jest nieaktualna w nauczaniu Kościoła zgoła od 50 lat, czyli od czasu Soboru Watykańskiego II. Precyzuje to Konstytucja Dogmatyczna o Kościele „Lumen gentium” w punktach 13-16. Sobór Watykański II zagadnienie przynależności do Kościoła ujął w formie koncentrycznie rozchodzących się kręgów. Krótko mówiąc, w myśl nauczania Soboru, do Kościoła – w różnym stopniu – należą wszyscy ludzie. Najpierw chrześcijanie – katolicy, następnie chrześcijanie – niekatolicy, dalej niechrześcijanie i w końcu wszyscy ludzie szukający Boga. Poza Kościołem nie ma zbawienia – to prawda. Tylko czy jest ktoś, kto znajduje się poza Kościołem?
Obrazowo mówiąc – Kościół to swoiste uzdrowisko. Czy tylko w uzdrowisku mogą być ludzie zdrowi, a poza uzdrowiskiem już nie? Absurd! Nie wszyscy z tych, którzy znajdują się poza uzdrowiskiem są chorzy, źli i pozbawieni zbawienia! Tak samo są chorzy i zdrowiw uzdrowisku, jak i poza nim.

Kościół jest ostatnio na pierwszej linii ognia krytyki mediów, zwłaszcza lewicowych i liberalnych. Czujesz się atakowany?
Osobiście nie czuję się atakowany, co nie zmienia faktu, że dostrzegam wzmożony kurs medialny kontra Kościołowi.

Etyka seksualna Kościoła to jest to, co dziś wzbudza wiele kontrowersji i „ale”. Powiedz mi, jako młodemu człowiekowi, dlaczego antykoncepcja jest zła i dlaczego mam czekać z seksem do ślubu?

Dziwne, że etyka seksualna wzbudza ponadprzeciętne zainteresowanie. Tak, jakby Kościół i Magisterium, czyli nauczanie Kościoła nie zajmowało się niczym innym, tylko seksualnością człowieka.

Na temat zagadnienia antykoncepcji i wstrzemięźliwości seksualnej zostały napisane tomy książek. Czy nie zastanawia Cię fakt, że Kościół niezmiennie stoi na swoim stanowisku w kwestii etyki seksualnej? Przecież – teoretycznie – gdyby zliberalizował swoje nauczanie, mógłby zyskać wielu wyznawców, zwłaszcza młodych. Jednak dla Kościoła bardziej niż pozorny sukces i statystyki, ważniejsza jest autentyczna troska o człowieka, zarówno w wymiarze doczesnym, jak i w eschatologicznym, czyli ostatecznym.
Seks jest zarezerwowany dla ludzi dojrzałych i kochających się. Gwarancją miłości w pewnym sensie jest małżeństwo. Czy zdajesz sobie sprawę ile tragedii spowodowanych jest przez wczesne rozpoczęcie życia intymnego, poza małżeństwem. Jako spowiednik mam w pewnym stopniu wgląd w serca ludzkie. Niemal każdego dnia przychodzą młode osoby, które podjęły współżycie seksualne z osobą, którą bardzo kochały, albo wydawało im się, że bardzo kochają. I nagle okazało się, że ta miłość była fikcją, a to co najważniejsze zostało bezpowrotnie stracone. Szacunek do człowieka wymaga, aby traktować go z godnością. Seks jest dla ludzi, jest piękny, a nawet – jak pisze o. Ksawery Knotz – „jest boski”, ale jest dla ludzi dojrzałych, szanujących swoją godność, darzących się miłością w małżeństwie, w którym nie ma obaw przed narodzeniem dziecka. Niepokojące jest, że dzisiaj dzieci już rozpoczynają inicjację seksualną. To tak, jakby noworodka nakarmić schabowym i dać mu popić wódką. Jakie będą skutki? Oczywiste do przewidzenia. Mówią przedstawiciele kręgów lewicowych i liberalnych, że potrzebna jest edukacja seksualna. Jasne, że jest potrzebna, ale czy rzeczywiście taka, jaką proponuje jeden z posłów Ruchu Palikota, który odwiedza przedszkola oraz szkoły i czyta dzieciom bajki o pingwinkach homoseksualnych
(Robert Biedroń sam o tym mówił, gdy był gościem w programie Kuby Wojewódzkiego).

To swoisty paradoks, że najwięcej niechcianych ciąży jest w Wielkiej Brytanii, w której edukacja seksualna jest jednym z kluczowych przedmiotów. Jeszcze większy paradoks, że w Szwecji, w której edukacja seksualna jest najbardziej rozwinięta, przeprowadza się najwięcej zabiegów aborcyjnych.

Co do antykoncepcji, tu stanowisko Kościoła jest równie klarowne. Seks jest dopełnieniem miłości małżeńskiej, dodajmy – miłości płodnej, której owocem jest nowe życie, człowiek. Trzeba zapytać o jakość miłości małżonków, którzy poprzez stosowanie antykoncepcji pragną uniknąć poczęcia nowego człowieka. Jasne, że nie wszyscy i zawsze mogą mieć dzieci. Stąd etyka seksualna dopuszcza możliwość korzystania z naturalnych metod planowania rodziny. Ci, którzy je stosują, dopuszczają możliwość poczęcia dziecka, czyli nie są zamknięci na wzajemną miłość. Kochają siebie i sobie ufają! Czują się bezpiecznie i nie potrzebują zabezpieczeń.

Powie ktoś, że można dopuścić stosowanie prezerwatyw przez chorych na AIDS. Może i można, ale trzeba do problemu podejść racjonalnie. Czy prezerwatywa zapewnia stuprocentową ochronę? Ciekaw jestem, czy propagatorzy takiego rozwiązania byliby zdolni podjąć współżycie z osobą chorą na AIDS, zabezpieczając się „niezawodną” prezerwatywą. Można apelować: „Przelewajcie Wisłę sitkiem i ją przelejecie!”. Prawda? Oczywiście troszkę przelejecie, ale to będą krople. Chodzi o to „ale”. Podobnie jest z prezerwatywą – ona chroni, ale tylko częściowo.

Dzisiaj sprowadza się seks niemal do czynności fizjologicznej. Odbiera się temu wydarzeniu, któremu na imię „sex” wymiar pewnej tajemniczości, wyjątkowości, piękna. Wstrzemięźliwość nie jest w modzie. Dlaczego? Dlatego, że człowiek żyjący wstrzemięźliwie i świadomie nie będzie dobrym konsumentem, a dzisiaj świat potrzebuje pozwalających sobą manipulować konsumentów.

Chciałbym przy tej okazji podkreślić również, że istotą moralności chrześcijańskiej nie jest Dekalog, nie są przykazania. Istotą jest prawo Ducha Świętego, który daje życie w Chrystusie. Im bardziej życie w Chrystusie będzie dynamizowało i determinowało nasze wybory, tym bardziej nasze postępowanie będzie zgodne z Dekalogiem.

Odnośnie krytyki etyki seksualnej i nauczania Kościoła w ogóle. Chciałbym zacytować ateistę – Umberto Eco, który w dialogach z kard. Martinim – „W co wierzy ten, kto nie wierzy”, napisał: „Uważam, że nikt nie ma prawa osądzać obowiązków nakładanych przez rozmaite wyznania na swych wiernych. Nie mam żadnego powodu, by kwestionować fakt, że religia muzułmańska zakazuje spożywania napojów alkoholowych; jeśli się z tym nie zgadzam, nie przechodzą na islam. Nie rozumiem, czemu laicy mieliby się gorszyć faktem, że Kościół katolicki potępia rozwody; jeśli chcesz być katolikiem, to się nie rozwódź, jeśli zaś chcesz się rozwieść, przejdź na protestantyzm […]. Przyznaję, że nawet irytują mnie homoseksualiści domagający się uznania przez Kościół, albo księża pragnący się ożenić. Ja, kiedy wchodzę do meczetu, zdejmuję buty, w Jerozolimie zaś zgodzę się z tym, że w sobotę w niektórych budynkach windy jeżdżą same, zatrzymując się automatycznie na każdym piętrze. Jeśli chcę mieć buty na nogach, albo programować windę według swego uznania, idę gdzie indziej […]”.

Jak się odniesiesz do kwestii wolności, czym jest dla Ciebie wolność i czym powinna być dla młodych ludzi?

To bardzo szeroka kwestia. Pytanie natury filozoficznej, a ja filozofem nie jestem. Być wolnym, to dla mnie znaczy być prawdziwym, być sobą. To, co już mówiłem wcześniej. Tylko prawda wyzwala, czyni człowieka wolnym. Być wolnym to nie być w żaden sposób przez nikogo ani przez nic do niczego przymuszanym. Być wolnym, to znaczy nie działać pod żadnym przymusem, czy to psychicznym czy emocjonalnym; nie pozwolić sobą manipulować. Dzisiaj ludźmi się manipuluje, narzuca niekoniecznie dobre wzorce wartościowania i działania. Ludźmi manipulują pracodawcy, politycy, fałszywi prorocy,
ale chyba najbardziej media. Być wolnym to kierować się określonym systemem wartości, być wiernym swoim ideałom, unikać konformizmu, czyli być sobą, być prawdziwym. Osobiście bardzo cenię sobie wolność od posiadania. Naprawdę dla mnie nie jest istotne, aby mieć dobry samochód, markowe ciuchy, super telewizor, najnowsze gadżety itd. Cieszę się z tego, co mam i jestem od tego wolny. Mogę się tym dzielić, mogę to stracić i nie będzie mi z tego powodu przykro. Zauważam, że im więcej rozdaję, tym bardziej jestem wolny i szczęśliwszy.

Bardzo ważna jest dla mnie wolność od grzechu. Grzech zniewala. Czasami zniewala tak strasznie, że zamienia się w nałóg – alkoholizm, narkomania, nieczystość, uzależnienie od Internetu. Dzisiaj – niestety – coraz więcej ludzi jest zniewolonych przez grzech. Być prawdziwie wolnym, to mieć pełnię władzy na sobą w każdym wymiarze – cielesnym, psychicznym i duchowym. Takiej wolności życzę młodym ludziom.

Mówi się, że młodzi nie mają autorytetów, nie lubią słuchać mędrców, a Ty?

Kto jest dla Ciebie mędrcem? Duży miał wpływ na Ciebie?

Mówi się, że mamy dzisiaj kryzys autorytetów. Nie dziwi mnie to, gdy patrzę, jak autorytety są niszczone, uznani ludzie są szykanowani, oczerniani. Przykro patrzeć, jak na polu bitwy polsko-polskiej giną wielcy ludzie, wybitni Polacy. Jakie autorytety ma mieć współczesna młodzież? Dodę, Wojewódzkiego, Majewskiego? Ludzi mądrych, zasłużonych dla Polski, takich którzy osiągnęli coś w tym życiu i mogliby być wzorcami dla młodych, do mediów nikt nie dopuszcza. Oferta mediów jest mizerna, często ogłupiająca. Mam na myśli media w ogóle – od telewizji, przez prasę i radio aż po Internet.

Dla mnie autorytetem byli i są moi Rodzice. Autorytetem jest dla mnie moja śp. Babcia, która przekazała mi wiarę. Autorytetem są dla mnie ci księża, dzięki postawie których zacząłem zastanawiać się nad kapłaństwem. Autorytetami i inspiratorami są dla mnie wielcy ludzie Kościoła, żyjący i ci, którzy odeszli, a o których wspomniałem w jednej
z wcześniejszych wypowiedzi – Benedykt XVI, abp Muszyński, ks. Tomas Halik, Henri de Lubac, kard. Wyszyński, abp Życiński, kard. Martini, abp Przykucki.

Grono osób wzoruje się na Tobie, ma Cię za swojego mentora. Czy czujesz odpowiedzialność za tych ludzi?

Szczerze Ci powiem, że nie wiem, kto się na mnie wzoruje i nie słyszałem, żebym był czyimś mentorem. W ogóle nie kręci mnie to. Kim ja jestem, żeby być mentorem? Jestem za młody, za mało doświadczony, za głupi. Nie jestem nikim wybitnym, żeby się na mnie wzorować.
Jeśli chodzi natomiast o odpowiedzialność za ludzi, którzy zostali powierzeni mojej duszpasterskiej trosce, zawsze czuję ogromną odpowiedzialność za każdego indywidualnego człowieka, szczególnie w konfesjonale i w moim postępowaniu, które
nie może być dla nikogo zgorszeniem.

Byłeś wikariuszem w miłosławskiej parafii. Co z pierwszej placówki w życiu wyniosłeś? Jak oceniasz posługę w tamtejszej parafii?

Z pewnością był to rok wyjątkowy, cudowny, niezapomniany. Był to czas, w którym musiałem tworzyć wszystko od podstaw. Mam tu na myśli pewne struktury funkcjonowania neoprezbitera w duszpasterstwie, tzn. wypracowanie konkretnego planu działania, własnego stylu, przyjrzenie się wszystkim obowiązkom i umiejętne ich godzenie. Poza tym był to także czas uczenia się wielu duszpasterskich zadań, jak np. organizowanie liturgicznej służby ołtarza, prowadzenie Apostolstwa Dobrej Śmierci – wspólnoty, o której wcześniej nic nie wiedziałem, reorganizacja duszpasterstwa młodzieży i przekształcenie Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży w witalną wspólnotę ukochanych, czyli „Amadosów”. Nauczyłem się też, jakim księdzem być nie można. Nauczyłem się, że nie są ważne tytuły, znajomości, posiadana wiedza i znajomość języków. Najważniejsze jest być człowiekiem. Był to rok bardzo intensywnej pracy, zbierania nowych doświadczeń, szukania nowych form duszpasterstwa. Był to także czas, w którym Bóg postawił na mojej drodze wiele wyjątkowych osób, z którymi się zaprzyjaźniłem. Cieszę się, że mogłem ten rok spędzić w Miłosławiu.

Tęsknisz za Polską, Miłosławiem za tymi dzieciakami?
Odejście z Miłosławia było dla mnie przeżyciem wręcz traumatycznym. Odbiło się to także poważnie na moim zdrowiu. Tęskniłem i nadal tęsknię. Z tego właśnie powodu wycofałem się ze wszystkich portali społecznościowych. Okazało się, że nie tylko przywiązałem się do tych ludzi, ale też bardzo ich pokochałem. Nie chcę, żeby zabrzmiało to patetycznie. Myślałem, że ograniczenie kontaktu pozwoli mi szybciej zapomnieć. Tymczasem okazuje się, że jest to chyba niemożliwe. Brakuje mi osób, które w minionym roku wiele wniosły do mojego życia. Trudno mi się pogodzić z rozstaniem z ministrantami, lektorami, lektorkami i młodymi tworzącymi „Amados”. Zostawiłem im swoje serce, ale ich serca również otrzymałem. Trudno zapomnieć o szkole. Uczyłem we wspaniałym gimnazjum, gdzie panowała wyjątkowo familijna atmosfera. Szkoła to przecież ludzie, którzy ją tworzą,a więc wyjątkowa Pani Dyrektor, grono pedagogiczne, pracownicy administracji, a przede wszystkim uczniowie, których nigdy nie zapomnę. Bardzo mi brakuje swoistego klimatu tego miejsca, serdeczności ludzi.
Zapamiętam Miłosław, jako najcudowniejsze miejsce na świecie. Jest też coś wyjątkowego, czego nigdy nie zapomnę, jednak – żeby dodać swoistej pikanterii naszej rozmowie – dzisiaj tego nie zdradzę.

Byłeś inicjatorem wielu ciekawych i mocnych inicjatyw duszpasterskich, które porywały młodych, ale też często ściągały na Ciebie mnóstwo pomyj na głowę. Czy żałujesz? Może warto było dać spokój, wszak i tak kiedyś musiałeś odejść, a robić sobie wrogów wśród swoich to też głupota?

Nie mogę zaprzestać robienia czegoś dobrego, bo ktoś małostkowy i zakompleksiony się na mnie obrazi. Nie mogę rezygnować z własnych przekonań, bo komuś się one nie podobają i mogę na tym stracić. Taką stratę uważam za zysk. Czasami zastanawiałem się, czy to, co robię ma sens. Szczególnie trudno było wówczas, gdy ci, którym najbardziej powinno zależeć, aby dana inicjatywa w parafii się udała, rzucali mi kłody pod nogi i robili wszystko, aby zniszczyć moją pracę, oczerniali wobec przełożonych, wszystko przedstawiali w najciemniejszych barwach. Nowa ewangelizacja potrzebuje nowego wyjścia do ludzi, nowych propozycji. Papież Benedykt XVI, w kazaniu wygłoszonym podczas Mszy św. na zakończenie Synodu Biskupów nt. Nowej Ewangelizacji mówił m.in., że konieczna jest twórczość duszpasterska, aby dotrzeć do ochrzczonych, którzy oddalili się od Boga. Zastanawiałem się czy nie wyluzować, gdy słyszałem zarzuty, że promuję siebie, że moje działanie to zwykły aktywizm, że jestem karierowiczem. Zawsze robiłem sobie rachunek sumienia, czy przypadkiem te zarzuty nie są prawdziwe.

Ostatecznym potwierdzeniem, że moje wysiłki były inspirowane przez Boga, były słowa ewangelii, która przypadła w dniu,
w którym sprawowałem tzw. mszę pożegnalną: „Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia, albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców” (Mt 7,16-18). Nie wybierałem sobie tej perykopy. Przypadła ona na dzień, w którym mnie żegnaliście. Przypadek?

Chrzest na kartki, bierzmowanie na kartki, Komunia św. na kartki, ślub na kartki. W dzisiejszym Kościele, by człowiekowi udzielono sakramentu, musi zbierać różne podpisy, chodzić na jakieś spotkania itd. Przecież chyba nie o to chodzi? Ty to zrozumiałeś zaufałeś uczniom – gimnazjalistom, ludziom którym dziś mało kto ufa, zlikwidowałeś książeczki. Dlaczego? Nie bałeś się, że zrobią Cię w „balona”? Warto było im ufać?
To był odważny krok. Nigdy nie żałowałem, że im zaufałem. Trudniej jest zaufać, łatwiej inwigilować. Trudniej przekonywać, argumentować, łatwiej zmuszać. Wielu „potępiło” mnie za likwidację „książeczek i podpisów”. Gimnazjalistom zawsze tłumaczyłem: „Nie chodzicie do kościoła dla mnie ani dla zbierania podpisów. Chodzicie dla Boga i dla siebie. Oszukiwanie Boga, samych siebie i mnie – nie ma sensu. Warto być sobą, nie zginać karku przed zasadami, których się nie akceptuje. Jeśli wierzysz – będziesz chodził do kościoła, będziesz uczciwy, będziesz stosował się do przyjętych zasad i nikt nie będzie musiał cię kontrolować. Jeśli nie wierzysz – po co ci bierzmowanie? Warto rezygnować ze swoich poglądów kosztem uzyskania czegoś, w co i tak się nie wierzy? Tak postępują ludzi słabi. Jesteś słaby? Jeśli nie, to określ się, podejmij odważną decyzję i szanuj swoje „życiowe zasady”. Udało się. Prawie wszyscy opowiedzieli się, że wierzą i chcą przystąpić do bierzmowania. Było kilka osób, które przyszły i powiedziały: „Chcę być uczciwy. Nie wierzę, nie wiem, jak mam wierzyć. Nie chcę przystąpić do tego sakramentu, ale co powiedzą rodzice, dziadkowie”. Wtedy z takimi osobami pracowaliśmy indywidualnie przez rok, niejako nad ich wiarą. Byłem strasznie szczęśliwy, gdy widziałem, jak w maju ci młodzi ludzie ze łzami w oczach przystępowali po latach do spowiedzi i mówili, że znowu wierzą.
Niestety, na początku września z bólem serca dowiedziałem się, że tu i ówdzie wraca ubecka praktyka kontrolowania i zmuszania młodych wiernych do praktykowania wiary. Pragnę przytoczyć tu tekst, który napisałem w lutym 2012r. na moim facebook’owym profilu:
Indeks z obecnościami można kupić za 100 zł u ministranta, podpis księdza podrobić. „Normalnie paranoja, chodzimy z karteczkami na każdą mszę i zbieramy jakieś bzdurne podpisy. Nasz ksiądz gada, że chcą nas nauczyć odpowiedzialności. Śmiać mi się chce, bo w drugiej parafii w moim mieście dali karteczki do podpisania, że zostanie się dziewicą/prawiczkiem do ślubu” – m.in. takie smutne spostrzeżenia, relacje gimnazjalistów i fakty zawarł w swoim artykule Piotr Miedzianowski (P. Miedzianowski, „Robotnicy, niewolnicy”, Więź 5/2009). Smutne, ale niestety – szczególnie w dużych parafiach – prawdziwe.
Na czym ma polegać idealne przygotowanie do bierzmowania? Pewnie takiego nie ma. Wiele zależy od parafii, jej specyfiki, mentalności ludzi, wielkości, regionu Polski; wiele zależy od szkoły, nauczycieli, księdza; najwięcej z pewnością jednak zależy od rodziny.
Piątek, 19.23 na zewnątrz – 17 stopni (w kościele trochę cieplej, chociaż woda w vasculum zamarzła). W kościele grupka młodych Amadosów (od nazwy Duszpasterstwa Młodych „Amados” w Miłosławiu). Jeden człowiek klęczy gdzieś w ławce. Pustka. Wychodzę przed kościół, przenikliwe zimno nakazuje natychmiast się ewakuować. „Pewnie nikt nie przyjdzie. Trzeba było jednak zostawić te książeczki i podpisy, byłby chociaż minimalny przymus. Nazbyt zaryzykowałeś, niepotrzebnie zaufałeś” – wcale nie dodają otuchy myśli rodzące się w głowie. Nagle podjeżdża jeden samochód, za chwilę drugi. Z daleka nadchodzi grupka kandydatów. Robi się ruchliwie i gwarnie. O 19.30 jest już pewnie ze sto osób. Są też tacy, których w życiu bym się w kościele nie spodziewał: miejscowi bosi, dużo starsi od gimnazjalistów, „starszyzna”. Amadosi grają i śpiewają, dzięki czemu atmosfera robi się troszkę cieplejsza. Wychodzę, czytam ewangelię o uzdrowieniu trędowatego. „Za chwilę wystawimy Najświętszy Sakrament. Możesz podejść bardzo blisko, uklęknąć, powiedzieć Bogu co jest twoim życiowym trądem, prosić o uzdrowienie. Jeśli chcesz. Nie musisz też tutaj być. Jeśli chcesz, możesz wyjść. Jest zimno. Nie przeszkadzaj modlącemu się obok, nawet jeśli uważasz, że on się modlić nie potrafi, bo nie wygląda na super pobożnego i super duchowego człowieka. Można robić tyle ciekawszych rzeczy” – mówię do zebranych. Klęcząc przed Jezusem, modlę się:
„Jeśli chcesz, możesz sprawić, że podejdą, ale ja w to nie wierzę”. Za chwilę podchodzi jedna osoba, druga, piąta. Co chwile ktoś podchodzi, klęka, modli się, odchodzi. Podchodzą następni. Nie wierzę w to, co widzę. Przecież nikt im nie kazał, nikt nie sprawdzi ich obecności, nikt nie będzie wyciągał konsekwencji. Jeśli chcesz… Później błogosławieństwo indywidualne. Widzę łzy w oczach młodych ludzi i sam nie mogę się powstrzymać od wzruszenia.

Jestem pod wrażeniem tych młodych ludzi! Nie pierwszy raz zresztą. Jasne, że malkontenci powiedzą: wielu na spotkanie nie przyszło, nie wszyscy dobrze się zachowywali, są zbyt młodzi, żeby im zaufać, niektórzy oszukują. Pytam więc malkontentów: czy za Jezusem poszli wszyscy?; czy szli za Nim sami święci?; czy kontrolowanie i zmuszanie otwiera na Boga, czy raczej zamyka, rodzi bunt?; czy lubimy być zmuszani?; ważniejsza jest kontrola, czy szczerość, autentyczność i uczciwość?; skoro są zbyt młodzi na zaufanie, czy nie są zbyt młodzi na przyjęcie sakramentu dojrzałości (!) chrześcijańskiej?

Te pytanie można mnożyć. Jak wspomniałem, drogi idealnej nie ma. Na wczorajszym modlitewnym spotkaniu po raz kolejny przekonałem się, że droga przekonywania, wolności, szacunku i autentyczności sprawdza się. Łatwo jest przymuszać. Trudniej przekonywać. Cieszę się, że wczoraj było tylu ludzi przekonanych. Bardziej cieszę się z nich, niż z całego nawet kościoła przymuszonych. Ludzie buntują się przeciwko temu, co nie jest ich własne, przez nich wypracowane, narzucone. A że czasami można być zawiedzionym?

Trzeba dodać – zawiedzionym nie na Bogu, ale na człowieku. W wierze, jak w miłości – zawody zdarzyć się mogą.
Tym, którzy nie wierzą w bajki, życzę aby uwierzyli, jak dzieci… Jeśli nie staniecie się,
jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa…

W ogóle czy warto ufać ludziom? Dawać im szansę?

Warto ufać każdemu człowiekowi! Trzeba dawać szansę każdemu! Żeby zaufać człowiekowi, żeby być zdolnym wybaczać mu jego błędy i niedoskonałości, trzeba go naprawdę kochać. Jeśli jako ksiądz autentycznie kochasz swoich parafian, będziesz im ufał. Jeśli dostrzegasz, że sam jesteś niedoskonały, będziesz innym wybaczał, że czasem zawiodą. Nie ma ludzi niezawodnych. Bóg wciąż nam ufa, bo nas kocha. Ufa i przebacza, pomimo że tak często Go zawodzimy.

Otwartą postawę wobec ludzi i wobec świata wyniosłem z mojego domu rodzinnego, który zawsze był otwarty dla innych, w którym panowała i panuje tolerancja, zrozumienie i życzliwość. Budowanie życia na zaufaniu jest jedną z moich naczelnych zasad. Ufam ludziom i każdego staram się traktować, jak dar od Boga. To czyni moje życie szczęśliwym i pięknym.

Religia w szkołach ma złą passę. Sam pamiętam swoją katechezę niezbyt miło. Czy faktycznie opłacają się lekcje religii w szkołach? Jak to oceniasz z perspektywy nauczyciela w szkole?

Katecheza w szkole to zadanie niełatwe, ale jednocześnie bardzo potrzebne. Wszystko zależy od nastawienia z jakim się idzie do szkoły. Jak już wcześniej wspomniałem, lubiłem moje gimnazjum. Szkoła to świetna przestrzeń do nawiązywania relacji z uczniami, z młodzieżą. Dawała mi możliwość kontaktu z młodymi ludźmi, możliwość rozwijania duszpasterstwa. Gdybym nie chodził do szkoły, gdzie bym spotkał tych młodych ludzi? Jak bym ich przyciągnął do Kościoła? To, co teraz powiem, z pewnością wielu oburzy, ale uważam, że religia nie jest takim samym przedmiotem, jak każdy inny. Religia, czy katecheza szkolna to przestrzeń nie tylko nauczania, ale także wychowania, ewangelizowania. Trzeba mieć dystans do siebie, nie ulegać emocjom i nie oczekiwać zbyt wiele. Dziwię się np. nauczycielom religii, którzy potrafią motywować uczniów ocenami niedostatecznymi. Jaka to motywacja? Żadna. Dziwi mnie fakt, że katecheta robi uczniom sprawdzian np. z treści Ewangelii? Przecież to jest redukcja Biblii do zwykłej książki, redukcja wiary do wiedzy. Tym sposobem umniejsza się Słowu Bożemu. Młodemu człowiekowi Pismo Święte już nigdy nie będzie kojarzyło się z Księgą, w której sam Bóg objawia się człowiekowi jako miłosierny Ojciec, jako Emmanuel – Bóg z nami i jako Pocieszyciel. Przeczytać, zdać, zapomnieć – czy o to nam chodzi? Poza tym, nie miejmy złudzeń – jeżeli uczeń nie przejmuje się takimi przedmiotami jak język polski, język obcy, matematyka czy historia, nie będzie tym bardziej przejmował się religią. Trzeba więc szukać sposobów, aby młodego człowieka zachęcić do poznawania swojej religii i treści wiary tak, aby go nie zrazić, nie uprzedzić. Uczeń musi być najpierw przekonany, że to co mu chcę przekazać jest naprawdę istotne i ma znaczenie dla jego życia. Żeby jednak tak się stało, ja jako nauczyciel sam muszę być najpierw przekonany do tego, co pragnę przekazać; uczeń musi widzieć, że dla mnie to jest ważne, że ja tym żyję. I tu pojawia się potrzeba świadectwa. Tak więc nie zmuszanie, nie represje, lecz przede wszystkim poszanowanie wolności, stwarzania możliwości wyboru i świadectwo własnego życia.
Dlaczego tak wielu katechetów, świeckich i duchownych, ma problemy w szkole, uciekają od szkoły i boją się młodzieży? Dlatego, że nie rozumieją, iż w katechezie szkolnej nie tylko chodzi o przekazanie wiedzy, ale przede wszystkim o opartą na świadectwie życia ewangelizację, nową ewangelizację! W naszych czasach w szkole musi odbywać się pierwsze głoszenie Ewangelii, głoszenie kerygmatu, bo ci ludzie w dużej mierze tak naprawdę nie znają Chrystusa i Jego Dobrej Nowiny. Już tu – w Londynie – w czasie katechezy przygotowującej do I Komunii św. spotkałem dzieci, które nie potrafią się przeżegnać. Więcej – spotkałem dwie 11-letnie dziewczynki, które na pytanie, czy słyszały o Panu Jezusie, odpowiedziały: „Nie znamy tego pana…”. Wprawiły mnie w osłupienie!

Dalej pytałem, czy potrafią się modlić, a one w życiu nie słyszały o modlitwie. Pomyślałem, że pewnie słabo znają język polski, więc pytam je po angielsku, a one odpowiadają mi, że „nie znają tego pana i nie wiedzą, kim jest”.

Dzisiaj w dużej większości księża, zwłaszcza proboszczowie, uważają że do dobrego przygotowania do przyjęcia sakramentów wystarczy katecheza szkolna. Tymczasem istnieje pilna potrzeba solidnego opracowania i wprowadzenia katechezy sakramentalnej przy parafiach. W wielu parafiach taka istnieje, ale należy się zastanowić nad atrakcyjnością formy, przekazu itp. Katecheza szkolna nie wystarczy do dobrego przygotowania dziecka do I Komunii św., albo nastolatka do bierzmowania.

Katecheci powinni sobie uświadomić, że – zwłaszcza w dużych miastach – pośród ich uczniów jest wcale nie mała grupa niewierzących lub poszukujących Boga, którzy z domu rodzinnego nie wynieśli żadnej wiedzy ani – tym bardziej – żadnego doświadczenia religijnego, a którzy z różnych przyczyn do swoich poglądów nie chcą się przyznać. Tacy ludzi nie dorastają do programów nauczania religii, potrzebują innego „pokarmu”, „strawy” łatwiej przyswajalnej.

Pan Jezus nauczał dorosłych, a błogosławił dzieci. Stąd katecheza szkolna, a zwłaszcza sakramentalna katecheza parafialna nie przyniosą wielkich owoców, jeśli nie podejmiemy trudu spotkań, ewangelizowania i katechizowania dorosłych, czyli rodziców naszych uczniów.

Co myślisz o takich festiwalach typu Przystanek Woodstock? Wiemy, że jest tam świetna inicjatywa ewangelizacyjna Przystanek Jezus, no ale mimo wszystko na głowy jeżdżących tam młodych ludzi sypią się gromy, a o Panu Owsiaku już nie wspomnę. Nie jest to czasami tak, że ludzie Kościoła robią to jakby z zawiści do Pana Owsiaka, zamiast docenić – jakby nie było –świetną organizację koncertów, zapewnienie bezpieczeństwa; wolą wylewać pomyje, bo on nie wierzy… Może Kościół w Polsce nie ma niczego innego do zaoferowania młodym? Nie ma w polskim Kościele nikogo, kto by tę młodzież pociągnął i przykuł uwagę, jak Pan Owsiak. Czasy Wojtyły dawno minęły.

Czasy Wojtyły minęły, ale nie minął czas Jana Pawła II. Zobacz jakim festiwalem miłości są zaproponowane przez Papieża Światowe Dni Młodzieży. To coś więcej niż Woodstock. Zobacz na spotkania Taize. Nie jest więc tak, że Kościół nie ma niczego do zaoferowania. A w Polsce? Chociażby spotkania na Lednicy, spotkania młodzieży organizowane we Władysławowie przez Chrystusowców. To są równie duże inicjatywy, porównywalne z Woodstockiem. Poza tym Kościół oferuje młodzieży bardzo wiele możliwości spotkań, koncertów, możliwości pogłębiania wiary już w samym wymiarze diecezjalnym. Kiedy byłem w Miłosławiu, bardzo wielu młodych korzystało z tego, co oferowało Diecezjalne Duszpasterstwo Młodzieży „Wiosło”. Nie jest więc tak, że Kościół niczego nie oferuje. Propozycje Kościoła są jednak inne od propozycji np. Fundacji WOŚP, co nie oznacza,
że gorsze.
Nie jestem przeciwnikiem Festiwalu Woodstock. Wprawdzie nie jestem fanem takich imprez, ale nikt przecież mnie nie zmusza, żebym tam jechał. Nie widzę podstaw, aby krytykować czy nawet zabraniać udziału w takich imprezach ludziom, którzy czują te klimaty i świetnie się tam bawią. Poza tym jest tam też Przystanek Jezus – świetna akcja ewangelizacyjna, która przynosi bardzo wymierne efekty. Nie mam też nic przeciwko Panu Owsiakowi. Robi świetną robotę, ma talent, który wykorzystuje dla dobra innych. To nie jest też tak, że Kościół krytykuje tego człowieka i jego inicjatywy. Trzeba zauważyć, że na Woodstocku był np. śp. abp Życiński.

W tym roku był bp Pieronek. Co jest dla Ciebie największym do tej pory darem, dziełem? Z czego najbardziej się cieszysz, z czego najbardziej jesteś dumny?

Cieszę się z małych rzeczy. Nie oczekuję od życia zbyt wiele. Cieszę się najbardziej z ludzi, którzy powrócili do Kościoła, na nowo odkryli swoją wiarę. To dla mnie największa radość i powód do satysfakcji.

Pamiętasz jak się kiedyś naigrywaliśmy, że pojedziesz na misje? No i masz te swoje misje. Co prawda to Anglia, ale jednak. Jak to jest być na misji?

Żartować możemy, że jestem na misjach. Jednak byłoby nieuczciwe stawianie się w jednym rzędzie z prawdziwymi misjonarzami, którzy głosząc Ewangelię ryzykują nie tylko zdrowie, ale i życie. Dlatego nie odpowiem Ci, jak to jest być na misjach, ponieważ na misjach nie jestem.

Jak długo zajęła Ci asymilacja w tym miejscu gdzie teraz jesteś?

Jestem tu dopiero trzy miesiące. Asymilacja wciąż trwa.

Czym różni się praca duszpasterska w Polsce od pracy a w Anglii? Co należy do Twoich obowiązków?

Różnice może nie są diametralne, jednak nie można powiedzieć, że jest identycznie. Pierwsza sprawa – jako ksiądz nie mam w Londynie katechezy szkolnej. W Polsce niemal połowę każdego dnia pochłaniała katecheza. W ciągu tygodnia nie mam zbyt wiele obowiązków. Należą do nich m.in. sprawowanie Mszy św. rano lub wieczorem, posługa w konfesjonale oraz wieczorne spotkania z grupami duszpasterskimi działającymi w parafii. Inaczej jest w niedzielę, kiedy właściwie cały dzień spędzam w kościele. Jeśli nie sprawuję Mszy św., wówczas posługuję w konfesjonale. Oprócz tego dochodzi posługa w biurze parafialnym (raz w tygodniu) oraz trzy godziny katechezy dla dzieci przygotowujących się do I Komunii św. Zdecydowanie najwięcej energii pochłania, ale też sprawia najwięcej radości posługa w konfesjonale. Każdego dnia z sakramentu pokuty i pojednania korzysta bardzo wiele osób. Ksiądz rzeczywiście może się tutaj czuć potrzebny. Ksiądz tutaj jest potrzebny! To niesamowita radość i szczęście widzieć świątynię wypełnioną „po brzegi” w większości młodymi ludźmi, młodymi małżeństwami.

Jakie są różnice Kościoła w Anglii, a Kościoła w Polsce?

Ciężko mi cokolwiek powiedzieć w tym temacie. Nie mam – przynajmniej na razie – zbyt dużego doświadczenia Kościoła rzymskokatolickiego, który jest w Anglii. Z moich dotychczasowych obserwacji wynika, że jest to niestety Kościół, który pogrąża się w marazmie, jakby zasypiał. Co do różnic, wiem tylko tyle, ile mówią inni. Ostatnio czytałem wywiad z ks. abp. Szczepanem Wesołym. Od kilkudziesięciu lat sprawuje on opiekę nad Polonią rozsianą po całym świecie, w tym w Anglii. Ksiądz Arcybiskup wskazuje na znaczne różnice między liturgią angielską a liturgią polską. Podkreśla, że w tej pierwszej wszystkie Msze są recytowana, a w naszej – śpiewane. Dlatego liturgia w Anglii sprawia wrażenie surowej, świątynie wydają się zimne. Polak przez pieśń wyraża swoje uczucia, dlatego w kościele angielskim czuje się nieswojo. Przeżycie religijne dają Polakom kolędy śpiewane przy żłóbku, Gorzkie Żale, różaniec, nabożeństwa. W Polskiej religijności więcej jest emocji, więcej tego, co nazywamy pobożnością ludową. Tak więc dla Polaków, uczestnictwo w polskiej liturgii jest bardzo ważne. Dostrzegam, że nie tylko dla Polaków, bo na Msze św. przychodzą do nas także Rosjanie, Słowacy a nawet Włosi.

W 2004 roku zostałeś najmłodszym laureatem nagrody „Mater Verbi” za posługę słowa. Cofnijmy się do przeszłości. Czym była ona dla Ciebie? Pytam, bo kiedyś sam przyznałeś, że lubisz pisać. Jesteś autorem wielu artykułów, masz na swoim koncie książkę – monografię swojej rodzinnej parafii. Czym jest dla Ciebie posługa słowa?

To rzeczywiście odległe czasy. Sama nagroda była dla mnie dużym wyróżnieniem i motywacją. Pisałem bardzo dużo do prasy katolickiej i nie tylko, współpracowałem z Katolicką Agencją Informacyjną oraz publikowałem w Internecie. Od jakiegoś czasu wcale dużo nie piszę. Bardziej skupiam się na posłudze słowa Bożego. Dlatego jestem jednym z autorów rozważań – komentarzy do niedzielnych Ewangelii, które publikowane są w Ewangeliarzu internetowym prowadzonym przez Klub „Tygodnika Powszechnego”.

Oprócz tego staram jak najlepiej przygotowywać się do kazań. Obok sprawowania Eucharystii, naczelnym zadaniem każdego kapłana jest posługa słowa. Benedykt XVI w posynodalnej adhortacji „Verbum Domini”, zwraca uwagę na nieodzowną rolę słowa Bożego w kształtowaniu serca dobrego pasterza, szafarza Słowa, czyli kapłana. Podczas święceń diakonatu biskup wręczając księgę Ewangelii, zwraca się do diakona słowami: „Przyjmij Chrystusową Ewangelię, której głosicielem się stałeś; wierz w to, co będziesz czytać, nauczaj tego, w co uwierzysz, i pełnij to, czego będziesz nauczać”. Staram się wypełniać to zadanie, najlepiej jak potrafię. Życie kapłana, istota jego powołania i jego posługi polega na stawaniu się sługą królestwa Bożego.

Jesteś w trakcie pisania „Poradnika dla neoprezbitera”. Co chcesz przekazać? Do kogo jest kierowany i czy zwykły śmiertelnik też będzie mógł coś z niego wynieść?

W trakcie pisania jeszcze nie jestem. Jestem na etapie opracowywania koncepcji czy też formy tej publikacji. Mam tez zebrany materiał. W pewnym sensie wiele tematów, które poruszyliśmy w czasie naszej rozmowy, będzie obecnych i rozwiniętych w tym poradniku. Kiedy zostałem księdzem, przez pierwsze miesiące na parafii musiałem wszystkiego się uczyć. W seminarium nikt nie mówił, od strony praktycznej, jak prowadzić ministrantów, jak duszpasterzować Apostolstwu Dobrej Śmierci czy też jak żyć w zgodzie z gospodynią. Dlatego chcę tym wszystkim, czego doświadczyłem, co sam wypracowałem, podzielić się
z moimi młodszymi kolegami, którzy dopiero w kapłaństwo będą wchodzić. Nowo wyświęcony ksiądz bardzo szybko musi się odnaleźć pośród nowych i czasem wielkich wymagań swojego nowego położenia. Musi wziąć odpowiedzialność nie tylko
za siebie, ale również za innych. Czas seminarium się skończył.

Oczywiście, że każdy będzie mógł taki poradnik sobie przeczytać. Mam nadzieję, że będzie ciekawy zwłaszcza dla tych, których interesuje codzienne życie księdza, jego radości i troski, zmagania z samym sobą i innymi ludźmi, radzenie sobie z samotnością, przeżywanie zakochania itp.

Czy nie boisz się, że przez tą publikacje zostaniesz „spalony”… powiem Ci szczerze – jedziesz po przysłowiowej bandzie. Masz świadomość, po jakim gruncie stąpasz?

Niech inni się boją! (śmiech) Ja się nie boję!

Pochodzisz spod Szczecina, byłeś w tamtejszym seminarium, w końcu wylądowałeś w Gnieźnie, po drodze zahaczając o różne w świecie miejsca. Przechodziłeś różne perturbacje w drodze do kapłaństwa. Czym dla Ciebie jest ta droga, którą przebyłeś? Warto było tyle czekać?

Dziękuję Bogu za taką drogę. Jasne, że warto było, chociaż momentami było tak trudno, że stałem pod przysłowiową ścianą. Ten czas to swoiste itinerarium, na którym tak naprawdę spotkałem Boga, doświadczyłem Jego mocy i troski, jaką roztacza nade mną. To był czas dojrzewania, czas katharsis. Na tej drodze całkowicie zaufałem Bogu. On mnie prowadził
i nieustannie prowadzi. Nie ma przypadków. Tak też widzę mój wyjazd do Anglii. Bóg wie,
co robi. Ufam mu bezgranicznie. Stąd moje motto życiowe: „Ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły, biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą” (Iz 40,31).

Czy powołanie kapłańskie ma w dzisiejszych czasach sens? Warto być księdzem?

Powołanie kapłańskie ma sens, tak samo, jak ma sens powołanie małżeńskie. Nie dla wszystkich jest to jednak takie oczywiste, stąd – podejrzewam – Twoje pytanie. Powiem więcej – dzisiaj chyba bardziej niż kiedykolwiek wcześniej kapłaństwo ma sens i naprawdę warto być księdzem.

Co byś powiedział młodym chłopakom, którzy chcą być księżmi?
Dzisiaj młodzi ludzie boją się odpowiedzialności. Stąd kryzys małżeństwa, stąd również kryzys kapłaństwa. Boją się podjąć decyzję wiążącą na całe życie. Decyzja o wstąpieniu do seminarium nie jest decyzją o kapłaństwie. Jeśli więc młody człowiek czuje w sercu powołanie do kapłaństwa, ale nie jest pewien, czy to rzeczywiście jest to, powinien przekroczyć próg seminarium, aby tam rozeznać autentyczność tego, co czuje. Kapłaństwo jest piękne, chociaż cholernie trudne. Kapłaństwo nie jest dla mięczaków. Żeby być dobrym księdzem, trzeba być najpierw dobrym człowiekiem i dzielnym mężczyzną. Prawdziwy facet ryzyka się nie boi, tak więc – odwagi, nie bójcie się!

Miłosław jeszcze tęskni. Co masz tym ludziom do przekazania?

Też bardzo tęsknię… Każdego dnia wracam myślami i sercem do Miłosławia. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem takiej tęsknoty. Zastanawiałem się, jak nazwać to, co czuję; jak zdefiniować mój stan emocjonalny. Wtedy natknąłem się na świetny tekst Olgi Tokarczuk, który pragnę tutaj przytoczyć: „Jak wygląda świat, kiedy życie staje się tęsknotą? Wygląda papierowo, kruszy się w palcach, rozpada. Każdy ruch przygląda się sobie, każda myśl przygląda się sobie, każde uczucie zaczyna się i nie kończy, i w końcu sam przedmiot tęsknoty robi się papierowy i nierzeczywisty. Tylko tęsknienie jest prawdziwe, uzależnia.
Być tam, gdzie się nie jest, mieć to, czego się nie posiada, dotykać kogoś, kto nie istnieje. Ten stan ma naturę falującą i sprzeczną w sobie. Jest kwintesencją życia i jest przeciwko życiu. Przenika przez skórę do mięśni i kości, które zaczynają odtąd istnieć boleśnie.

Nie boleć. Istnieć boleśnie – to znaczy, że podstawą ich istnienia był ból. Toteż nie ma od takiej tęsknoty ucieczki. Trzeba by było uciec poza własne ciało, a nawet poza siebie. Upijać się? Spać całe tygodnie? Zapamiętywać się w aktywności aż do amoku?”
Tęsknię, bo w Miłosławiu zostawiłem moje serce. Jeśli nie całe, to ogromną jego część. Bardzo mi Was brakuje! Tak, jak obiecałem – na pewno wrócę!

comments

2 komentarze

  1. W moim życiu spotkał mnie zaszczy spotkania i poznania Księdza Bartka. Dzięki niemu z moim świadectwem mogę iść wytrwale do mojego SZEFA, KTÓRY ZWIE SIĘ BOGIEM !!!!

    Czytałem ten wywiad wielokrotnie i przyznam, że za każdym razem odkrywam w nim kolejne wartości tak bardzo potrzebne w życiu każdego czlowieka. Dziękuję Bartku za te atentyczne słowo Twojej Wiary, Nadziei i Miłości. W sposób prawdziwy i do bólu szczery opowiadasz o cudownej Łasce powołania Twego do duszpasterskiej służby ludziom. Kiedyś powiedziałem Tobie gdy byłeś jeszcze klerykiem ,, PROSZĘ BARTKU, PAMIĘTAJ ZAWSZE, ŻE JESTEŚ DLA LUDZI A NIE LUDZIE DLA CIEBIE,,.Wiem, że Ty to wiedziałeś, wiesz i zawsze będziesz wiedział ! Twoim kapłaństwem (choć młodym ale niesłychanie dojrzałym) kazdego dnia jesteś wierny tym słowom. Wiesz o tym, że nie piszę tego ponieważ Cię znam gdyż dzięki Tobie umiem rozróżnić prywatę od prawdy nawet tej najgorszej. Dzięki temu wywiadowi jeszcze bardziej poznaje Ciebie i Twoją duchowość. Widzę w tych szczerych słowach olbrzymią pokorę do wszystkiego co spotyka Cię każdego dnia. jest w nich wiele cierpienia ale też ogrom miłości do Boga, ludzi i troski o ich los na tej Ziemi. Poruszone są rózne sprawy, łatwe i te trudne a czasami ciężkie. Za kazdym razem udawadniasz odbiorcy, że prawda wyzwala, że jesteś szczęśliwy wypełniając wole Boga. Wiem także, że w tym wywiadzie nie ma ani jednego slowa pychy i przedstwia on głos Twojego serca, które nigdy nie poucza nikogo, nie ocenia lecz jest prawdziwe wobec siebie. Jedynie Ci którzy jeszcze nie zostali owładnięci olbrzymią pokorą do samych siebie i zamykają swe usta przed prawdą wewnętrzną mogą doszukiwać się rzeczy, słów czy sformułowań będących ich niedoskonałością A NIE TWOJĄ .jestem dumny, że mogę zwracać się do ciebie po imieniu i być świadectwem prawdy i szczerości, która jest zawarta w tym całym wywiadzie z Tobą. Na koniec podziękuję Tobie fragmentem wiersza, który napisałem wiele lat temu gdy nasze drogi jeszcze nie skrzyżowały się na ty Świecie.

    DROGI KOCHANY PRZYJACIELU PROSZĘ CIĘ BARDZO O PRZYSLUGE POMÓŻ MI ZNALEŹĆ MOJE MIEJSCE NA TEJ PUSTYNI ZWANEJ ZIEMIĄ NAJLEPIEJ ZABIERZ MNIE GDZIEŚ W PRZESTRZEŃ Z KTÓREJ POWROTU JUŻ NIE BEDZIE GDZIE BĘDĘ MÓGŁ CUDOWNIE ZAGRAĆ NA ,,ZŁOTYM ROGU,, ZWANYM SZCZĘŚCIE….

    Dedykuje go Tobie gdyż Ty doskonale wiesz, ze ta ,,przestrzeń,, to wielka duchowość a ,, złoty róg,, to serce, które pragnie szczęscia zwanego miłością do wszystkich ludzi i SZEFA TEGO W NIEBIE.

    DZIEKUJĘ ZA WSZYSTKO CO W TYM WYWIADZIE I ZA TO, ZE TWOJE KAPŁAŃSTWO TO SŁUŻBA DLA LUDZI

  2. Jestem bardzo poruszona i wzruszona Twoim świadectwom, Bartku. Pisz , pisz o swoim doświadczeniu z młodzieżą, z katecheza, o rezygnacji z przymusu- o tym trzeba głośno, bo to cały czas normalka, a wiele wyrządza szkód. pisz tez, bo jesteś autentyczny i żarliwy i to co mówisz i piszesz przemawia wewnętrzną prawdą.
    Ja dziękuję Bogu że całkiem dla mnie niespodzianie mogłam Ciebie poznać a Miłosławiu. Niech Cię Pan prowadzi! On podtrzyma twoja duszę, żeby nie skruszała w tęsknocie(jak ja cię rozumiem!) i wrócisz pełen sił, bardziej doświadczony i znów będziesz z nimi! Bogu dzięki za takich księży jak Ty!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.