Posted on: 5 grudnia 2011 Posted by: ks. Arkadiusz Lechowski Comments: 5

O istocie i potrzebie prowadzenia dialogu międzypokoleniowego z udziałem Kościoła, wydaje się, że przekonywać nikogo nie potrzeba. Wystarczy bowiem przejrzeć dokumenty soborowe lub wsłuchać się w głos błogosławionego Jana Pawła II. Jego dialogi z okna na Franciszkańskiej wrosły już do klasyki ulubionych cytatów medialnych. Natomiast wysiłek związany z przemierzaniem świata i prowadzeniem dialogu z młodymi w ramach Światowych Dni Młodzieży wydają się oczywistą wskazówką dla Kościoła. Warto jednak zadać pytanie: czy tę lekcję zadaną przez Papieża Polaka wystarczająco odrobiliśmy w polskim Kościele? Co powinniśmy uczynić, by wypełnić zadanie dialogu wypływające z przesłania Ewangelii?

Aby odpowiedzieć na pierwsze pytanie warto wysłuchać jakie odczucie prowadzonego przez Kościół dialogu mają ci, których ów dialog ma dotyczyć. Na potrzebę takiego oglądu przeprowadziłem krótką ankietę, którą rozesłałem drogą mailową do młodych osób czynnie zaangażowanych w życie Kościoła. Pomimo, iż jest to niewielki procent tych, z którymi ten dialog powinien być prowadzony, warto przyjrzeć się spostrzeżeniom tych młodych ludzi. Fakt świadomego doświadczenia Kościoła przez moich rozmówców sprawił, iż już na pierwszy rzut oka można było odczuć pewne ich zmieszanie. Trudno było im pojąć o jaki dialog chodzi? Z jakim Kościołem? Przecież oni na co dzień czują się członkami tego Kościoła. Dialog natomiast prowadzą pomiędzy sobą. Wśród przyjaciół, którzy do tego samego Kościoła należą. Natomiast kwestia możliwości prowadzenia dialogu z Kościołem hierarchicznym nie leży w ich centrum zainteresowania. Dzieje się tak nie z powodu ich obojętności, ale z braku osobistego doświadczenia takiego dialogu. Dla nich Kościół to przede wszystkim wspólnota.

Zastanawiające jest, że osoby ankietowane wskazały, iż w razie potrzeby były by wstanie znaleźć jakiegoś księdza, który mógłby ich wysłuchać. Przy czym najczęściej nie był by to katecheta, ani ksiądz pracujący w ich parafii. Z kilkudziesięciu ankietowanych, tylko zaledwie kilka osób przyznało, że znalazło miejsce we własnej parafii. Pozostali szukają w innych parafiach, środowiskach i duszpasterstwach. Nierzadko są to poszukiwania dość intensywne. Jedna z osób przyznała, że „znalezienie miejsca dialogu w Kościele zajęło jej szereg lat. Doszła przy tym do przekonania, że w parafiach, nie ma przestrzeni na dialog i są one co najwyżej „miejscem praktyk religijnych”.

Warto raz jeszcze podkreślić, że krytyczne spojrzenia moich rozmówców, którzy zauważają, że: „Kościół w ogóle nie podejmuje dialogu, daje natomiast tylko nakazy i wytyczne”, nie pochodzą od sympatyków Ruchu Palikota, ale od osób mocno z tym Kościołem związanych. Owszem, ich zaangażowanie w życie Kościoła pokazuje, że dialog we wspólnocie jest możliwy i na jakimś szczeblu się odbywa. Prawdą jest również, że wielu młodych, tych do których z pytaniami nie dotarłem, podchodzi do Kościoła z całkowitą obojętnością. Nie interesuje ich dialog, gdyż sami nie chcą słuchać. Ale również często ci sami młodzi ludzie, odrzucający przesłanie Kościoła, odczuwają olbrzymią potrzebę bycia wysłuchanymi. Pomimo własnych oporów względem Kościoła, czują się jak owce niemające pasterza, gdyż wciąż brakuje przestrzeni, aby mogli być zauważeni i usłyszani przez Kościół. A przecież wysłuchanie tych młodych ludzi, wcale nie musi być przyznaniem im racji. Z pewnością jest jednak niezbędne aby w ogóle ich zrozumieć i rozpocząć jakikolwiek dialog.

To niezrozumienie młodego pokolenia tworzy przeróżne absurdalne pomysły duszpasterskie, które nijak mają się do potrzeb i rzeczywistości. Pamiętam jak niedawno opowiadano mi o podjętej decyzji dotyczącej rozbudowy jednego z kościołów. Stało się to na prośbę miejscowego biskupa, który tłumaczył to dobrem parafian, gdyż wokół świątyni powstało nowe osiedle. Mój rozmówca zauważył jednak, że owszem osiedle powstało, ale ludzi w kościele nie przybyło. Jest to osiedle zamieszkałe, przez młode małżeństwa. Borykające się w codziennym zabieganiu nie tylko z trudnościami utrzymania domu, ale również z niełatwym zadaniem wychowania swoich małych dzieci. Pomysł utworzenia parafialnego przedszkola został jednak odrzucony, gdyż trzeba przecież rozbudować świątynię. Wciąż pozostaje jednak pytanie dla kogo?

Wielu młodych ludzi podkreśla, że swoją świadomą obecność w Kościele, rozpoczeli poprzez udział w organizowanych spotkaniach typu: Lednica, Taize, czy Światowe Dni Młodzieży. Potwierdza to ks. bp Andrzej Czaja mówiąc, że tegoroczne Światowe Dni Młodzieży, które odbyły się w Madrycie, „były szczególnym czasem korzystania z powszechnie danego nam chrześcijanom charyzmatu budowania wspólnoty wierzących”.* Natomiast ks. bp Krzysztof Nitkiewicz wyraził przekonanie, że „ci młodzi, którzy byli w Madrycie będą dobrym zaczynem” parafialnych duszpasterstw młodzieży. Pozostaje mieć nadzieję, że w swoich parafiach odnajdą oni przestrzeń do wspólnotowego pogłębiania wiary.

Ciesząc się z wielu owoców tegorocznych Światowych Dni Młodzieży, niektórzy jednak zauważają również, pewne dziwne zjawisko, dotyczące zaangażowania się w tego typu spotkania Kościoła hierarchicznego. Chociaż polska młodzież stanowi jedną z najliczniejszych grup uczestniczących w Światowych Dniach Młodzieży, to polscy biskupi pozostają tam niemal niezauważeni. Jak bowiem zestawić 14 przedstawicieli polskiego episkopatu z ponad 70 biskupami francuskimi? O biskupach niemieckich i włoskich już nie wspominając. Oczywiście nie chodzi tylko o samo formalne uczestnictwo w spotkaniu, ale również o formę „bycia z młodymi”. Przyznam, że dość pouczającym doświadczeniem było dla mnie spostrzeżenie jak moi młodzi towarzysze entuzjastycznie reagowali na biskupów francuskich, którzy razem z nimi jedli obiad w formie pikniku. Natomiast o śpiących na salach gimnastycznych biskupach niemieckich zaczęły krążyć plotki, że są pewnie jakimiś „przebierańcami”. Bo jakże biskup może spać na karimacie? A jakoś widać, że mógł. Paradoksalnie wcale autorytetu mu to nie pomniejszyło, a wręcz przeciwnie, dopiero wówczas stawał się dla tych młodych, bardziej wiarygodnym świadkiem Ewangelii. Oczywiście nie wymagam od naszych hierarchów spania na podłodze, ani brania kąpieli w zimnej wodzie, aczkolwiek dobrze by było, gdyby na tego typu spotkaniach byli bardziej uchwytni, bo wówczas mogą się łatwiej wsłuchać w głos tych młodych pielgrzymów.

Ta obecność biskupów wśród młodych wydaje się niezbędna. Komunikowanie się za pomocą niezrozumiałych listów pasterskich budzi co najwyżej obojętne wzruszenie ramion. Urządzane natomiast bizantyjskie celebry, przypominające występy bractwa kurkowego pochody w kanonickich i prałackich szatach, trącą zwykłą komedią i oderwaniem od rzeczywistości. Żeby prowadzić z kimś dialog, to trzeba kogoś poznać. wsłuchać się w jego problemy i bolączki. Tradycyjnie rozdawane przez biskupów kolorowe obrazki, choćby były z wizerunkiem samego bł. Jana Pawła II, nie są wstanie zastąpić prawdziwego spotkania i szczerej rozmowy.

Myślę, że wśród księży i biskupów wciąż funkcjonuje stereotyp, że ci młodzi, których nie widać w kościele, kiedyś na starość do niego powrócą. Otóż jeśli nie doświadczą obecności Chrystusa i wspólnoty w Kościele -nie powrócą. Będą szukali własnych dróg i pomysłów na jesień swojego życia. To my dzisiaj, budujemy przyszłość Kościoła i to co dzisiaj zasiejemy inni będą zbierali w przyszłości. Jeśli nie wsłuchamy się w głos młodych. Jeśli nie zrozumiemy ich problemów, próżno szukać nie tylko dialogu, ale również niemożliwym jest zbudowanie autentycznej wspólnoty ludzi wierzących, czyli Kościoła.

* Wypowiedzi ks. bp A. Czaji i ks. bp. K. Nitkiewicza pochodzą z wywiadów udzielonych dla Radia Watykańskiego

W ramach tematu: „Kościół: wspólnota bez dialogu?” polecamy następujące artykuły:

Dialog, który prowadzi do prawdy – rozmowa z abp. Henrykiem Muszyńskim

Kościół: wspólnota bez dialogu?

Postawmy na dialog

Dawny kształt dialogu. O wymianie myśli Kardynała i Redaktora słów kilka.

Ankieta nt. dialogu w Kościele

Dialog w Kościele – lubię to!

Dialog to nie dialogolatria

Wsłuchać się w głos młodości

comments

5 People reacted on this

  1. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że przedstawiony prze zemnie tekst, jest jednostronny, gdyż pokazuje tylko mankamenty tego dialogu. Ja muszę zaświadczyć, że dialog oczywiście się odbywa, a same tegoroczne Światowe Dni Młodzieży w Madrycie, były wielkim świadectwem wiary setek tysięcy młodych ludzi i wyrazem poświęcenia tysięcy księży i biskupów -czego byłem świadkiem.

  2. Mnie zastanawia jedna kwestia. Moje aktywne życie w Kościele zaczęłam po bierzmowaniu. Przez szereg lat ja i moi przyjaciele trafialiśmy na różnych księży, ale odbieraliśmy ich właśnie przez pryzmat bycia z ludźmi i chęci do pracy. Chociaż musieliśmy czasem borykać się z ich różnymi wadami, czasem dość uciążliwymi. Ale trzeba przyznać, że nie brakowało tym księżom dobrych chęci i potrafili pomysły na zagospodarowanie czasu młodym wcielić w życie. A rozmowy? Oczywiście dotyczyły Boga, wiary i innych okołoreligijnych tematów (gdzie w większości kwestii byliśmy jednomyślni z duchowieństwem). A poza tym były żarty i inne tematy „na luzie”. Teraz nie jesteśmy już nastolatkami. Skończyliśmy (lub niektórzy kończą) studia, pracujemy, czytamy, różne rzeczy nas interesują. I chociaż nie jesteśmy już podstałą opieką duszpasterzy, to czasem się z nimi spotykamy. I tu zaczynają się teraz schody. Bo okazuje się, że nie można prowadzić z wieloma z nich sensownego dialogu światopoglądowego. Poziom argumentacji jest po prostu często porażający. A my już wymagamy czegoś innego., innej formy bycia. Chcemy rozmawiać, ale nie na warunkach, że ksiądz ma zawsze rację i nie na podstawie argumentacji: nie, bo nie. Przecież głównym celem dialogu nie jest przekonanie drugiej osoby do swoich racji, a mam wrażenie, że wśród księży takie myślenie jest dominujące. Rozmawiamy w swoim gronie i w księżach chcielibyśmy mieć partnerów w dyskusji, a okazuje się, że rozmawianie z nimi jest bez sensu.
    Doceniam ich pracę z młodzieżą, bo poświęcają temu wiele czasu, sił i serca, ale czy ksiądz jest zwolniony z myślenia? Nie wymagam od księży, by mieli wyrobiony pogląd na każdą sprawę. Dlatego wolałabym przyznanie się, że czasem czegoś nie wiedzą, nie mają zdania (są tacy, którzy to potrafią i krzywda im się nie dzieje) niż podawanie żenujących argumentów. A z drugiej strony jakiekolwiek przemyślane kwestie spoza parafialnego podwórka byłby mile widziane.
    Powyższe odnosi się także do biskupów, ale to już jest zupełna bajka. Nie każdy może mieszkać w diecezji krakowskiej (tudzież w innej, gdzie hierarchia jest soborowa).

  3. no, niektórzy tacy odmieńcy bronia się rekami i nogami przed nominacją (i nie tylko tacy-ale moze z innych powodów)- i pewnie tak jest lepiej dla wszystkich…na krótką mete. Nie będę rozwijac wątku,. Cieszę sie, że sa tez i wspaniali biskupi w POlsce, choc jakos szybko wymieraja..
    To uzasadnienie uczt pielgrzymkowych w ścisłym gronie – toczka w toczkę tak własnie uzasadniał to miejscowy proboszcz, któremu corocznie starałam się ukazac inna strone sprawy, a z którym poza tym byliśmy zaprzyjaźnieni i który cierpliwie wysłuchiwał moich krytycznech uwag do późna w nocy przesiadując z nami w starej plebanii…on to dopiero był sam jak palec! Pochodził z kresów, wczesniej był w Warszawie, a tu go przeniesli, bo roboty było huk! Był za stary na pielgrzymowanie- no i był jeden na parafii, więc nawet urlopów nie brał. No i jak zwyciesko kroczyłam z kiełbasa z jego kuchni- on jeden nie miał nic naprzeciwko, przeciwnie…to te panie ustalały normy! (tu nastepny problem, ale nie ruszam…)I wiem, że nie lada odwagi wymagało od tych, którzy zostali z młodymi na trawie, żeby zostali(pomijając dodatkowy trud dzielenia warunków w w/w aspektach)…wbrew obyczajowi. Może niektórych tam skręcało na tych krzesełkach przy wykwintnym stole, ale nie mieli odwagi…
    Co do wspólnoty- tak, niewatpliwie tylko dzieląc trud można się zblizyc. Inaczej zawsze bedzie podział, który mozna będzie sobie zawsze wytłumaczyc.
    Wiem i dobrze rozumiem: podział jest od początku. Powołanie, oddanie zycia(z jego prywatnoscią i samotnoscia) wszystkim zaraz na początku- juz rodzi pewna przepaśc. Ale właśnie, jak sam ksiądz powiedział- tu bije źródło łaski. Od tych, którym wiecej dano wiecej się wymaga. I Bóg te łaskę dał zaraz na poczatku, do samej decyzji, tak mysle. Ale oczywiscie wyobrażam sobie także, że ciągnięcie tego wszystkiego z dnia na dzień jest piekielnie trudne i codziennie wymaga nowego aktu ufnosci i zawierzenia- inaczej:rzucenia się w przepaśc za progiem z wiarą, ze Bóg złapie.
    Czy mozna wymagac takiego heroizmu? Nie. Czy on jest mozliwy? Alez oczywiscie!
    Dlatego tych kliku „z trawy” podtrzymuje na duchu nas, świeckich i od razu serce sie otwiera. A jesli który zadba o gromadkę „dzieciaków”, o łazienke dla nich i wykradnie pare kanapek-wspaniale!
    🙂

  4. W latach 1990-2000 wynajmowalismy na letnisko dla kilku zaprzyjaźnionych rodzin starą plebanię w małej,historycznej miejscowosci. Przechodził tmtędy szlak pielgrzymki warszawszkiej w początkach sierpnia. Byl tez mały postój w porze podwieczorkowej. Na wezwanie proboszcza o pomoc, znoszono do plebanii pieczywo, wędliny, sery, napoje, ciasta. Niektórzy mieszkańcy siadali na trasie węrdujacych z bańką kompotu. W starej plebanii od rana szykowaliśmy kocioł herbaty i mięty, a także kanapki z 5 paczek margaryny i 10 chlebów. czasem kupowalismy do tego ser czy pomidory, ale zrobienie kanapek dla wszystkich przekraczało nasze możliwoosci finansowe(2 rodzinu dośc ubogie z 4 dzieci, jedna z 2). Czasem jakas zagubiona osoba przynosiła ciasto na starą plebanie, zamiast na nowa- i wtedy mieliśmy tez trochę ciasta dla pielgrzymów. Co więc się działo z tamym jedzeniem? Pobożne panie w liczbie 5-6 cały dzień robiły góry wykwintnych kanapek. W salce katechetycznej przygotowywano stoły, białe obrusy, porcelanowe naczynia. Tam tez stawiano kanapki, ciasto, owoce , była herbata i kawa. I oczywiście dostęp do sanitariatów. Kto korzystał z poczęstunku? Tzw. kadra-czyli księża. U drzwi salki i wejścia do nowej plebani(osobnego) stała straz w postaci słuzby porządkowej, żeby nie wpuszczać nikogo bez sutanny, a co najmniej koloratki. Młodzież stała w kolejce do naszej ubikacji i łazienki- obmywali nogi, bandażowali je. Pielgrzymi zalegali podwórko koscielne(trawa) i staroplebanijne(trawa) -było ich tam z 500 osób. albo więcej i wierzcie mi, NIKT poza naszymi rodzinami NIC im nie przynosił. Dwa 50 litrowe kotły mięty i herbaty wypijane były do dna(przy kotłach dyzurowały nasze dzieci). 10 bochenków chleba z margaryną znikało błyskawicznie-wychodzilismy z tacami na dziedziniec, ale po kilku krokach kanapki były rozchwytywane prosto z tacy. Robilismy na bieząco nastepne, czasem ktos wyskoczył by szybko dokupic chleba i czegokolwiek do niego- na przykład marmolady.
    Nigdy nie mogłam się doprosić o to, zeby do nas kierowano żywność, bo u nas pielgrzymi maja poczęstunek.
    Oczywiste było dla wszystkich, że miejscowośc karmi księży. Którzy spokojnie sobie siedzieli w chłodzie salki, odpoczywali, rozmawiali i zajadali piętrowe kanapki i ciasta. Oczywiście zostawało sporo, bo ilez moze zjeśc15-20 ludzi.
    To nie zmieniło się porzez 10 lat. W ostatnim roku wdarłam się na nową plebanię i wyniosłam zdobyczne pęta kiełbasy wydarte z chronionej lodówki( przy akompaniamencie krzyku pobożnych pan, że to ma zostac dla księdza!!!!-) dzięki czemu pielgrzymi mieli cos do margaryny. I -trzeba przyznac ktos niesmiało przyniósł nam kompot, albo kawę zbożowa, ktos kilo cukru. Jedna pani w ostatnim roku siadła z nami i robiła te kanapki z margaryną. (Moze, gdyby nie remont walacej się plebanii- i w związku z tym koniec naszego letniska- zmieniłoby się cos z czasem. Nie wiem, jak było potem- nie byłam tam od 10 lat.)
    Co było budujące? Że kilku (czasem jeden, czasem trzech) księzy siadało z młodzieżą na tej trawie i stało w kolejce do kibleka , piło nasza herbatę z kotła i jadło chleb z margaryną. Widać było, że to ich własnie kocha młodzież. I oni naprawde sa z młodzieżą. Nie wiem,czy zostali biskupami. Oby!

    1. @Jolanta

      Myślę, że takie historyjki z życia wzięte ukazują sedn o problemu. Niby wszystko w porządku. Chwała tym księżom, że w ogóle chciało się im na pielgrzymkę iść, a do tego kilku się poświęca i jada chleb z margaryną, a jednak coś jest nie tak…

      Znów chyba zawodzi mentalność, która mówi, że my księża to taki „personel”, któremu „się należy”. Bo my to „obsługa”. Jesteśmy w pracy i teraz zajmujemy się tymi „owieczkami”, za ich pieniądze. (wszak to za owe stoły na plebaniach w taki czy inny sposób właśnie „płacą” świeccy, a niejednokrotnie pielgrzymi). Pytanie, czy w takiej mentalności nie gubi się gdzieś poczucia wspólnoty Kościoła?

      Ta przytoczona historyjka, przypomniała mi moje pielgrzymie doświadczenia. Pamiętam jak wyraźnie sobie tłumaczyłem, że w sumie to jest normalne, że my księża powinniśmy mieć jakąś większą „opiekę”. Wszak my musimy wciąż być na „chodzie”. Nikt nas nie zwolni.Pielgrzym, może się kawałek przejechać karetką i nikt tego nie zauważy, a my przecież wciąż musimy iść. Poza tym do innych przyjeżdżają na trasę pielgrzymki bliscy, coś tam przywiozą a my sami jak palec bez rodziny przy boku i wsparcia znikąd. Zatem musimy być wypoczęci i najedzeni, aby z sił nie opaść!

      I chociaż w tym tłumaczeniu jest jakaś racja, to jednak można również zapytać czy w takim myśleniu nie ma w nas zbyt mało wiary? W moc którą może nadać naszym siłom Bóg, oraz w życzliwość współpielgrzymów, których często i ochoczo nazywamy „braćmi” i „siostrami”. Może gdybyśmy byli bliżej nich to i oni zrozumieli by nasze bolączki i potrzeby A z głody pewnie nie dali by umrzeć.

      Oj przypomniały mi się moje piesze pielgrzymki. A ciekawym jest, że „łezka w oku się kręci” na wspomnienia tych lat, kiedy oprócz całej kilkusetosobowej grupy, miałem przy sobie garstkę takich swoich „dzieciaków” (myślę, że nie obrażą się na to określenie). To tacy młodzi przyjaciele, o których trzeba było zadbać. Zorganizować łazienkę, czasami coś przynieść z „pańskiego stołu” i tak po prostu zawsze spytać czy czegoś im nie potrzeba…

      Mam również kolegę księdza, który co roku pielgrzymuje z grupą akademicką Jest dla niego rzeczą oczywistą, że sypia w namiocie i jada z pielgrzymami. Wiem również że co niektórzy księża patrzą na to jak na dziwactwo, choć w prosto w oczy mu tego nie powiedzą.

      Czy zostanie biskupem? pewnie bym sobie (nie wiem czy jemu;) tego życzył… ale obawiam się, że nie sądzę…

Leave a Comment