Wiara w czasach próby

W niedzielę – dzisiaj – może się okazać, że ten apel był zbyt słabą formą prewencji i zajdzie konieczność, aby odprawiać Msze święte przy zamkniętych drzwiach kościołów, jak to ma miejsce we Włoszech. Kolejna informacja, to orędzie abpa Gądeckiego a w nim zachęta, aby korzystać z dyspensy. Niewielu biskupów wprost zachęca, aby pozostać w domu. Natomiast wielu staje wobec dylematu iść do kościoła, czy pozostać w domu? Czy zamknięcie się w czterech ścianach mieszkania nie jest znakiem braku zaufania Bogu? Co robić i jak wierzyć w tym czasie próby?

Szabat dla człowieka

Św. Paweł w liście do Rzymian zachęca wiernych tymi słowami: „proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej” (Rz 12,1). Kult boży nie może dokonywać się wbrew rozumu, cześć oddawana Bogu ma być rozumna! Co dziś podpowiada nam rozum? Możemy to wyczytać i wysłuchać z komunikatów służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. Wiara, msza święta, komunia święta nie chronią przed wirusem, to a propos wypowiedzi bp. Andrzeja Depko i redaktora Tomasza Terlikowskiego, którzy wydaje się, że w sposób wręcz magiczny potraktowali w swoich wypowiedziach praktyki religijne. Czy w tej sytuacji, wzywanie do udziału w nabożeństwach nie jest, nie było, wystawianiem Boga na próbę? Nie czynił tego Jezus (zob. Łk 4, 12), nie powinniśmy tego czynić i my. A co z obowiązkiem mszy świętej? Bardziej niż dyspensa przekonuje mnie argument miłości bliźniego, aby swoją obecnością nie narażać innych jeśli nie przez zarażanie to przez zarażenie siebie, a potem innych. „To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu” (Mk 2, 27) mówi Jezus, czyniąc miłość bliźniego najwyższym kryterium naszego postępowania. Najpierw miłość, potem akt religijny, nie zapominając, że to właśnie miłość jest aktem religijnym.

Moc i słabość języka religijnego

W języku religijnym, to Bóg jest tym który (zob. Wj 34,7; Pwt 7,20; ) odpowiada za bieg wszystkich wydarzeń, ostatecznie za nasz los. Bóg zsyła plagi i wyprowadza Izraela (Wj 7,14n), zsyła deszcz i sprowadza suszę (zob. Iz 42,15; Pwt 29,6). Te wypowiedzi nie odpowiadają naszemu postrzeganiu świata. Jest tak dlatego, że Biblia w dużej mierze dla opisu rzeczywistości posługuje się językiem religijnym. U podstaw tej formy wypowiedzi leży przeświadczenie, że Bóg kryje się za wszystkim, co się dzieje w historii i świecie przyrody. Wszystko dokonuje się w wyniku Bożej interwencji.

Język religijny spełnia swoją rolę o ile wyjaśnia rzeczywistość i wskazuje na sens tego, co wymyka się naturalnemu postrzeganiu rzeczywistości. Błędem byłoby jednak, aby język religijny stosować w sposób równoległy, lub co gorsze alternatywny do języka codziennego lub empirycznego. Język religijny z definicji nie jest właściwy do orzekania o rzeczywistości empirycznej. Jeżeli o niej orzeka to tylko w sposób analogiczny, a nie przyczynowo skutkowy, jakoby Bóg, jako bezpośrednia przyczyna, zsyłał ulewy, zarazę, epidemię i suszę, a potem ratował nas z klęski. Dla autora natchnionego było oczywiste, że Bóg zesłał potop (Rdz 7,4) i ten sam Bóg sprawił, że powiał wiatr, aby osuszyć ziemię (Rdz 8,1), jednakże ta oczywistość jest na poziomie języka, a nie opisu rzeczywistości. Działanie Boga pozostaje dla nas tajemnicą.

Dziś te same zjawiska potrafimy opisywać bez odwołania się do Boga. Gdy jednak przyjdzie trwoga, czas próby, jesteśmy jakby mniej krytyczni i bardziej religijni i chętniej szukamy wyjaśnienia trudnych, czasami niezrozumiałych dla nas sytuacji w Bogu. Takim niezrozumiałym problemem pozostaje zło, dlatego jesteśmy skorzy mówić o misterium iniquitatis.

Niemniej język religijny traci na znaczeniu, przestaje być zrozumiałą formą wyjaśniania rzeczywistości. O ile nie przeszkadza nam i bez zażenowania przyjmujemy sformułowania typu: „Bóg uchronił”, „Bóg pomógł”, to jednak przeciwne: „Bóg tak chciał”, „Bóg ukarał” wywołują sprzeciw, a na pewno domagają się wyjaśnienia.

Ten sposób opisywania rzeczywistości przestaje być zrozumiały, na pewno niesie ze sobą pewne trudności, i jest zupełnie nie do przyjęcia, gdy stosuje się go, jako alternatywny wobec języka empirycznego. Co nie oznacza, że odrzucenie języka religijnego, a przynajmniej dostrzeżenie jego ograniczeń nie jest wyrazem niewiary. Jest natomiast wyrazem uznania autonomii świata, który wypracował do opisu rzeczywistości swój własny język.

Autonomia świata

Już w samej Biblii, dla której język religijny jest jednym z podstawowych form wyrazu, pojawia się inny sposób opisu rzeczywistości, który podkreśla autonomiczną decyzję człowieka i wskazuje na jej skutki. To Bóg stawia przed człowiekiem „życie i śmierć”, ale to od człowieka zależy jaką decyzje podejmie i jakiego wyboru dokona (zob. Syr 15,15-16). Bóg nie jest tu postrzegany jako  bezpośrednia przyczyna wszystkiego, co spotyka człowieka, ponieważ to on ma, poprzez swoje decyzje, bezpośredni i realny wpływ na swoje życie. Człowiekiem nie kieruje żadne fatum, aby w razie niepowodzenia mógł powiedzieć „Bóg tak chciał”.

Bywa, że kaznodzieje chcąc wstrząsnąć słuchaczami sięgają po figurę kary, jakoby Bóg ją zsyłał za grzechy. Paradygmatem jest np. los Sodomy i Gomory. Ten prosty, wydaje się, że również pobożny, sposób myślenia spotyka się z krytyką ze strony samego Jezusa, który odrzuca interpretację współczesnych mu pobożnych. Widzieli oni w losie Galilejczyków wymordowanych na rozkaz Piłata i mieszkańców Siloe zabitych pod gruzami wierzy (zob. Łk 13, 1-5) wyraz kary Bożej za grzechy. Jezus wyjaśnia, że to nie kara za grzechy była przyczyną tych strasznych wydarzeń. Ludzie giną z różnych naturalnych powodów. Prawdziwym jednak nieszczęściem jest wieść obumarłe życie. Stąd Chrystus wzywał wszystkich do nawrócenia.

Dziś również nie chcemy widzieć w nieszczęściach, kataklizmach, w złu, które nas dopada przejawu kary Bożej. Co się zmieniło? Przede wszystkim zmienił się nasz sposób postrzegania świata. Sobór Watykański II przypomniał biblijną nauką o autonomii rzeczywistości ziemskich. Bóg nie steruje w sposób bezpośredni procesami natury. Świat cieszy się względną autonomią (KDK 36). Człowiek zaś realizując nakaz Boży (Rdz 1,28) nauczył się postrzegać świat jako naturę rządzącą się swoimi prawami. Wraz z wyemancypowaniem się nauk ścisłych dysponujemy odrębnym od religijnego językiem, który pozwala nam opisać rzeczywistość, uchwycić procesy przyczynowo skutkowe, przewidzieć konsekwencje. Do opisu szerzącego się wirusa nie potrzebujemy języka religijnego, który zapewne epidemię opisywałby jako karę Bożą, a jej przezwyciężenie jako znak Opatrzności. Jeśli jednak nie potrzebujemy Boga, aby opisać te zjawiska to, czy jest On nam jeszcze w ogóle potrzebny?

Święty od zarazy

Na przełomie XV i XVI w., gdy nad Europą zawisła epidemia dżumy, wojna religijna zbierała swoje żniwo i dokuczał głód, odżył w Europie kult Czternastu Świętych Wspomożycieli, mało znany w Polsce bardziej w Niemczech i w Czechach. Większość z tych świętych żyła na przełomie III i IV w. i poniosła śmierć męczeńską podczas krwawych prześladowań za panowania cesarza Dioklecjana. O ich życiu wiemy niewiele. Pamięć o nich pierwotnie była przekazywana ustnie, aby przez wieki obrosnąć w legendy.

We wczesnośredniowiecznej Europie świętość wspomożycieli  zaczęto mierzyć liczbą cudów, które przypisywano ich wstawiennictwu. Do Czternastu Wspomożycieli zwracano się w różnych potrzebach, gdyż każdy z nich miał swój konkretny “zakres obowiązków”, np. św. Jerzy miał chronić zwierzęta przed chorobami, św. Błażej od nagłej śmierci i bólu gardła, św. Dionizy od bólów głowy, i tak kolejni z czternastu świętych mogło się w razie potrzeby wykazać oczekiwaną interwencją. Wiara była postrzegana trochę jak polisa ubezpieczeniowa od różnych złych przygód i przepustka do życia wiecznego.

Świat był postrzegany jak teatr dla aniołów i świętych, z których każdy miał do odegrania swoją wyjątkową rolę. Nie znano innych sposobów na ból zęba, pomyślny poród i znalezienie zguby, jak tylko wstawiennictwo i pomoc świętego. Dziś przypomina się postać św. Sebastiana, do którego niegdyś modlono się o przezwyciężenie zarazy, choć te niejednokrotnie dziesiątkowały Europę.

Po co Bóg?

Jeśli rzeczywiście przyjmujemy, że święci działają mocą Chrystusa, to konsekwentnie trzeba zapytać, po co Chrystus przyszedł na ziemię? Po co umarł na Krzyżu? Czy po to, aby święci mogli uzyskać możliwość wstawiennictwa we wszystkich tych prozaicznych przypadkach, np. po to, aby nas chronić przed skutkami wirusa? Czy tego rodzaju sugestia, sama w sobie nie banalizuje Chrystusa, jego misji i ofiary?

Chrystus umarł za nasze grzechy (1 Kor 15,3) dla nas i da naszego zbawienia (Rz 5,10). Przyszedł na świat, „aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16). Te słowa wskazują, że „gra” toczy się o coś znacznie więcej, niż o odnalezienie zguby, uśmierzenie bólu głowy lub walkę z koronawirusem. Nie po to Chrystus umarł na Krzyżu!

Wiara to postawa zaufania Bogu. Bez względu na to, czy przemierzamy ciemną doliną (Ps 24), czy cieszymy się spokojem, szczęściem i dostatkiem, Bogu powierzamy swoje życie. Przez wiarę Bóg staje się miarą naszego życia, prośmy w modlitwie, aby to On miał wpływ na nasze decyzje, postawy, zachowania, wybory. W Nim upatrujemy pełni życia, nie po śmierci, wówczas może okazać się, że jest już za późno. To życie, tu i teraz, nie jest nieistotnym przedsionkiem życia wiecznego.

Bóg zesłał swojego Syna, abyśmy już teraz doświadczali pełni życia – życia wiecznego i dzieje się to zawsze, gdy udziela nam swojego życia – Ducha Bożego i pozawala nam Jego mocą żyć i działać. Przez wiarę Bóg nadaje sens naszemu życiu. Dlatego bez względu na to, czy  obfitujemy, czy cierpimy biedę (zob. Flp 4,12), czy jesteśmy zdrowi lub zakażeni, życie przez to samo nic nie traci, ale też nie zyskuje. Miarą życia jest Bóg. Przez wiarę życie doczesne nie traci na wartości, wręcz przeciwnie, odzyskuje swoją wartość, staje się w pełni wartościowe bo naznaczone sprawiedliwością, dobrem, przebaczeniem, miłością. Kto tego doświadcza, kto żyje w przyjaźni Bogiem, Jemu powierza swoje życie, już ma w sobie życie wieczne. Innego nie będzie.

Sytuacja jest bardzo dynamiczna, jeszcze w czwartek proboszcz mojej parafii zapraszał do uczestnictwa we Mszy świętej i zaufania w opatrzność Bożą. Dzisiaj przewodniczący Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki prosi biskupów diecezjalnych o wydanie decyzji, aby podczas każdej mszy świętej wewnątrz kościoła mogło przebywać maksymalnie 50 osób. Jak to wyegzekwować?
Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest

Dodaj komentarz