Gdańsk, za sprawą rządowych planów przejęcia historycznego cypla pod budowę Muzeum Westerplatte i Wojny 1939, stał się przestrzenią Polski, gdzie nazwa Westerplatte ponownie brzmi jak symbol. Trwa bowiem trudne do pojęcia siłowanie się, kto zatriumfuje: dobra wola najgłębiej zaangażowanych rodaków z Wybrzeża, czy triumfalna pewność władzy centralnej, której wydaje się, że tylko ona ma prawo rozstrzygać o dalszym losie tego terenu. Stąd tym razem moje własne wspomnienie związane z Westerplatte i jego obroną w pierwszych dniach września 1939 roku.

Byłam wówczas czternastoletnią gimnazjalistką wileńską. Po wybuchu wojny nie wróciliśmy jednak do miasta z wakacji. Codziennie, razem z gospodarzami naszego letniego domu, zbieraliśmy się przy radioodbiorniku, żeby słuchać komunikatów. Gdy minął tydzień i z radia dowiedzieliśmy się, że Westerplatte się poddało – płakaliśmy wszyscy: moja rodzina i miejscowych rolników. Dlatego nigdy później nie przyjęłam metafory naszego świętego papieża, który zapewniał podczas pielgrzymki do kraju w 1987 roku, że każdy ma „jakieś swoje Westerplatte (…), które trzeba utrzymać i obronić”.

Dziś o tygodniu walk sprzed ośmiu dekad najwyraźniej pamiętają gdańszczanie, którym jednak – w imię władzy – zamierza się Westerplatte odebrać. To w nich odnajduję poczucie prawdziwej pamięci i najuczciwszą wolę wszystkich praktycznych wniosków, z jakimi dzisiaj postanowiono realizować pamięć o pierwszym tygodniu wojny 1939.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.