To może nawet i dobrze, że właśnie w tygodniu wielkanocnym, w którym odżywa cały wymiar i pociecha zmartwychwstania, żegnamy Krzysztofa Kozłowskiego – jednego z ludzi, którym „Tygodnik Powszechny” zawdzięcza to, czym był przez długie lata (i niech by tak było dalej). Chyba trochę łatwiej pogodzić się z utratą, która nie jest na zawsze, a także odnaleźć w spotkaniu dokoła Zmarłego tę więź „Tygodnikową”, którą koleje losu wiele razy nadszarpywały, ale przecież nie zdołały jej zniszczyć. Wszyscy, którzy pamiętają, ile mu zawdzięcza pismo i cały wielki prąd obywatelski, który doprowadził do odzyskania wolnej Polski, będą mogli w piątek, 5 kwietnia, na Salwatorze w Krakowie jeszcze raz przeżyć uczucie wyjątkowo ludzi ze sobą łączące: wdzięczność. Im mniej będzie przy tym słów, tym to uczucie może być głębsze i skuteczniejsze dla tego, co jeszcze będziemy robić.

I nie wydaje mi się, żeby była dysproporcja w tej pamięci, którą chcę tu dołączyć. Pamięci o wszystkich, którzy w święta wielkanocne szli komukolwiek z pomocą, której tak wielu potrzebowało: na drogach, w wędrówkach, w bezradności spowodowanej niedostatkiem, w domach tysiącami oraz dziesiątkami tysięcy pozbawionych prądu, a więc światła i ogrzewania. Myślę, że zawsze wtedy, w każdej mszy i pacierzu, powinni mieć miejsce ludzie z tych służb, które jadą, by ratować, naprawiać i pomagać. Zawsze napełnia mnie podziwem, że jest ich tak wielu i radzą sobie tak wspaniale, że każda bieda zostaje opanowana.

Dziękuję już czysto prywatnie za życzenia pod moim adresem; to naprawdę pocieszające poczuć się w Klubie „Tygodnika Powszechnego”, jak w domu przyjaciół.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.