Posted on: 10 lutego 2015 Posted by: Józefa Hennelowa Comments: 0

tu-i-teraz600

Cały czas się zastanawiam, co zrobi sąd, który ma zdecydować o losie czwórki dzieci z Daliowej koło Dukli na Podkarpaciu. To w jego rękach spoczywa los tak bardzo smutny, że powstaje pokusa pytania: dlaczego w ogóle kogokolwiek spotkał? Jakby nie dość było, dla zupełnie niewinnych stworzeń Bożych, z których najstarsze ma dopiero dziewięć lat, a dwoje jest niepełnosprawnych, samego faktu, że parę lat temu osierocił je chory ojciec, a teraz spłonął ich dom rodzinny. W tym domu zginęła matka, która dzieci z pożaru uratowała. Powiedziano nam lakonicznie, że najstarsza dziewczynka przestała się odzywać i nie chce jeść. A także, że dziećmi chce się zająć ich babcia. Mieszkańcy obiecują pomóc w odbudowie domu i wychowaniu sierot.

Sama myśl o tym, że sąd ma prawo zdecydować, kto przejmie pieczę nad tymi dziećmi i że może być to jakiś układ tzw. opiekuńczy, wymyślony w urzędzie, wydaje mi się koszmarna. Dzieciom należy się tyle normalności, czyli domu rodzinnego, ile jeszcze los raczył im zostawić. W tym przypadku to ta odrobina, jaką może im dać jedyna bliska istota – babcia. Natomiast wszelka pomoc powinna być najpodobniejsza, na ile się da, do pomocy ludzkiej, nie urzędniczej, jaką oferują kontrolni formaliści kierowani przez urzędy. Nie jestem pewna, czy media będą pamiętać o przekazaniu nam decyzji sądu. Jego odpowiedź jest jednak o wiele ważniejsza, niż wszelkie oceny konwencji o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie – ferowane w atmosferze zbliżającej się kampanii przed wyborami prezydenckimi – od których huczy we wszystkich środkach masowego przekazu od paru dni.

comments

Leave a Comment