Posted on: 9 lutego 2013 Posted by: Jolanta Elkan-Wykurz Comments: 0

V Niedziela Zwykła
Łk 5, 1-11

Zdarzyło się raz, gdy tłum cisnął się do Jezusa, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret, że zobaczył dwie łodzie, stojące przy brzegu, rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: „Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów”. A Szymon odpowiedział: „Mistrzu, przez całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci”. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na wspólników w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały.

Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”. I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim.

Dla Szymona ten dzień źle się zaczął. On i synowie Zebedeusza nic nie złowili przez całą noc. Szymon był doświadczonym rybakiem i mało kto dorównywał mu w tym rzemiośle. Znał wszystkie łowiska; wielokrotnie przepłynął łodzią jezioro Genazaret, zwane dla swej wielkości Morzem Galilejskim. Tej nocy jednak doświadczenie go zawiodło. Czasem tak bywa. Rankiem wyciągnęli z Janem i Jakubem puste łodzie na brzeg, a sami niewyspani i rozgoryczeni wypłukiwali na płyciźnie z sieci wodorosty i muł.

Wtedy do łodzi Szymona wsiadł On. Tłum cisnął się do niego nad brzegiem, prosząc o Słowo, więc łódka to był dobry pomysł. Szymon odpłynął z Nim troszkę- jak prosił- i mógł słuchać z bliska, tego co mówił.

Słowa zapadały w serce rybaka. Wtem Rabbi zwrócił się wprost do niego: „Wypłyń na głębię i zarzuć sieci”. Najwyraźniej On nie znał się na połowie. Szymon nieraz się przekonał, że jeśli w nocy nic nie złowił, to tym bardziej w dzień. Powiedział Mu to nawet. A jednak …„na Twoje Słowo…Mistrzu!” Coś było w tym rabbim, że musiał go usłuchać. Wypłynął.

Niewiarygodne! W życiu nie miał lepszego połowu! Nie mógł sam wyciągnąć sieci, zawołał chłopaków do pomocy, trzeba było drugiej łódki, żeby tę pluskającą obfitość pomieścić!

Oczywiście Szymon bardzo się cieszył, ale też i narastał w nim niepokój. Słowa, owszem, piękne, mądre i dobrze się ich słuchało, ale to jednak tylko słowa. Ryby to co innego! Przecież ich tam przedtem nie było! On musiał sprowadzić je w jednej chwili i rozkazać żeby wszystkie wpłynęły do szymonowej sieci! Jak to możliwe? Szymonowi, który był pobożnym Żydem, przypomniała się zaraz Tora: ucieczka z Egiptu, wędrówka przez pustynię, głód, a potem manna i przepiórki…Kim był ten, który siedział w jego łodzi?! Szymon zadrżał: „Odejdź, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. On tylko się uśmiechnął. „Nie bój się. Będziesz teraz łowił ludzi. Ze mną”.

To wszystko działo się tak szybko…Cały świat przewrócił się Szymonowi do góry nogami. Jeszcze przed chwilą szalał z radości na widok najlepszego połowu w swoim życiu! I nagle poczuł, że może oddać te ryby natychmiast. Jeszcze przed godziną wydawało mu się, że puste sieci to naprawdę wielka tragedia. Teraz zrozumiał, że ani puste, ani pełne nic nie znaczą, jeśli Jego przy tym nie będzie. On dotknął serca rybaka tak wyraźnie, jakby było rybą wyjętą z sieci. Szymon zrozumiał, że Mistrz zna go na wylot, że wie o wszystkich jego grzechach i słabościach – a jednak go wybrał. Nie wiedział, co znaczy „łowić ludzi”, ale na Jego słowo będzie to robił. Zostawił bez wahania tę niebywałą obfitość ryb. Zostawił swój lęk. Zostawił wszystko. Poszedł za Nim. Jan i Jakub dołączyli do niego. Nawet się nie obejrzeli.

Wiele jeszcze prób czekało Szymona, nawet ta najgorsza, z której wyszedł pokonany… a jednak to on został ustanowiony skałą, opoką Piotrem. Opoką, w której osadzeni jesteśmy wszyscy, którzy jesteśmy Kościołem.

* * *

Niejednokrotnie otrzymujemy od Pana obfity połów na jałowej wodzie. Niezasłużony dar bezinteresownej miłości. Wielu z nas zatrzymuje się na tym darze, zapominając o Darczyńcy. Inni zauważają Darczyńcę, ale przestraszeni Jego potęgą, której nie rozumieją, proszą, by odszedł, nie mają odwagi iść za Nim. Ale są i tacy jak Piotr – w zachwycie i olśnieniu podążają za Mistrzem, gotowi na wszystko; życie potem weryfikuje ich wybór, jego siłę i wierność – i różnie to bywa. Są i tacy, którzy po latach odchodzą z powrotem nad jezioro – i jakież rozczarowanie, że z tamtego cudownego połowu nic już nie zostało. I wreszcie są tacy, którzy zawodzą w dramatycznej, najważniejszej chwili.

On zna na wylot nasze serca; nasze zamysły, słabości, grzeszność, niestałość. I za każdym razem, na każdym etapie naszej z Nim podróży – daje nam szansę. Zawsze gotów nas przyjąć, zawsze obecny, bliski z sercem otwartym dla każdego.

Panie, nie znam drogi, którą mnie prowadzisz, ale ufnie chcę iść za Tobą. Daj mi pamiętać o Twojej pełnej miłości obecności przy mnie w chwilach załamania i ciemności, w chwilach zwątpienia, bezradności i lęku. Daj mi odwagę pójścia za Tobą do końca.

comments

Leave a Comment