Posted on: 29 stycznia 2013 Posted by: Józefa Hennelowa Comments: 0

To już dawno przestało być śmieszne. Widzimy na ekranie ministra, który cztery razy powtarza tę samą informację i prawie ten sam komentarz. To są cztery ujęcia, ale nikt na to nie zwróci uwagi. Satyryczni dziennikarze dodają swoje ironiczne słówko o bezradności szefa resortu. I rzecz jasna udają, że nie wiedzą, iż to po prostu czterech ich kolegów w różnym czasie i miejscu zadało ministrowi podobne pytanie. Ma być śmiesznie i jest niby śmiesznie. Raz jeszcze udało się „przyłożyć” rządowi.

Jest w niedzielnej telewizji taki program, w którym pięciu opozycyjnych polityków przypada na jednego rządowego. Bardzo zadowolony z siebie gospodarz programu cieszy się razem z nimi, gdy kolejnym kwestiom towarzyszą wybuchy śmiechu. Repliki merytoryczne najczęściej kończą się wielogłosem przerywających, bo przecież nie o meritum chodzi. Chodzi o dobrą zabawę, tylko pytanie, czy ona jeszcze kogoś bawi.

Tadeusz Mazowiecki pisze w swoich wspomnieniach – „Rok ‘89 i lata następne”, że po 1989 roku prasa obawiała się najbardziej, żeby nie sekundować władzy, bo to był znienawidzony obowiązek prasy oficjalnej w PRL-u. Dzisiaj mam coraz częściej wrażenie, że ta reakcja zrozumiała wówczas, wcale nam nie przeszła, chociaż czasy są kompletnie inne.
Czasem w telefonach od widzów słyszę głosy zaniepokojenia, które świetnie rozumiem. Jeśli wyobrazić sobie Polskę jako statek płynący po wzburzonym morzu, który nie ma innego zadania, niż płynąć bezpiecznie i osiągać kolejne porty, to przecież oczywiste, że temu, kto stoi za kołem sterowym albo się pomaga, albo staje się nieodpowiedzialnym współpasażerem. Na cóż się komuś zda uciecha, że sternik nie jest ideałem? Tylko szaleńcowi. Jest takie pojęcie, jak „kierowanie z tylnego siedzenia”. Wiadomo, że bywa wręcz niebezpieczne i że tego robić nie należy. Tymczasem w sferze opinii publicznej coraz częściej mamy opozycję, która albo drwi, albo podnosi alarm polegający na obsypywaniu sterników emocjonalnymi epitetami. A nie słychać kontrpropozycji typu: lepiej będzie tak i tak, ani tym bardziej oferty pomocy. A przecież milionom Polaków na nic się zdadzą sceny takie, jak w Sejmie ostatnimi dniami, nie przydadzą się one ani lepszym szkołom, ani lepszym szpitalom, ani lepszym dojazdom do pracy… I jeszcze tysiącom spraw, które składają się na nasz dzień powszedni.

Okładka najnowszego numeru „Tygodnika Powszechnego” (nr 4, 27 stycznia 2013) wniosła na tę arenę opinii publicznej jeszcze jeden ton, którego pismo dotąd, jak mi się zdaje, nigdy nie miało. Okładka, i jeszcze artykuł wewnątrz numeru („Elegia na odejście” Michała Majewskiego), i jeszcze zdjęcie, i jeszcze tytuł w „Obrazie tygodnia”. To jest ton „religii smoleńskiej”. Od razu po pogrzebie nie pora na jakikolwiek komentarz. Pogrzebom należy się milczenie. Więc tylko jedna uwaga na temat ogromnego tytułu na okładce: „Matka polityka”. Polityk to tytuł, który sam w sobie nie zawiera żadnej wartości. Natomiast dzisiaj rodzi setki ciężkich pytań. Tytułem do chwały byłby tytuł: „Matka męża stanu”. Ale takie określenie przysługuje zazwyczaj po zamknięciu bilansu.

comments

Leave a Comment