Premiera filmu Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu” budzi duże emocje. Nie wątpię w autentyczność historii przedstawionych przez dziennikarza. „Któregoś dnia Duch Święty kopniakiem przewróci stół i trzeba będzie zaczynać od nowa” – ostrzegał na początku maja papież Franciszek w przemówieniu do przedstawicieli diecezji Rzymu. Nie mówił wprawdzie o kwestiach związanych z pedofilią, ale w mojej ocenie film red. Sekielskiego może być takim „kopniakiem Ducha Świętego”. Niekoniecznie „stół zostanie wywrócony”, ale zapewne nie wszystko, co jest na stole się ostoi.

Nie sam fakt, że powstał taki film napełnia mnie smutkiem. Dobrze, że powstał. Moje przerażenie budzą pokazane w nim historie skrzywdzonych ludzi. Jednocześnie staram się nie zniechęcać, pamiętając o słowach Ojca Świętego Franciszka, skierowanych do księży rzymskich w czasie wielkopostnego spotkania. Papież powiedział: „Nie zniechęcajcie się. Bóg oczyszcza Kościół”. W moim przekonaniu tak właśnie jest z filmem red. Sekielskiego. W ten sposób Bóg oczyszcza swój Kościół. Skoro sami nie potrafimy, Pan zrobi to rękami red. Sekielskiego, reż. Smarzowskiego i innych. Czas oczyszczenia zawsze jest bolesny. Ale bardzo potrzebny. Myślę też, że ważne jest, by oglądać ten film nie wyłącznie w kontekście zła wyrządzanego przez księży, ale potraktować go jako okazję do zastanowienia się nad każdym złem, które ma konsekwencje na całe życie. Na przykład nad tym, co czuje dziecko porzucone przez rodzica, który odchodzi z dnia na dzień. To zło, którego rezonuje przez całe życie człowieka. Co do samej pedofilii, nie znam osobiście żadnego księdza, który dopuścił się takiej zbrodni. Statystyki pokazują, że na ponad 1400 pedofilów jest 1 ksiądz. Pozostali są m.in. nauczycielami, trenerami, wychowawcami, lekarzami, prawnikami. Ale ten 1 ksiądz pedofil na 1400 to o jeden za dużo.

„Nie boisz się tak bez pardonu pisać o tym wszystkim, co niewygodne, o czym większość Twoich kolegów po fachu milczy?” – często pytają mnie znajomi. Inni – zwłaszcza ci „po fachu” napominają mnie, twierdząc, że uderzam w Kościół, rozbijam jedność i apelują o (źle rozumianą) pokorę. Twierdzą, że powinienem stronić od krytyki polityków (z wyjątkiem krytyki tych z opozycji – ta jest dozwolona, a nawet wskazana), zarzucają stronniczość itd. Odpowiadam, że nie po to zostałem wyświęcony na księdza, żeby się bać. Uważam, że do kryzysu pedofilii w Kościele doprowadziło milczenie tych, którzy powinni głośno krzyczeć. A jednak milczeli. Jedni ze strachu, inni z powodu źle rozumianej troski o jedność oraz iście korporacyjną lojalność. I jasne, że czasem się boję. Zwłaszcza gdy piszą lub telefonują do mnie ludzie, którzy ten strach pragną we mnie wzbudzić, by mnie sparaliżował. Uważam, że do kolejnych kryzysów Kościoła doprowadzi również milczenie księży i biskupów wobec zawłaszczania Kościoła przez polityków, milczenie księży i biskupów wobec szerzącego się nacjonalizmu oraz milczenie księży i biskupów wobec totalnych i permanentnych ataków na papieża Franciszka.

Tak, moi Drodzy Konfratrzy, to milczenie jest cichym przyzwoleniem na nadchodzące kryzysy w Kościele, tak jak milczenie wobec zbrodniczych zachowań „wilków w koloratkach” było wprost przyzwoleniem na gwałcenie dzieci, a tym samym na kryzys, który dzisiaj przeżywamy. Potrzebujemy dzisiaj odważnych pasterzy. Potrzebna jest odwaga, by bez lęku, a zarazem prosto, konkretnie, unikając kościelnej nowomowy nazywać rzeczy po imieniu, komunikować prawdę i pokazywać autentyczny, oczyszczony z klerykalizmu Kościół. Kościół Boży, gorliwy, pokorny (ale odważny!), którego drogą jest człowiek. Nawet za cenę utraty wpływów, sympatii i narażenia się na oskarżenia o rozbijanie (fałszywej) jedności czy stronniczość.

Potrzebna jest też odwaga, by nie ulec pokusie zakłamywania rzeczywistości. „Dziś mamy plagę kłamstwa na temat pedofilii w Kościele” – czytam na profilach niektórych księży, facebookowych znajomych. Inni dodają, że „jesteśmy świadkami największego w historii ataku na Kościół”. Piszą też, że „z pedofilii zrobiono pałkę, którą uderza się w Kościół”. Większość facebookowych duchownych w tym temacie jednak dziwnie nabrało wody w facebookowe usta. Może udawać, że nie ma problemu. Można mówić, że nic się nie stało. Można też czuć się ofiarą spisku Sekielskich z Sorosem i Tefałenami. Można wylewać kapłańskie łzy, że film opublikowano przed wyborami, zamiast tydzień później, na przykład z okazji Dnia Dziecka. Można zakłamywać rzeczywistość i mydlić oczy, że burza ucichnie i znów będzie wszystko pięknie, jak dawniej. Problem w tym, że już nie będzie, jak dawniej.

W trzecią niedzielę maja czułem się w obowiązku, by przeprosić moich parafian, w tym dzieci komunijne i ich rodziny oraz gości za to, co zrobili moi bracia, którzy okazali się „wilkami w sutannach”. Te przeprosiny były jak szpilka, która przebija nadmuchany balon. Były jak młot, który burzy dzielący nas mur. Po Mszy świętej słowom wdzięczności nie było końca. Tych przeprosin potrzebowałem ja. Potrzebowali ich też moi parafianie. Pokazało mi to, że nie ma innej drogi wyjścia z tego kryzysu. A z pewnością nie będzie to droga milczenia, obrony instytucji i udawania, że nic się nie stało. Przepraszam zatem i Was, Drodzy Czytelnicy tego felietonu. Przepraszam i proszę o wybaczenie. Najpierw za moje grzechy i upadki, ale również za grzechy tych, którzy dopuścili się zbrodni wobec maluczkich.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.