Posted on: 15 marca 2009 Posted by: Filip Biernat Comments: 0

Gdy byłem studenciną, mój promotor mawiał, że każdy dziennikarz powinien w tygodniu czytać wszystko co znajduję się między „Nie” a „Tygodnikiem Powszechnym”, bo wtedy nic ważnego człowiekowi nie umknie i, co więcej, adept otrzyma odpowiednią dawkę różnych poglądów, co ochroni go przed skrzywieniem ideologicznym. Nie będę tu ściemniał, że się stosowałem do tych wskazówek, ponieważ prawda jest taka, że w moje łapska wpadało częściej satyryczne „Nie” niż nobliwy „Tygodnik Powszechny”.

Jednak duch „TP” nie dawał mi spokoju. W dłuższych okresach, mój nos tkwił w dziełach zebranych Kisiela. Były już to wtedy teksty nieco historyczne, ale mimo to czytałem z wypiekami na twarzy. Dziwiłem się strasznie, że w katolickim piśmie mogły ukazywać się aż tak mięsiste felietony. Wyglądało to jakby „Tygodnik” dawał na swoich łamach miejsce publicystycznemu łobuzowi z premedytacją, tylko po to, aby kulturalnie, po katolicku bił w komunę…

Informacje o trudnej sytuacji „Tygodnika” przyjąłem ze strasznym zdziwieniem. Tym bardziej że ostatnie zmiany formatu i layoutu gazety utwierdzały mnie w przekonaniu, że idzie ku lepszemu. Pismo przestało być blachą i wertowanie nie wymagało już specjalnych umiejętności gimnastycznych. Na dodatek w necie czytam bloga Michała Okońskiego o angielskiej piłce, to mam wrażenie potwierdzenie tego że trwa walka o Czytelnika.

Życzyłbym sobie i redakcji, aby „Tygodnik Powszechny” można było kupić pod kościołem w moim Kołaczkowie (w innych parafiach też), po mszy św. u ministranta jak to się praktykuje z kolportażem prasy katolickiej. Zasługujecie na to! Pozdrawiam i trzymam kciuki!

Filip Biernat (ur. 1977)
Dziennikarz

comments