Posted on: 13 lipca 2015 Posted by: Józefa Hennelowa Comments: 0

tu-i-teraz600

Są programy telewizyjne, w których od dawna zderzanie się racji jest nie tylko środkiem, ale i celem prowadzącego program redaktora. Uczestnicy dzielą się na „słusznych” i „niesłusznych”; „słuszni” nigdy nie są w mniejszości. Jeśli jest to pojedynek dwóch osób, rzecz kończy się z reguły tym, że dyskutant „słuszny” nie przestaje mówić, przerywa każdą kwestię adwersarza i kończy mówieniem bez przerwy, niezależnie od tego czy jest to dwugłos, czy nawet trójgłos, gdy do dyskusji włączy się redaktor prowadzący program. Cała operacja to umiejętność techniczna wyższego rzędu. Dodajmy do tego szybkość artykulacji i ton bezgranicznej wyższości, która jest przejawem nie tylko pewności siebie, ale przekonania o posiadaniu racji nadrzędnej moralnie. Czasem przebijają się później błagania odbiorców, by z takiej postawy i jej reprezentanta zrezygnować z udziału w programie w ogóle. Oczywiście prośby pozostają niewysłuchane. Rzecz staje się wyjątkowo smutna, gdy przestaje chodzić o politykę, a „słusznym” wyrazicielem poglądów staje się moralista, etyk, reprezentant nauczania ideowego. Pewność siebie przeistacza się w rodzaj apostolstwa. Jeśli przebija z niej przede wszystkim miażdżąca pogarda dla odmiennej postawy, ma ona charakter moralnego wyroku. Tak było ostatnio, na przykład w gwałtownym starciu na temat słuszności lub niesłuszności przygarniania przez Polskę uchodźców z krajów afrykańskich i bliskowschodnich.

Zastanawiać musi głęboko, jak silna jest w nas potrzeba osądu nie siebie samego. Jak łatwo mówimy: „twoja bardzo wielka wina”. Czym to zaowocuje? Stoimy przed niewiadomą.

 

comments

Leave a Comment