Opublikowano: 2 marca 2020 Autor: Monika Mellerowska Comments: 0

Duende to stan przypisywany tańcowi, który owładnął Wodnickim. On sam nie wie kiedy usłyszał to słowo, które przy okazji kolejnej wizyty w Arles zaczęło płynąć w jego krwi i nadawać puls ciału zawładniętemu przez owo miasto. Miasto, które trzyma na uwięzi.

Mogłoby się zdawać, że to przywiązanie sprawia Wodnickiemu ból, jakąś przykrość, bo zaraz na początku książki pyta on „Czy ja nigdy nie uwolnię się od tego miasta?” Właściwie śmiało możemy nazwać „Duende” nie książką, a esejem, odą na cześć Arles; tego muzycznego, dotąd nieznanego czytelnikowi książek Adama Wodnickiego.

Po lekturze literackiego „Duende” przychodzi też na myśl, że jest ono swoistym zaklęciem na ducha duende, którego „zrozumienie możliwe jest tylko poprzez uczestnictwo we wtajemniczeniu”. A skąd taka myśl? Bo jest „Duende” zbiorem słów, a to właśnie słowo z jego magiczną mocą, wypowiedziane czy zapisane może wyrwać ze stanu tej swoistej hipnozy. Ale na Wodnickiego magia nie działa. Samo słowo owszem, ale nie jako czarodziejska różdżka. Adama Wodnickiego zdaje się słowo jeszcze bardziej wtłaczać w duende, bo opisując słowami dźwięki niejako dźwiękiem się staje.

Owładnięty stanem upojenia rytmem (dźwięku, słowa, które samo jest dźwiękiem) pisze dalej o śmiertelnym balecie, jakim jawi się jemu duende. Balet śmiertelny, którego „piękno następujących po sobie sekwencji odrętwia zachwytem i grozą”. Sprawiając, że mimo stuporu, w jaki zapada w zachwycie nadal pulsuje. Pulsują ulice Arles – La Roquette, Gambetta, bulwar Clemenceau – swoisty „culs-de-sac”, taśma Mobiusa, której plątanina jest lejtmotywem w innej książce (książeczce) Adama Wodnickiego, „Tezeuszu K”. Ta uliczna fiesta, podczas której autor zdaje się kroczyć ramię w ramię z Jarosławem Iwaszkiewiczem – jemu też nie były obce dźwięczne i soczyście kolorowe sycylijskie korowody radości, dociera do domu, a właściwie magazynu, w którym duende ma swoje epicentrum. Niepewnie, wszak nasycenie tym, co oferują ulice Arles nie ma końca, wchodzi Wodnicki w owo centrum układając się w jego gęstej atmosferze, w której z mroku rodzą się postacie muzyków, tancerzy i zwykłych ludzi oczekujących na wybuch swego wewnętrznego duende. „Przeżyłem misterium, doświadczając charyzmy duende” napisze po wszystkim profesor Wodnicki. Więc ukochane słowo może zostać niewypowiedziane i niezapisane, wystarczy myśl, aby uczestniczyć we wtajemniczeniu, albo z niego się wyzwolić.

A co ze wspomnianym Tezeuszem K. pogubionym, niczym Józef Kafka w parabolach korytarzy albo w Labiryncie mitologiczny Tezeusz, który zagubił nić Ariadny? Istnieje duże prawdopodobieństwo, że pęknie jemu serce pod bramą z głową Meduzy. Ta brama, a „nad bramą jest balkon, na nim – po obu stronach – dwa suche krzewy berberysu w donicach” (zmysły wzroku i węchu przywołują wspomnienia) prowadzi w ciemne meandry niekończących się przejść. Czy to one osłabiają wrażliwe serce naszego ciekawskiego turysty, czy może geniusz artysty, który te korytarze zaprojektował? A tym drugim, co kierowało – chęć udowodnienia swojej wyższości innym matematycznym artystom – Mobiusowi, da Vinci… czy botaniczne skojarzenie Drzewa Życia, którego życiodajne gałęzie potrafią przytłoczyć ciężarem? I choć w bramie, pod przejmującą grozą głową Meduzy było cicho i tu pulsowało, kipiało. Zapach śmierci przywołany wspomnieniem, znienawidzone dzieła sztuki budzące lęk i obawa przed śmiertelnym uściskiem pięciokąta tworu będącego podwórzem pulsowały za szybko u Tezeusza K. Każde wejście (a może to było właśnie wyjście) zdawało się jemu takie samo, kluczył po meandrach myśli i obwodów nie znajdując ujścia, podskórnie czuł, że to może być już inna rzeczywistość. W bezsilności i poczuciu wyroku, jaki gdzieś tam zapadł poza jego wpływami „Usiadł na ziemi, podciągnął kolana pod brodę… „

Jest Wodnicki i Tezeuszem, który pewnie chciałby już odpocząć od krętych korytarzy swojej erudycji, i jest sobą, kiedy krąży ulicami ukochanego Arles. Zarówno w tym ukochanym miejscu, do którego powraca przyciągany nieznaną mu siłą, jak i krążąc po pełnych grozy korytarzach przebywa w „tameczności”, która jest i się zdaje jednocześnie. Nie istniejąc istnieje. Gdzie jest w takim razie „tuteczność”, którą filozof Bronisław Trentowski opisał jako tą bardziej realną? Może jest w nas samych, może to ona, tak realna, prawie materialna przynosi metafizyczne uniesienia? Nie wiemy, i pewnie najlepszym dla nas wyjściem jest zaczerpnięcie z każdej z nich –  „tameczności” i „tuteczności” – po garści, aby niczym bohater „Tezeusza K” uznać świat za racjonalny.

Cytaty pochodzą z książek:

Duende, A. Wodnicki, Wydawnictwo Austeria, Kraków, 2019

Tezeusz K, A. Wodnicki, Wydawnictwo Austeria, Kraków, 2019

comments

Leave a Comment