Tatry jako gadżet

Za artykuł „Tatry. Wstęp wzbroniony” z sobotnio–niedzielnej „Gazety Wyborczej” (autorstwa Bartłomieja Kurasia, „GW” z 14–15 lipca 2018) trzeba podziękować bardzo poważnie i zdecydowanie. Za całość, łącznie z ostatnim akapitem, zawierającym diagnozę opisywanego zjawiska: „Wygląda na to, że w Tatry w końcu dotarło zjawisko, które socjolodzy opisują już od dekady, i dawno już dotknęło choćby amatorski sport, nie mówiąc o relacjach międzyludzkich: coś, co było wartością samą w sobie, stało się narzędziem chwytania chwilowych doznań, kolekcjonowania gadżetów, zdobycia zdjęcia na instagrama”.

Co z tego?

Nie mogę nie podziękować Szymonowi Hołowni za felieton prawdy, pod tytułem „Mamy swoje święto”, z najnowszego wydania „Tygodnika Powszechnego” (nr 27/2018). Tylko, co z tego?? To pytanie odnosi się do każdego słowa, które napisał.

Pytanie o recenzję

Zamiast odnosić się do bieżących wydarzeń, odnotuję dziś z głęboką satysfakcją zamówienie książki ojca Ludwika Wiśniewskiego OP –  „Nigdy nie układaj się ze złem. Pięćdziesiąt lat zmagań o Kościół i Polskę” (Rzeszów–Kraków 2018). Gdzie przeczytam jej recenzję?

 

          

Istotne a przemilczane

To nie będzie komentarz na temat wydarzeń na świecie uznawanych za istotne. Ani na temat wyników pierwszych meczów mundialu w Rosji. Chcę zwrócić uwagę na to, że w minionym tygodniu statek z uchodźcami (przewożonymi zapewne w nieludzkim tłoku, z dziećmi i kobietami w ciąży) nie został przyjęty przez żaden port włoski (to skutek polityki i filozofii nowego rządu), ani przez Maltę, nazywaną krajem katolickim. Na szczęście Hiszpania, przyjmując udręczonych uchodźców zachowała się tak, jak należy – jak mogli oczekiwać zwiedzeni przez przemytników nasi bracia. Nikt tego nie komentuje, bo mamy podobno ważniejsze sprawy, od wtorkowego meczu naszej reprezentacji w Moskwie poczynając… Ale jeśli ktokolwiek, słuchając o zachowaniu Hiszpanów, poczuł ulgę i zmniejszenie poczucia winy, na pewno miał rację.

Człowiek w pokoju 101

Spotkanie przywódców USA i Korei Północnej w Singapurze, które odbyło się w nocy z poniedziałku na wtorek (11/12 czerwca) naszego czasu, okazało się przede wszystkim światowym sukcesem mediów. Ale teraz – ponad wszelką wątpliwość – nadeszła najwyższa pora, żeby zostawić emocje, jakie w niektórych budzi zawarte czteropunktowe porozumienie, i zająć się człowiekiem. Tym, który żyje na dalekim dla nas skrawku Azji Wschodniej, zajmowanym przez mieszkańców Korei Północnej. Jego los, w pełni zaprojektowany przez jednego z sygnatariuszy „historycznego porozumienia”, można zawrzeć tylko w symbolu pokoju 101. Jak pamiętamy, w antyutopii Georgeʼa Orwella „Rok 1984”, to sala tortur w Ministerstwie Miłości, gdzie dręczyło się więźnia jego własnymi koszmarami i fobiami. Tylko, kto dziś pamięta grozę ówczesnego ostrzeżenia?

Bez optymizmu

W przeddzień zaplanowanego na jutro, 12 czerwca, spotkania Donalda Trumpa i Kim Dzong Una w Singapurze nie sposób myśleć o czymkolwiek innym. Jutro i następne dni pokażą, na ile pierwsze w historii spotkanie przywódców USA i Korei Północnej przybliży nas – czy w takich warunkach jest to w ogóle możliwe?? – do momentu zakończenia etapu wrogości między obu krajami oraz rozpoczęcia rozbrojenia nuklearnego.