Różnorodność, która ubogaca, prawda, która wyzwala oraz chrzest, który łączy – oto tryptyk ekumeniczny.

Różnorodność, która ubogaca

Chrześcijaństwo jest ze swojej natury pluralistyczne i różnorodne. Choć mamy jedną Ewangelię Jezusa Chrystusa, to jednak znamy ją w czterech różniących się odsłonach. Każda z ewangelii według Mateusza, Marka, Łukasza i Jana jest pełną Ewangelią, a zarazem wszystkie razem tworzą jedną Ewangelię.

Siłą i mądrością chrześcijaństwa jest umiejętność łączenia różnych tradycji, a nawet przeciwstawnych pojęć (teologia apofatyczna). Nieszczęściem zaś, jest tendencja absolutyzowania i dogmatyzowania jednej doktryny, jednej peryferyjnej prawdy, jednego systemu teologicznego, jednej wykładni, a co najgorsze przeciwstawianie go innym.

Co by się stało, gdyby Apostoł Paweł stwierdził, że tylko jego sposób głoszenia Ewangelii jest prawdziwy? Zamiast tego udał się do Jerozolimy, aby sprawdzić czy nie biegnie na próżno, jak to opisał w liście do Galatów (zob. Ga 2,2).

Czwarty sobór powszechny w Chalcedonie stwierdza, że tym czego mamy się trzymać jest Credo nicejskie potwierdzone w Konstantynopolu: „Ten mądry i zbawienny Symbol Bożej łaski wystarczyłby do pełnej znajomości i umocnienia wiary …”(6), zapewniają ojcowie soborowi.

Innymi słowy „w rzeczach koniecznych zachować jedność, w wątpliwych wolność, we wszystkim miłość”.  Gdyby przyjąć taką otwartą postawę, może udałoby się uniknąć wielu podziałów.

Prawda, która wyzwala

Tym co nas dzieli są nie tylko doktryny teologiczne, ale jeszcze bardziej uprzedzenia, niewiedza, zasklepienie się w swoim własnym świecie, wreszcie fałszywe poczucie posiadania prawdy. O ile uprzedzenia i niewiedzę można przezwyciężyć poprzez spotkania i studiowanie odmiennych tradycji, o tyle przeświadczenie o posiadaniu prawdy, często jest traktowane jako ostateczny probierz, poza który nie można się cofnąć za cenę utraty swojej tożsamości. Aby przezwyciężyć to przeświadczenie należy odróżnić prawdę w potocznym tego słowa znaczeniu od prawdy chrześcijańskiej.

Według klasycznej definicji, prawda to zgodność sądu z rzeczywistością. Tak rozumianą prawdę można sprowadzić do twierdzenia lub doktryny, i jako taką można nie tylko posiąść, ale również posiadaną skierować przeciwko innym. Tak pojęta prawda faktycznie może dzielić. Jest jednak prawda, która wyzwala i burzy mur wrogości (por. Ef 2,11).

Prawda chrześcijańska jest czymś więcej niż zgodnością sądu z rzeczywistością. Owszem ma swoje odniesienie do prawdy filozoficznej, za Pawłem powtarzamy: „wiem komu uwierzyłem …” (1Tm 1,12), ale od momentu poznania, gdy ogarnia nas przeświadczenie, że „wiem”, chodzi już o coś więcej niż wiedzę, chodzi o wiarę, o zaufanie o relację osób, o to, aby dać się uwieść jak prorok Jeremiasz, który mówi: „Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść” (zob. Jr 20,7).

Prawdy wiary chrześcijańskiej nie da się ani posiadać, a tym bardziej użyć przeciwko innym. Tą prawdą nie są sądy, twierdzenia, nawet dogmaty, ale jest nią Jezus Chrystus – Wcielone Słowo. Prawda, którą głosi chrześcijaństwo nie jest zatem rzeczą, doktryną, pojęciem, ale jest osobą, Prawdą Wcieloną. Jezus Chrystus jest Drogą, Prawdą i Życiem (J 14,6). „W nim  mieszka cała Pełnia, Bóstwo na sposób ciała” (Kol 2,9).

Tej prawdy nie można posiąść, ani ogarnąć, tej prawdy nie można do końca poznać, tę prawdę, można jedynie kontemplować, można ją adorować, można do niej pielgrzymować, lub za nią podążać zawsze pozostając przed „Światłością świata” (J 8,12). Światłość ta rozjaśnia nasze mroki, ale sama w sobie pozostaje niedostępna, raczej oślepia niż pozwala zobaczyć i poznać.

Gdy jednak nam się objawia, gdy już wydaje się nam, że ją poznaliśmy, a może nawet posiedliśmy, wówczas znika, tak jak stało się to w Emaus, przy łamaniu chleba: „wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu” (Łk 21,31).

Wszyscy, bez względu na przynależność wyznaniową, pielgrzymujemy do Chrystusa, podążamy za nim, zgłębiamy jego Ewangelię, i dopiero w miłości, nie w doktrynach, nie w tradycjach, nawet nie w Piśmie Św., ale w miłości doświadczamy Boga, „bo Bóg jest miłością” (1J 4,8), nie doktryną, nie księgą, nie pojęciem.

„Nie każdy, który Mi mówi: „Panie, Panie!”, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7,21). Prawda to nie kwestia pojęć i deklaracji, ale miłości.

Chrzest, który łączy

Luteranie, metodyści, adwentyści, prawosławni, katolicy, chrześcijanie, bez względu na denominację, z której się wywodzimy, wszyscy przez chrzest zostaliśmy powołani, przeznaczeni i usprawiedliwieni (zob. Rz 8,28-30). Wezwani do nowego życia w Chrystusie, staliśmy się „nowym stworzeniem” (2Kor 5,17), dziećmi i dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa (zob. Rz 8,17), otrzymaliśmy Ducha Świętego, i przyoblekliśmy się w Chrystusa, stając się świątynią Ducha Świętego (1Kor 6,19), „niby żywe kamienie, (…), by stanowić święte kapłaństwo (zob. 1P 2,5). Tak opisują nas nasze pisma święte, tak widzi nas Bóg. To Boże spojrzenie musi nam towarzyszyć w patrzeniu na siebie na wzajem.

W świetle jednego chrztu, jakie znaczenie mają podziały, które wyłoniły się w czasie długiej historii chrześcijaństwa? Czy jakaś doktryna teologiczna może dać nam więcej Ducha Świętego? Czy jakąś tradycją kościelną możemy uzupełnić dar chrztu? Czy jakiś zwyczaj kościelny może sprawić, że będziemy bardziej usprawiedliwieni lub bardziej powołani? Czy kolejny dogmat, zdoła nas bardziej uświęcić niż chrzest lub odsłonić tajemnicę Boga? Za Pawłem powiem: „Żadną miarą!” (Rz 3,4).

Wszyscy przyjęliśmy jeden chrzest. Przez ten znak łaski mamy jednego Pana, jedną wiarę, jedno powołanie, otrzymaliśmy tego samego Ducha Bożego, bo Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich (por. Ef 4,6). W świetle tej jedności chrztu pozostaje aż niewiarygodne, że jesteśmy nadal podzieleni, a to, co partykularne znaczy dla nas więcej niż to, co już łączy. Przecież ostatecznie, jak to stwierdził Jan XXII, różnią nas tylko poglądy.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.