Posted on: 3 maja 2015 Posted by: Jolanta Elkan-Wykurz Comments: 0

jola_elkanJ 15, 1-8

Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was trwać będę. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie.
Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poprosicie, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojcie
c mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami»

Obraz winnego krzewu i latorośli tak mocno wdrukował się w chrześcijańską wyobraźnię, że jego symbolika  wydaje  się oczywista: Dopóki czerpiemy życiodajny sok z Krzewu- Chrystusa dopóty nie grozi nam śmierć. Na tym świecie żyjemy pełnią życia, bo życiem Chrystusa, które jest pełnią i na tamtym osiągniemy życie wieczne. Przykry los suchych, nie owocujących gałęzi, czyli spopielenie w ogniu czeka nas, jeśli odetniemy się od soku życia, jeśli zaś nasze życie będzie kwitło, Ogrodnik, czyli Bóg, będzie nas pielęgnował i troszczył się o nas; pomoże nam, byśmy wydali, najsmaczniejsze, najsłodsze owoce.

Jak pomoże? Oczyszczając, czyli przycinając niepotrzebne odrośle, oskrobując z niepotrzebnych naleciałości, wydłubując szkodniki.  Nie jest to zapewne miły i przyjemny proces dla latorośli. Na osłodę słyszymy: „O cokolwiek poprosicie , Ojciec da wam”. Jeśli oczyszczanie boli, pierwsza prośba , jaka się wyrywa to: „Przestań mnie oczyszczać. Nie daję rady. Nie obrabiasz przecież dzikiego wina, samo rośnie, a owoce są. Już niech te owoce będą kwaśnawe i niewielkie -latorośl i tak jest bujna, gęsta i piękna. Że nie da się z jej winogron zrobić szlachetnego wina? Trudno, będą pokarmem dla ptaków.” Czy Ojciec wysłucha takiej prośby? Czy wszystko, co czytamy nie przekonuje nas, że woli inną: „Zniosę każdy ból, byle tylko trwając w Synu, doświadczyć czułego dotyku Ojca, który mnie pielęgnuje. Więc oczyszczaj, przycinaj, rób co chcesz ze mną- bo wiesz lepiej co dla mnie dobre.” Heroiczna prośba.

A  ta płonąca gałązka czy nie mogłaby cicho powiedzieć: „ Zamieniam się w popiół. Moje ciało było wilgotne i ociężale, nie chciało wznieść się ku Tobie, a teraz prześwietliłeś mnie, przepaliłeś do rdzenia mojej istoty; nic już we mnie nie sprzeciwia się Tobie. Poprzez te dotkliwie palące bólem płomienie, zamieniłeś mnie w samą lekkość nieomal niematerialną, nic mnie nie obciąża, mogę przylgnąć wreszcie do Ciebie, będę mogła zjednoczyć się z Tobą, więc przepalaj mnie do końca! Choć nie dałam owoców- wzlecę ku Tobie dzięki przepaleniu”. Kto jednak, poza wielkimi świętymi jest w stanie wypowiedzieć taka prośbę? Z drugiej strony- czy wielka świętość odcina się od Chrystusa i usycha, aby ją palić?

Jak widzimy obraz traci nieco swoją jednoznaczność, gdy przyglądamy mu się bliżej.

I jeszcze jedna wątpliwość. Czy gałązka sama z siebie  może uschnąć lub nie? Czy w jej mocy leży odciąć się od płynących w roślinie soków? Czy w jej mocy jest nie odcinać się od nich? Czy ma na taki akt dostatecznie wolną wolę, czy jej nie ma?

Jak zawsze, porównanie człowieka do roślinki (choćby nie wiem jak nasyconej symbolicznie), która nie jest osobą, rodzą się komplikacje w rozumieniu.(Choć z drugiej strony, najwyższym aktem Osobowej wolnej woli , jest wyzbycie się jej poprzez przeistoczenie siebie w przedmiot (chleb, wino), powierzenie Siebie w tym przedmiocie każdym dłoniom, które zechcą się Nim posłużyć…)

TO, co najważniejsze i zrozumiałe w tym obrazie, to niezwykle silne złączenie moje z Chrystusem, konieczne do zachowania życia. Im życie moje ścisłej z Nim związane, im bardziej budzące nadzieję na owoce w Nim, tym więcej doświadczam bólu oczyszczania i słodyczy dotykania przez Boga. Im więcej oczyszczania- tym swobodniej i z większą siłą i dynamiką życie Chrystusa nie tylko trwa, ale wręcz buzuje we mnie, wzbogacając coraz bardziej moje życie, przenikając je, stając się nim, aż wreszcie będę mogła powiedzieć za świętym Pawłem: „Już nie ja żyję, ale Chrystus we mnie”.

Większość z nas jednak żyje bez takich wzlotów.  Większość nie doświadczyła tak radykalnej przemiany jak Paweł, by z gorącej walki z Chrystusem, pełnej nienawiści i okrucieństwa, stać się równie gorącym, ba, gorętszym heroldem i miłośnikiem Chrystusa. Większość nie ma w sobie takiego zapału, takiej siły – i takiego szczęścia, by zostać przemienionym przez jedno spotkanie z Panem.   Większość z nas nie potrafi, lub nie może żyć w radosnym i wytrwałym poświęceniu się wyłącznie dla Niego.

Przeważnie ciągniemy ten kierat – nasze życie, jaki fundują nam niezależne od nas okoliczności, w monotonii codziennych, do obrzydzenia nudnych i tych samych obowiązków, wcale przez nas nie chcianych; bez  miłosnych wzlotów i bez nadziei na nie; w żalu za utraconymi możliwościami, w żalu do Boga, za takie spaprane życie, któregoś my sobie nie wybrali, ale które nas wchłonęło.

Czy więc ta większość, rozżalona, smutna, rozgoryczona, zawiedziona będzie płonąć w ogniu, jak suche gałęzie? Czy Pan Bóg byłby tak bezwzględnym i okrutnym Ogrodnikiem? Wydaje się, że On  chce, pragnie sam wyhodować owoce z każdego życia – byle tylko ono zwracało się ku Niemu szczerze w jakikolwiek sposób.

Podczas pewnych rekolekcji poznałam i pokochałam mało znaną osobę, żyjącą na przełomie XIX i XX wieku w  Auxerre, we Francji, córkę tamtejszego profesora, poetkę Marie Noel. Pozwolę sobie na dłuższe cytaty z jej pism, bo warto.

Oto, co pisze ona o swoim życiu.

 

Prawie wszyscy ludzie, w moim wieku i z mojego środowiska podróżowali, zwiedzali różne kraje i miasta, po­znawali nowych ludzi, chodzili do teatrów i muzeów, słu­chali pięknej muzyki, o której ja mogłam tylko marzyć: Salzburg — Mozart — Wesele Figara — Czarodziejski flet. Ja natomiast, kiedy byłam młoda, spędzałam każdą niedzielę w towarzystwie kilku młodych dziewcząt, a teraz, kiedy już jestem stara, od wielu lat odwiedzam co niedziela ra­zem z matką moją ciotkę. Żyję na uboczu, w dobrym, porządnym domu na prowincji, przygnieciona obowiązkami, stale na oku starych ludzi, pozbawiona wszystkiego, a przede wszystkim własnego otoczenia. Moją jedyną przestrzenią był Bóg. W Nim znalazłam wolność i wielkie drogi. (…)  Ale ten mój Bóg bywa niekiedy straszny. Ja również, mój Boże, mam powody, aby się na Ciebie poskar­żyć. Nie obchodziłeś się ze mną łagodnie. Nie oszczędziłeś mi cierpienia. Byłeś twardym nauczycielem. Czyżbyś mnie opuścił? Ty także? Czyżbyś mnie tylko łudził, że Twoje ser­ce, w którym znajdywałam ukojenie, nie jest sercem, a w każdym razie nie jest miejscem ucieczki? Pozostałeś dla mnie nieznany, zbyt wielki, zbyt surowy. A jednak w ciągu tych lat, mimo trudności naszych konfliktów, oboje, Ty i ja, nie rozeszliśmy się. Ty pozostałeś wiemy i ja wierna. Zno­siłeś ode mnie wszystko. A ja przyjmowałam wszystko od Ciebie i zachowaliśmy nasz wieczny związek.”

 

Oto, co pisze o Kościele.

 

O Panie, wprowa­dziłeś mnie jak oblubieniec swą młodą małżonkę do domu, którego ona nie zna i w którym rządzi teściowa. Przy­wiodłeś mnie po to, abym z Tobą żyła, do domu Kościoła, Matki Naszej, Młoda żona musi żyć z teściową, a prawa teściowej częstokroć są twardsze niż prawa małżonka. Teś­ciowa żąda niekiedy więcej, niż powinna. Nadużywa swego wieku, autorytetu, należnego jej szacunku. A młoda synowa się jej boi. Nie ma odwagi przy niej oddychać. Ale z miłości do swego małżonka podporządkowuje się jej w milczeniu. Tak, Panie mój i Boże, wobec Kościoła, Matki Naszej, ledwie mam odwagę być sobą. Boję się jej ludzkich rąk, które są twarde i mocne. Ale z miłości do Ciebie, Panie, uczynię wszystko, co ona zechce”.

 

Jak widać, nie ma w jej życiu (którego nie wybrała) specjalnej radości, Kościół jest dla niej miejscem udręczenia, a jednak trwa w Bogu. Rozmawia z Nim. Bez kokieterii. Twardo. Prawdziwie. Jaki jest owoc tego (takiego) życia?

 

„Boże mój, nie kocham Ciebie, nie pragnę Ciebie. 

Męczę się Tobą. A może nawet nie wierzę w Ciebie. 

Spójrz jednak na mnie, choćby w przelocie. 

Zagość przez chwilę w mojej duszy, zrób w niej porządek Swoim bezwietrznym tchnieniem, nic mi nie mówiąc. 

Jeżeli chcesz, abym w Ciebie uwierzyła, obdarz mnie wiarą. 

Jeżeli chcesz, abym Cię pokochała, obdarz mnie miłością, bo mi jej brak i nic na to nie poradzę. 

Ale oddaję Ci to, co mam – moją nędzę, moje cierpienie i tę słabość, która mnie niepokoi, a którą na pewno widzisz, i beznadziejność, i ten szalony wstyd. 

Moje zło, tylko zło… I moją nadzieję! To wszystko”.(…)

„-Oto jestem Mój Boże, szukałeś mnie ? Czego ode mnie oczekujesz ? Nie mam Ci nic do zaoferowania. Od naszego ostatniego spotkania nie zrobiłam nic co mogłabym Ci dać. Nic… żadnych dobrych uczynków. Byłam zbyt zmęczona. Nic, żadnego dobrego słowa. Byłam zbyt smutna. Nic poza obrzydzeniem do życia, znudzeniem, bezpłodnością.
– DAJ  MI  JE
-Pośpiech każdego dnia, oczekiwanie tylko aż się skończy, bez zrobienia niczego pożytecznego, pragnienie wytchnienia daleko od obowiązków i tworzenia nowych rzeczy, oderwanie od pracy i niechęć do Ciebie, mój Boże
-DAJ  MI  JE
-Otępiała dusza, wyrzuty sumienia z powodu braku działania, bezczynność silniejsza niż wyrzuty sumienia
-DAJ  MI  JE
-Kłopoty, zniechęcenie, wątpliwości
-DAJ  MI  JE
-Panie chcesz jak śmieciarz pozbierać odpady i nieczystości. Co z nimi zrobisz ?
-ZBUDUJĘ KRÓLESTWO NIEBIESKIE”

 

(cytaty zaczerpnięte z książki: Ladislaus Boros, Doświadczenie Boga, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1983, s. 82-25) 

 

 

 

 

comments

Leave a Comment