Redakcyjny anioł

Mało kto wie, ale duża część czytających „Tygodnik Powszechny” nie zaczynała lektury nowego numeru od felietonów Stefana Kisielewskiego, ale raczyła się wyborem wiadomości ze świata przygotowanych przez Krzysztofa Kozłowskiego (niestety często przy narzuconej współpracy z cenzorem). W Obrazie Tygodnia wielokrotnie znajdowały się informacje wskazujące na wyrafinowane poczucie humoru późniejszego ministra. czytaj więcej…

Życie nienudne

Rozmowa Michała Komara z Krzysztofem Kozłowskim jest ważnym zapisem historii polskiej inteligencji XX wieku. Dzieje rodziny wieloletniego redaktora „Tygodnika Powszechnego” obejmują istotne wydarzenia zarówno z XIX-wiecznej,jak i współczesnej historii Polski. Losy bohatera wspomnień wskazują tylko na konsekwencje obranej przez niego drogi intelektualnej, która nie pozwalała mu na zakwestionowanie sensowności własnego zaangażowania. czytaj więcej…

Witaj smutku

Witaj smutku – z KRZYSZTOFEM KOZŁOWSKIM, o 35 latach przyjaźni i współpracy z Kisielem, rozmawia Anna Mateja

ANNA MATEJA: Powiem to sama, bo wiem, że nie znosisz patosu: Kisiel kochał Polskę.

KRZYSZTOF KOZŁOWSKI: Stefan był chory na Polskę… W „Dziennikach” wścieka się na ten kraj, na głupotę, zakłamanie, frazesy. Miota się, że znowu nie przyznano mu paszportu – widać, że dusi się w Polsce Gomułki czy Gierka. Ale na emigranta się nie nadawał, źle się czuł nawet w ulubionym Paryżu. Miałem okazję go tam przyobserwować – widziałem smutnego, ponurego człowieka, idącego samotnie ulicami… Co prawda publikował u Giedroycia, ale emigrantów, ani charakterystycznego dla wielu z nich bogoojczyźnianego myślenia, nie znosił.
Właśnie dlatego, że miał do swojej ojczyzny tak uczuciowy stosunek, ostro irytował się na to, co mu się w niej nie podobało. W podobnie wymagający sposób traktował ludzi sobie bliskich.

„Turowicz chcąc reformować katolicyzm na modłę zachodnią nie rozumie, że tu jest Wschód. (…) Biedny głupi Jerzy – wpatrzony w Zachód, a tkwiący na Wschodzie. A tymczasem »Tygodnik« rozłożył – niech go diabli!”. Tego rodzaju zdania z „Dzienników” to wyznania miłości?

Na początek uwaga na temat niewybrednego języka, jakim Kisiel swobodnie się w „Dziennikach” posługiwał: zapewniam wszystkich zniesmaczonych, że to kaszka z mlekiem w porównaniu z tym, co Kisiel potrafił. Wiem, o czym mówię, ponieważ nie raz byłem wysyłany przez „Tygodnik” dla mediacji z Kisielem. Ale mimo to…

Współczesnym trudno zrozumieć, jak głęboko w niektórych ludziach siedział i ten kraj, zwany Polską, i Kościół, i przyjaciele. A to jest właśnie przypadek Kisiela, bo jego miłość do „Tygodnika” była w moim przekonaniu bezsporna – gdyby było zawsze tak źle, jak to momentami opisuje przez dwanaście lat prowadzenia „Dzienników” – nie wytrzymałby z nami prawie pięciu dekad. Mimo, że ostatnią stronę w „Tygodniku” ze swoim felietonem traktował jak własne państewko, czy wręcz „osobny organ prasowy” do niego należący, nie mógł przeboleć, że w jego piśmie ludzie, których uważa za przyjaciół, publikują teksty głupawe czy nudne. Po prostu: róbcie, co chcecie, ale wara mi tutaj pisać byle co!

Tekst „Kryzys w Kościele” Jerzego Turowicza z 1969 roku nie był ani głupi, ani nudny, a jednak Kisiel (pod pseudonimem Julia Hołyńska, bo obowiązywał wtedy zapis cenzury na jego nazwisko i teksty) napisał: „Chyba nie jest najbardziej palącą potrzebą publicystyka religijna o charakterze elitarnym, nie związana z życiem religijnym kraju nad Wisłą i Odrą, a swym zapatrzeniem na Zachód pomniejszająca czy ignorująca nasze polskie problemy i warunki?”.

Według Kisiela rozprawianie o zmianach soborowych w polskim Kościele – które oznaczały, np. kolegialne, przez wszystkich biskupów a nie tylko przez Prymasa, podejmowanie decyzji, dopuszczanie świeckich do współdecydowania o Kościele, realizację tzw. opcji na rzecz ubogich – uważał za błąd. W jego przekonaniu Kościół, „rozwodniony przez »liberalizację«”, jaką mogły wprowadzić zmiany soborowe, nie poradzi sobie w państwie, które traktuje Kościół jak wroga i nie pozwala mu swobodnie realizować jego misji. Kisiel uważał więc tzw. katolików otwartych niemalże za „pożytecznych idiotów”, którzy soborowym nowinkarstwem demontują Kościół, niemalże ręka w rękę z komunistami.

Tymczasem dla Jerzego Turowicza Kościół był siłą polityczną jedynie w specyficznych polskich warunkach. Nade wszystko jednak był jedną z najważniejszych spraw w życiu wierzącego człowieka, któremu nie mogło być obojętne, że ludzie stają się „letnimi katolikami” (to polska bolączka) albo odchodzą z Kościoła, gdzie indziej szukając odpowiedzi na trapiące ich problemy (przypomnijmy sobie wrzenie lat 60. na świecie!); że to jest Kościół, który niewłaściwie odnosi się do wyznawców innych religii i niewierzących, któremu nieobcy jest antysemityzm, obecny choćby w tekstach liturgicznych.

I na to wszystko Kisiel zdaje się mówić: „najpierw musimy sobie poradzić z komuną”. Tyle, że nikomu się nie śniło, że komuna skończy się za jego życia! A jeśli zależało nam w „Tygodniku”, by Kościół nie przestał być oparciem dla ludzi myślących krytycznie wobec systemu, trzeba było zabiegać o to, by ludzi od siebie nie odpychał, choćby intelektualistów czy ludzi poszukujących. Bo każdy był jednakowo ważny.

Kto tego nie rozumie – a czytając „Tygodnikowy” dodatek „Intelektualiści po 1945” z października 2010 roku, przekonałem się, że nie rozumieją tego nawet niektórzy współpracownicy obecnego „Tygodnika Powszechnego” – i uważa, że popieranie przez Turowicza oraz dawny „TP” zmian soborowych de facto umacniało system komunistyczny, wyrządza Jerzemu wielką krzywdę.

Kisiel i „Tygodnik” różnili się w pojmowaniu roli Kościoła zasadniczo, ale redakcja list opublikowała.

Bo różnić się w poglądach to nie zbrodnia. Poza tym wiedzieliśmy, że Kisiel jest prędki do zrugania i nawet okrutnych kpin, ale też równie szybko złość mu mija.

Jednak w „Dziennikach” jak mantra powtarzają się wyrzekania, że „Tygodnik” nudny.

A ja powtórzę swoje: Kisiel tak miał, że jak kochał, to krzyczał – bo nie mógł ścierpieć, że nie jest tak, jak by być mogło. Jednocześnie przecież ten wybrzydzający na pismo Turowicza Kisiel, zdaje się „nie pamiętać”, że szaleje cenzura, na wiele tematów pisać nie można, a wielu autorów – w tym on sam w latach 1968-70 – z powodu tej samej cenzury, która wykonywała polecenia ówczesnych władz, na jakiekolwiek łamy wstęp ma wzbroniony.

Ale czasami coś Wam się jednak udawało. W roku 1967, w felietonie „Moje zdziwienia”, Kisiel pisze: „Co byście powiedzieli, przeczytawszy ni z tego ni z owego artykuł ciekawy, oryginalny, o własnym, niebanalnym spojrzeniu na wielokrotnie poruszane już sprawy? I to gdzie – na pierwszej stronie »Tygodnika Powszechnego«?! Niewiarygodne – powiecie. A jednak ja taki artykuł znalazłem: tytuł jego »Gdzie się kończy Europa?«, autor…

Nie kończ. Kisiel słabo znał się na ludziach.

Krzysztof Kozłowski, który z grupą polskich dziennikarzy jeździł niedawno po Francji. Twierdzę, że tak interesującego, nieszablonowego, indywidualnie bystrego artykułu o Francji de Gaulle’a od dawna nikt w Polsce nie napisał (co nie znaczy, że we wszystkim z nim się zgadzam). A więc talent publicystyczny marnował nam się niepotrzebnie w pracy redakcyjnej, zamiast uprawiać właśnie tę tak w »Tygodniku« brakującą publicystykę. Hut ab, meine Herren! (kto i o kim to napisał, przypomnij, Drogi Koteczku?)”.

Mówię, że się nie znał, tym bardziej, że potrafił być niecierpliwy w sądach i działaniu, niewielu ludziom ufał. Co miało swoje konsekwencje, bo w efekcie nie miał się kogo radzić, np. w ’56 roku przebierał nogami, jak tylko pojawiła się nadzieja na zmiany polityczne, by się zaangażować, bo, jak wiadomo, bierni nie mają racji. Uważał, że Stanisław Stomma i Turowicz nie będą jednak dość obiektywni w ocenie jego zamierzeń, więc poradził się innego przyjaciela, dyrektora Państwowego Wydawnictwa Muzycznego z Krakowa, Tadeusza Ochlewskiego. „Spokojnie, nic nie rób, samo cię wyniesie” – usłyszał Kisiel i, na szczęście, jego posłuchał. Po wyborach w styczniu ’57 roku został posłem Koła Znak. Jako poseł też był, oczywiście, nieprzewidywalny, m.in. czytał projekty ustaw przed głosowaniem.

Rzeczywiście ekstrawagancja.

W jednym z projektów wytropił, że dawne mienie Kościoła niemieckiego na ziemiach zachodnich i północnych ma przejść na własność Skarbu Państwa, a Kościół polski ma je tylko użytkować. I na zebraniu posłów Koła Znak Kisiel powiedział: „Będę głosował przeciw tej ustawie”, na co pozostali posłowie Koła pytają, dlaczego… „A bo ją przeczytałem” i wyjaśnił w czym rzecz. Ostatecznie wszyscy zagłosowali przeciw, a 10 tys. nakładu „Tygodnika” poleciało. PZPR miała miażdżącą przewagę w Sejmie, najważniejsze decyzje i tak zapadały w KC, ale zagłosowanie „przeciw” było traktowane podejrzliwie jako źle widziany wybryk, stąd natychmiastowa kara dla środowiska.

Kisiel był posłem tylko dwie kadencje: w latach 1957-65. Nie interesowała go następna, a Zenon Kliszko miał powiedzieć, że nie będzie go prosił o ponowne kandydowanie. Zdaje się, że władza odetchnęła z ulgą.

Kisielewskiego nie deprymowała chyba żadna władza ani osoba. Ks. Adam Boniecki wspomina wizytę Kisiela u Jana Pawła II. „Wszystkim zadaję to pytanie” – rozpoczął Kisiel. „Papież jest za czy przeciw zjednoczeniu Niemiec?”. Jan Paweł II już nabrał powietrza, by odpowiedzieć, po czym wybuchnął śmiechem, w porę zorientowawszy się, że jemu na prowokacyjne pytanie Kisiela odpowiadać nie wypada. Felietonista wręczył mu też „Tygodnik” ze słowami: „Krytykuję Papieża”.

Mam w oczach sytuację, kiedy Kisiel jednak się rozkleił w obecności Jana Pawła II. To był czerwiec ’79 – pierwsza wizyta Papieża w Polsce; redakcja „Tygodnika” czekała w przedsionkach krakowskiej kurii na spotkanie. Czuliśmy się swobodnie, nawet dowcipkowaliśmy. W pewnym momencie jednak otworzyły się drzwi, w których pojawił się Papież i… rozległ się łomot. Ustało na nogach dwóch-trzech. Reszta, łącznie z Kisielem, znalazła się na kolanach. Witając się z Papieżem, Kisiel w dalszym ciągu klęczał na jedno kolano, jedną rękę wyciągał do przywitania, drugą podawał pierwszy numer „Respubliki”. Obiecał bowiem jego redaktorom: Wojciechowi Karpińskiemu i Marcinowi Królowi, że przekaże Papieżowi podziemne pismo polskich liberałów.

A sam jakie miał poglądy polityczne? Bo wydaje się, szanując rzecz jasna dorobek Kisiela jako kompozytora i felietonisty, że był przede wszystkim „zwierzęciem politycznym”. Gdyby była inna Polska, a nie PRL…

Nie wiem, czy odnalazłby się w niej tak łatwo. Kisiel miał duże ambicje polityczne, ale mniejsze zdolności, z racji swojego charakteru i nieumiejętności pracy z innymi. A polityki nie robi się w pojedynkę, bo jest nieskuteczna. Gdyby jednak chcieć zaszufladkować Kisiela, wystawałby z każdej przegródki politycznej: i liberałów, i konserwatystów… Jedną z jego miłości był socjalizm, z którym był powiązany rodzinnie.

Ojciec, Zygmunt, był społecznikiem i przedwojennym działaczem PPS. Matka, Salomea z domu Szapiro (ciotka Hanki Sawickiej), współzakładała ZNP.

Otóż właśnie. Dlatego tak alergicznie Kisiel reagował na komunę, która z ideałów socjalizmu robiła karykaturę. Do socjalistycznych powiązań trzeba dołożyć pozytywistyczne korzenie, bo Kisiela poglądy polityczne wyrastają właśnie z XIX-wiecznego pozytywizmu, nie romantyzmu.
Nie bez racji podkreśla się, że i Stomma, i Kisiel reprezentowali neopozytywizm polityczny, a więc starali się prowadzić realną politykę w oparciu o takie warunki, jakie są. Taką drogą, a nie np. powstań zbrojnych dobijać się do niepodległości i wolności. Nie miało to nic wspólnego z romantycznymi uniesieniami, stąd krytyka Stommy wobec Powstania Styczniowego, a Kisiela wobec Powstania Warszawskiego, zamieszczona w „Tygodniku” rok po jego wybuchu. Trzeba jednak przypomnieć, że kiedy rozpoczęły się walki w sierpniu ’44 roku Stefan poszedł na barykady i został ranny.

Kisiel – tak samo jak inni przedstawiciele pokolenia, które urodziło się w ostatnich latach zaborów lub pierwszych wolnej Polski – był naznaczony lękiem o Polskę. Dane im było przeżyć cud – dosłownie: „ni z tego, ni z owego, była Polska na pierwszego”… Za ich życia powstawała II Rzeczypospolita, a potem wszystko się skończyło w ciągu zaledwie kilku tygodni kampanii wrześniowej. Ich „choroba na Polskę” nie brała się więc z niczego, a paraliżujący lęk, by Polska znowu nie okazała się państwem sezonowym, stale im towarzyszył. Tacy, jak Kisiel czy Stomma starali się zrobić ile można w takiej Polsce, jaka była, bo dla nich rzeczywistość ograniczonej wolności była zadaniem na dziś – dużo pilniejszym, niż rozpamiętywanie radości z „odzyskania własnego śmietnika”.
Dzisiaj istnienie własnego kraju wydaje się tak oczywiste, że trudno nam zrozumieć ich zabobonne myślenie. Tymczasem Kisiel pesymistycznie oceniał szanse Polski na przyszłość. Wierzył, oczywiście, że kiedyś tam kraj odzyska niepodległość, ale na pewno nie za jego życia.

Dlatego nie wierzył w „Solidarność”, nawet w ’89 roku?

Uważał, że nie ma programu gospodarczego, popiera tylko swoich, a przede wszystkim bał się populizmu, który wychodził później z „Solidarności” różnymi porami. Wobec ustaleń Okrągłego Stołu zachowywał daleko posuniętą ostrożność, Wałęsa nie przekonywał go jako przywódca. Dla kogoś, kto jak on wytrwale tłumaczył w latach 80., że powinny powstawać małe knajpki, sklepiki i inne podmioty drobnej działalności gospodarczej, by obudzić w społeczeństwie ducha kapitalizmu, powstanie demokratycznej III RP było zaskoczeniem.

Był Kisiel mieszanką różnych poglądów politycznych, tak jak różnych miał przyjaciół. W jego obszernym mieszkaniu przy Szucha w Warszawie spotykało się m.in. Henryka Krzeczkowskiego, Władysława Bieńkowskiego…

Dyrektor Biblioteki Narodowej w latach 1949-59, wcześniej minister oświaty, do ’70 roku – członek PZPR.

Tomasza Wołka, Zygmunta Mycielskiego, wspomnianych Karpińskiego i Króla, Aleksandra Halla, a nawet twórcę pierwszej w powojennej Polsce dywizji spadochronowej gen. Józefa Kuropieskę. Pani Lidia przygotowywała coś do zjedzenia, chętnie siadywała z gośćmi, Stefan wyciągał kieliszki.

Jak pani Lidia znosiła to wszystko? Wybuchy złości męża, jego alkoholizm?

Ponieważ kochał, zachowywał się szorstko. Do Lidii zwracał się per „Krowo”, ale na niej nie robiło to żadnego wrażenia. Wiedziała, jaki jest – gdyby zareagowała, Stefana tylko by to podkręciło. A ona była cierpliwa, dyskretna – niezwykła kobieta.

Japońska żona.
Zmarli prawie w tym samym czasie: Lidia w czerwcu 1991 roku, Stefan trzy miesiące później. Szczęśliwe związki tak mają.

W ’57 roku wybuchła awantura o „Sprzysiężenie” – rzekomo pornograficzną powieść „katolickiego posła ziemi wrocławskiej”, jakim wówczas był Kisiel. „Tygodnik” ratuje z nim współpracę za cenę druku oświadczenia, w którym pisze m.in. że Kisiel nie miał prawa wznawiać powieści, „jak długo reprezentuje społeczność katolicką” i należy do „TP”. W liście do Zbigniewa Herberta z 10 lutego 1958 roku Turowicz tłumaczy, że zrobił to nie tylko dlatego, że Kisiel to świetne pióro, ale „dlatego, że K. to – choć wariat – mądry człowiek i odważny, który ma wiele do powiedzenia i trzeba, żeby to mówił, a poza tym – choć wiele nas dzieli i różni, jest nam ideowo bliski. Zresztą co tu dużo gadać, szliśmy z nim razem 12 lat niełatwych, jakżeż się rozstawać?”.
W ’89, choć mieliście za sobą 44 niełatwe lata, jednak się rozstaliście.

Sam go wyrzuciłem, jak się dowiedziałem z tekstu Romana Graczyka, opublikowanego w lutym 2010 roku w „Rzeczpospolitej”.

Wycięliście Kisielowi fragment felietonu, o czym powiedzieliście mu post factum. Ale decydująca była chyba różnica w ocenie „Solidarności” i nadziei na zmiany. To dlatego pod felietonem z 28 maja ’89 roku redakcja, nie zgadzając się z Kisiela oceną „Solidarności”, zamieściła dopisek, który kończył się słowami: „Walczyłeś Kisielu tyle lat samotnie i dziś trudno Ci zrozumieć tych, którzy chcą być razem”. A w jednym z następnych numerów Roman Graczyk, wówczas sekretarz redakcji „Tygodnika”, zamieszcza obok felietonu Kisiela list, w którym pisze m.in. „Kisiel należy do tych autorów, którzy nigdy nie zmieniają poglądów. Dlatego nie liczyłem, że je zmieni pod wpływem mojego skromnego tekstu (»Nie ma wolności bez Solidarności«, »TP« nr 23/1989). Z tego też powodu wszelką polemikę z nim uważam za zajęcie w najwyższym stopniu jałowe”.
Po przeczytaniu wszystkich tekstów trzeba powiedzieć, że obie strony nie oszczędzały się w prawieniu sobie na łamach złośliwości. Ostatecznie, tydzień po drugiej turze wyborów kontraktowych, Kisiel drukuje w „Tygodniku” ostatni felieton.

Rozstał się z nami, ale też z felietonem, jako gatunkiem, bo we „Wprost” pisywał teksty publicystyczne. W politykę się nie zaangażował, uważając, że jest na to za stary.

Pełniłem nie raz funkcje pojednawcze między Kisielam i „Tygodnikiem”, a w tamtym momencie nie tyle zabrakło nam cierpliwości, ile czasu, by spokojnie pogadać. Historia zerwała się z łańcucha i wszystko przyspieszyło: Okrągły Stół, kampania wyborcza, wybory, potem parlament, rząd etc. Zabrakło czasu dla „Tygodnika”, dla przyjaciół. Zapłaciliśmy za to cenę nieprawdopodobnie wysoką.

Nie sprawdziłem się także jako listonosz, bo nie zdążyłem doręczyć Kisielowi listu od Turowicza. Jakieś głosowanie w Senacie uznałem za pilniejsze, a jak już pojechałem do szpitala na Banacha, gdzie leżał Stefan, zderzyłem się z ekipą reanimacyjną… List mogłem już tylko wręczyć jego młodszemu synowi, Jerzykowi.

Wróciłem do Senatu. Posiedzenie trwało dalej. Przewodniczyła wicemarszałek Zofia Kuratowska, szefowa oddziału, na którym leżał Stefan.

„Za późno wziąłem się do pracy” – pisał Kisiel 9 marca 1969 roku. „To te głupie felietony i polityka mnie zjadły. A przecież »miałem tylko jedno życie«”.

Przed wojną studiował filozofię i polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, a w Konserwatorium Warszawskim uzyskał dyplomy z fortepianu, kompozycji i teorii muzyki. Publikował w „Buncie Młodych” i „Polityce”, komponował, otrzymał świetną posadę w Polskim Radiu. Był wybitnie uzdolniony, świat stał przed nim otworem… A potem przyszła wojna i wszystko się rozsypało. Przeżył koszmar kampanii wrześniowej i okupacji. Zdawał sobie sprawę, że w takiej Polsce jaka nastała po wojnie marne ma szanse na udane życie. I rzeczywiście: za tekst „Czy muzyka jest niehumanistyczna?” usunięto go z Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Krakowie, zamknięto mu „Ruch Muzyczny” – pismo, którego był redaktorem naczelnym. Później też nie było łatwo: nie wykonywano jego utworów, borykał się z cenzurą. Ostatecznie został zapamiętany jako najlepszy felietonista PRL-u, a na tym zależało mu najmniej.

Niespełnienie Kisiela to nie była taka sobie ambicyjka; on czuł w sobie ogromny potencjał – i kompozytorski, i literacki – którego tamten kraj i warunki nie pozwoliły mu zrealizować. Trudno wymagać od ludzi, by mając taką świadomość reagowali na to, co się dzieje bez żółci, z optymizmem albo chociaż z umiarkowaniem, i zawierzali każdej nadziei.

Dla Ciebie Kisiel jako prześmiewca i trefniś to tylko poza?

Stefan był człowiekiem głęboko smutnym. Ten stan nie wynikał z bieżących zmartwień, to był smutek egzystencjalny. Wszystko inne to była maska, gra, sposób na przeżycie. Wbrew pozorom Stefan był człowiekiem nieśmiałym i łatwym do zranienia, więc żeby jakoś się przed światem osłonić, wygłupiał się, opowiadał lepsze lub gorsze kawały, kpił.

Tragiczna śmierć syna, wybitnie uzdolnionego pianistycznie Wacka, w lipcu ’86 roku była z kolei tego rodzaju doświadczeniem, wobec którego można już było tylko milczeć. Stefan nigdy zresztą do tego nie wracał, jakby Wacka w ogóle nie było.

Kisielewski całe życie starał się iść pod włos, nawet tytuły cykli jego felietonów o tym komunikują: „Pod włos”, „Bez dogmatu”, „Wołanie na puszczy”, „Widziane inaczej”, „Sam sobie sterem…”. Nie chciał się z nikim fraternizować, ale z drugiej strony…

Poczucie samotności było u niego dojmujące. Nie jestem pewien, czy tak właśnie chciał. Ale czy w życiu naprawę wszystko się świadomie wybiera? Tak po prostu wyszło.

Stąd alkoholizm? Opisał zresztą swój nałóg w książce „Miałem tylko jedno życie”, którą wydał pod pseudonimem Teodor Klon.

Chyba tak. Najwstrętniejszą metodologię picia wódki poznałem właśnie dzięki Kisielowi. Otóż PRL miał różne metody walki z narodowym opilstwem: a to sprzedawano wódkę na kartki, a to tylko z zakąską, a kiedy indziej wolno było podawać alkohol tylko w małych kieliszkach. Zamiast setki lądowała więc przed konsumentem dwudziestka piątka. Kisiel zamawiał kolejne wódki i ustawiał kieliszki na stoliku; gdy doszedł do dziesięciu, prosił o szklankę do piwa. Po czym wlewał do niej wszystkie dziesięć kieliszków, a następnie w sposób mało elegancki, właściwie odpychający, siorbał odpowiednio głośno wódkę z kufla.

Nie można zrozumieć PRL-u bez Kisiela?
Jeżeli cokolwiek zrozumiałem z systemu, w jakim żyłem przez większość swojego życia, to stało się to w ciągu dwóch dni marca ’68 roku – po tym jak Stefana pobili „nieznani sprawcy”, bo na posiedzeniu Związku Literatów Polskich nazwał cenzurę „dyktaturą ciemniaków”, co władza wzięła do siebie. W loży prasowej Sejmu słuchałem Jerzego Zawieyskiego, który wygłaszał z mównicy, że razy, które spadły na Stefana Kisielewskiego, spadły na kulturę polską. Potem słuchałem rechotu Gomułki i towarzyszy, jaki odezwał się w odpowiedzi, oraz niezrażonego Zawieya: „Tu płakać trzeba, a nie śmiać się…”. Koło Poselskie Znak – „resztówka polskiej reakcji”, jak się wówczas dowiedziałem – przez to, że złożyło interpelacją poselską w obronie pałowanych studentów, stało się zwierzyną łowną. Polowanie na nas, w tym na Kisiela, miało odwrócić uwagę od tego, co wówczas było największą tragedią: od bitych na Krakowskim Przedmieściu studentów.

Rozmawiała: Anna Mateja

STEFAN KISIELEWSKI (1911-91) był kompozytorem, pisarzem i felietonistą. Związany z „Tygodnikiem Powszechnym” w latach 1945-89. Następnie został publicystą tygodnika „Wprost”, który do dzisiaj przyznaje nagrodę jego imienia.

KRZYSZTOF KOZŁOWSKI (ur. w 1931 r.) jest doktorem filozofii. W latach 1956–2007 redaktor „Tygodnika Powszechnego” (wieloletni zastępca redaktora naczelnego, Jerzego Turowicza). Był m.in. ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

Zobacz także:
Kisiel, którego nie znałam

Felietony i teksty Kisiela:
Orgia pytań

Felieton megalomański

Historia tubki z klejem

Moje typy

O Gombrowiczu żałosnym i Hannie Malewskiej w Londynie

Kozłowski: Nielekkomyślny pozytywista

Urodzony na Litwie i przez szereg lat obywatel niepodległej Litwy, studiujący równocześnie prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, członek elitarnej grupy wychowanków tej uczelni, zaangażowany w katolickiej młodzieżowej organizacji „Odrodzenie” a później w wojenną konspirację wileńską. Z czasem ukrywa się na terenie Generalnej Guberni, jest żołnierzem AK w puszczy kampinoskiej a po wkroczeniu Armii Czerwonej osiada w Krakowie. Początkowo alumn seminarium duchownego wkrótce staje się jednym z założycieli i filarów „Tygodnika Powszechnego”, współtworzy wraz z Jerzym Turowiczem, Antonim Gołubiewem, Stefanem Kisielewskim, Jerzym Zawieyskim, Jackiem Woźniakowskim Zofią Starowiejską-Morstinową, Hanną Malewską i Józefą Hennelową trzon środowiska ukształtowanego wokół tego pisma.

czytaj więcej…