Krzysztof Kozłowskiego Historia z konsekwencjami

Osoby, które były blisko środowiska „Tygodnika Powszechnego”, które wiedziały jak funkcjonowała jego redakcja, kto był w niej ważny, kto określał linię pisma, są zapewne zdziwione jak bardzo mało znana jest postać Krzysztofa Kozłowskiego. Nawet stali czytelnicy, nie mający jednak większego pojęcia o redakcyjnej kuchni, raczej niewiele wiedzieli kim jest. Szerzej objawił się opinii publicznej dopiero wtedy, gdy po Czesławie Kiszczaku objął urząd Ministra Spraw Wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. czytaj więcej…

Więc tutaj nie było wątpliwości…

Krzysztof Kozłowski i członkowie Klubów „TP” Łukasz Dulęba, Filip Biały, ks. Andrzej Perzyński, ks. Arkadiusz Lechowski

To, co mówiąc górnolotnie, w danym momencie jest dobre dla Polski, jest fatalne dla „Tygodnika Powszechnego”. I odwrotnie: w złych czasach „Tygodnik” kwitł – mówił Krzysztof Kozłowski w rozmowie, którą przeprowadziliśmy z nim w 2008 r. Jej fragment publikujemy dziś po raz pierwszy. czytaj więcej…

Przyjaciel i nauczyciel

Nie umiem pisać o Krzysztofie Kozłowskim w sposób nieosobisty. Zabrzmi to pewnie w uszach wielu jak swoista uzurpacja, skoro słowa te przelewa na papier człowiek zbyt młody, , najzwyczajniej będący na tym świecie zbyt krótko i niezbyt dobrze znający byłego zastępcę redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”, i Ministra Spraw Wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Cóż jednak poradzić, kiedy po wielu przemyśleniach, analizach a także poszukiwaniach słów najlepszych i najstosowniejszych uznałem, że tylko w ten sposób ten artykuł rozpoczynając zrobię to w pełni szczerze i uczciwie, tak względem Pana Krzysztofa, jak i Czytelnika. czytaj więcej…

Wdzięczność

To może nawet i dobrze, że właśnie w tygodniu wielkanocnym, w którym odżywa cały wymiar i pociecha zmartwychwstania, żegnamy Krzysztofa Kozłowskiego – jednego z ludzi, którym „Tygodnik Powszechny” zawdzięcza to, czym był przez długie lata (i niech by tak było dalej). Chyba trochę łatwiej pogodzić się z utratą, która nie jest na zawsze, a także odnaleźć w spotkaniu dokoła Zmarłego tę więź „Tygodnikową”, którą koleje losu wiele razy nadszarpywały, ale przecież nie zdołały jej zniszczyć. Wszyscy, którzy pamiętają, ile mu zawdzięcza pismo i cały wielki prąd obywatelski, który doprowadził do odzyskania wolnej Polski, będą mogli w piątek, 5 kwietnia, na Salwatorze w Krakowie jeszcze raz przeżyć uczucie wyjątkowo ludzi ze sobą łączące: wdzięczność. Im mniej będzie przy tym słów, tym to uczucie może być głębsze i skuteczniejsze dla tego, co jeszcze będziemy robić.

I nie wydaje mi się, żeby była dysproporcja w tej pamięci, którą chcę tu dołączyć. Pamięci o wszystkich, którzy w święta wielkanocne szli komukolwiek z pomocą, której tak wielu potrzebowało: na drogach, w wędrówkach, w bezradności spowodowanej niedostatkiem, w domach tysiącami oraz dziesiątkami tysięcy pozbawionych prądu, a więc światła i ogrzewania. Myślę, że zawsze wtedy, w każdej mszy i pacierzu, powinni mieć miejsce ludzie z tych służb, które jadą, by ratować, naprawiać i pomagać. Zawsze napełnia mnie podziwem, że jest ich tak wielu i radzą sobie tak wspaniale, że każda bieda zostaje opanowana.

Dziękuję już czysto prywatnie za życzenia pod moim adresem; to naprawdę pocieszające poczuć się w Klubie „Tygodnika Powszechnego”, jak w domu przyjaciół.

Pożegnanie z Krzysztofem

Miał być list wielkanocny z życzeniami dla wszystkich czytelników „Tygodnika Powszechnego”. Ale po porannej wiadomości o odejściu Krzysztofa Kozłowskiego, pożegnanie z Nim jest sprawą, o której nie można nie myśleć. Straciliśmy Kogoś, kto po Jerzym Turowiczu najlepiej rozumiał „Tygodnik” i jego zadania dla Kościoła i Polski. Kto się napracował od 1956 roku w redakcji, w środowisku i w polityce, jak mało kto poza Nim. Kto był przyjacielem wielu z nas, a autorytetem dla wszystkich. Kto miał swoje tajemnice dotyczące najgłębszych przeżyć i przywiązań, o których czasem napomykał, najchętniej cytując wielkich pisarzy. Wtedy kilka słów nagle przywołanych było jak klucz otwierający Jego samego. Kronikarze powinni raz jeszcze przypomnieć całość Jego dokonań; tych, które ujęto w książkach Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki („Gliniarz z »Tygodnika«”, 1991; „Obywatel KK, czyli Krzysztofa Kozłowskiego zamyślenia nad Polską”, 2011), oraz wywiadzie-rzece Michała Komara („Historia z konsekwencjami”, 2009). Ja chciałabym jeszcze tylko dorzucić to, co najbardziej mną wstrząsało od przeszło roku: choroba Krzysztofa, złożona z wielu rozdziałów i trwająca od grudnia 2011 roku do dzisiaj, nie przeszkodziła mu w kierowaniu Fundacją Jerzego Turowicza, która kolejno upamiętniała różnymi działaniami stulecie urodzin Naczelnego „Tygodnika”. Wszystkim kierował Krzysztof, który przecież od początku choroby stracił wzrok, a nieraz był wyłączony, bo ciągle wracał do szpitala. Aż do ostatniej z Nim rozmowy podczas odwiedzin dostawałam od Niego jakąś dawkę mądrej refleksji o sprawach, dla których oboje pracowaliśmy. Tyle, że coraz bardziej dominował w tej refleksji spokój człowieka, który widzi, odczuwa i rozumie więcej niż ja. Jak Mu za to dziś podziękować?

A czytelnikom „Tygodnika” i członkom wszystkich Klubów „Tygodnika Powszechnego” na Święta Zmartwychwstania życzę jak największej dawki nadziei, cokolwiek jeszcze przyniosłyby nam dni najbliższe i późniejsze; dołączam także pozdrowienia.