Czy „Tygodnik Powszechny” ma być gazetą newsów, ścigającą się z innymi gazetami?

 Krakowski Klub „Tygodnika Powszechnego” zaprasza na spotkanie z redaktorem naczelnym Piotrem Mucharskim oraz prezesem spółki „Tygodnik Powszechny” Jackiem Ślusarczykiem, które odbędzie się w niedzielę 23 lutego, o godz. 17:00 w piwnicy kawiarni „Loch Camelot przy ul. Św. Tomasza 17. Spotkanie poprowadzi Stanisław Kracik.

Serdecznie zapraszamy!

Pogarda zamiast solidarności

Sama pisałam niedawno w „Tygodniku Powszechnym” (nr 6, 10 lutego 2013), dlaczego jestem przeciw stanowieniu instytucji pod nazwą: związki partnerskie. Powinnam więc przyjąć z aprobatą decyzję większości sejmowej odrzucającej z miejsca wszelkie projekty na ten temat. Ale to nie jest tak. Głosowanie w Sejmie tak naprawdę zupełnie nie zajmowało się perspektywami kulturowymi i ideowymi ewentualnego świata, w którym wszystko zostałoby pomieszane (jak zapowiada się, np. we Francji, a może i w Wielkiej Brytanii). Tak naprawdę było to głosowanie za postawą posłanki Krystyny Pawłowicz, czyli za osądem losu ludzkiego łamiącego ogólny porządek płci w sposób tragiczny. Los ten zdarza się, niestety, bez żadnej winy ludzkiej, a, jak się okazało, w imię wartości (?) powinien być nie tylko odrzucony, jako nie zasługujący na jakąkolwiek solidarność, lecz odrzucony z pogardą i ze wstrętem. Bo przecież szyderstwo publiczne z tego losu w telewizjach (nie wiadomo po co) pokazywane dziesiątki razy, to była najsilniejsza nuta w wystąpieniach pani poseł, wziętych w dodatku w obronę przez poważne gremium profesorskie w Poznaniu. Pojęcia nie mam, co dalej nastąpi, ale ten właśnie fakt każe czekać z niepokojem, bo nie widzę na razie odpowiedzi na pytanie, o co w ogóle chodziło uczestnikom tego zwycięstwa uznanego przez nich zdaje się za triumf moralny.

I jeszcze uwaga na marginesie najważniejszego w minionych tygodniach wydarzenia, to znaczy zapowiedzianej przez Benedykta XVI jego abdykacji. W jednym zgadzam się z krytykami reakcji mediów: było ich naprawdę o wiele za dużo, bo pisali i mówili ktokolwiek chciał, choćby nie miał nic do powiedzenia. Dlatego i na tym skromnym marginesie nie ośmielę się pisać cokolwiek w rodzaju komentarza. Nie mam za to wątpliwości, że z setkami milionów ludzi dzielę poczucie głębokiego przejęcia się tym, co przeżywa Kościół i potrzebą włączania do każdego momentu naszej modlitwy właśnie tej troski i tego, że dotyczy ona w tej chwili sprawy na miarę świata.

Wizerunek Kościoła w mediach – dyskusja

Klub „Tygodnika Powszechnego” w Poznaniu zaprasza na spotkanie „Medialne oblicze Kościoła – wierny portret czy karykatura?”, które odbędzie się we wtorek 26 lutego 2013 r. o godz. 19 w Cafe Misja (ul. Gołębia 1). O wizerunku Kościoła katolickiego w polskich mediach głównego nurtu dyskutować będą Tomasz Cylka („Gazeta Wyborcza”), Łukasz Kaźmierczak („Przewodnik Katolicki”) oraz redaktor naczelny Radia Emaus, ks. Maciej M. Kubiak. czytaj więcej…

Tytuł bez wartości

To już dawno przestało być śmieszne. Widzimy na ekranie ministra, który cztery razy powtarza tę samą informację i prawie ten sam komentarz. To są cztery ujęcia, ale nikt na to nie zwróci uwagi. Satyryczni dziennikarze dodają swoje ironiczne słówko o bezradności szefa resortu. I rzecz jasna udają, że nie wiedzą, iż to po prostu czterech ich kolegów w różnym czasie i miejscu zadało ministrowi podobne pytanie. Ma być śmiesznie i jest niby śmiesznie. Raz jeszcze udało się „przyłożyć” rządowi.

Jest w niedzielnej telewizji taki program, w którym pięciu opozycyjnych polityków przypada na jednego rządowego. Bardzo zadowolony z siebie gospodarz programu cieszy się razem z nimi, gdy kolejnym kwestiom towarzyszą wybuchy śmiechu. Repliki merytoryczne najczęściej kończą się wielogłosem przerywających, bo przecież nie o meritum chodzi. Chodzi o dobrą zabawę, tylko pytanie, czy ona jeszcze kogoś bawi.

Tadeusz Mazowiecki pisze w swoich wspomnieniach – „Rok ‘89 i lata następne”, że po 1989 roku prasa obawiała się najbardziej, żeby nie sekundować władzy, bo to był znienawidzony obowiązek prasy oficjalnej w PRL-u. Dzisiaj mam coraz częściej wrażenie, że ta reakcja zrozumiała wówczas, wcale nam nie przeszła, chociaż czasy są kompletnie inne.
Czasem w telefonach od widzów słyszę głosy zaniepokojenia, które świetnie rozumiem. Jeśli wyobrazić sobie Polskę jako statek płynący po wzburzonym morzu, który nie ma innego zadania, niż płynąć bezpiecznie i osiągać kolejne porty, to przecież oczywiste, że temu, kto stoi za kołem sterowym albo się pomaga, albo staje się nieodpowiedzialnym współpasażerem. Na cóż się komuś zda uciecha, że sternik nie jest ideałem? Tylko szaleńcowi. Jest takie pojęcie, jak „kierowanie z tylnego siedzenia”. Wiadomo, że bywa wręcz niebezpieczne i że tego robić nie należy. Tymczasem w sferze opinii publicznej coraz częściej mamy opozycję, która albo drwi, albo podnosi alarm polegający na obsypywaniu sterników emocjonalnymi epitetami. A nie słychać kontrpropozycji typu: lepiej będzie tak i tak, ani tym bardziej oferty pomocy. A przecież milionom Polaków na nic się zdadzą sceny takie, jak w Sejmie ostatnimi dniami, nie przydadzą się one ani lepszym szkołom, ani lepszym szpitalom, ani lepszym dojazdom do pracy… I jeszcze tysiącom spraw, które składają się na nasz dzień powszedni.

Okładka najnowszego numeru „Tygodnika Powszechnego” (nr 4, 27 stycznia 2013) wniosła na tę arenę opinii publicznej jeszcze jeden ton, którego pismo dotąd, jak mi się zdaje, nigdy nie miało. Okładka, i jeszcze artykuł wewnątrz numeru („Elegia na odejście” Michała Majewskiego), i jeszcze zdjęcie, i jeszcze tytuł w „Obrazie tygodnia”. To jest ton „religii smoleńskiej”. Od razu po pogrzebie nie pora na jakikolwiek komentarz. Pogrzebom należy się milczenie. Więc tylko jedna uwaga na temat ogromnego tytułu na okładce: „Matka polityka”. Polityk to tytuł, który sam w sobie nie zawiera żadnej wartości. Natomiast dzisiaj rodzi setki ciężkich pytań. Tytułem do chwały byłby tytuł: „Matka męża stanu”. Ale takie określenie przysługuje zazwyczaj po zamknięciu bilansu.

Lekcja mądrości

Niepamięć bywa błogosławiona. Goi rany z przeszłości, łatwiej pozwala przebaczać albo odzyskiwać zaufanie do bliźnich czy siebie samego. Ale ta sama niepamięć to kalectwo albo pułapka, gdy z przeszłości chcemy za wszelką cenę wyciągnąć, jak z banku, korzyści na przyszłość. Wtedy najczarniejszy obraz z wczoraj, potrzebny jak listek lauru na głowę, może prowadzić do nieprawdy.

Będę szczera: zupełnie nie rozumiem, dlaczego musieliśmy z takim natężeniem obchodzić 13 grudnia czyli 31. rocznicę wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Bo to było potrzebne nie tylko niektórym kręgom opozycji, czym się nie chcę zajmować. To było po prostu świętowanie, chociaż przecież ta data nie nadawała się do tego zupełnie. Przecież myśmy tutaj sięgnęli po tak mało fortunne zagrania, jak tak zwane rekonstrukcje z przebieraniem się w akcesoria tamtego dnia i powtarzaniem scen, które miały być pełne martyrologii, a były z konieczności tylko zabawą. Przecież rozpętano w mediach całą rzekę wspomnień, które okazywały się często konfabulacją. I nawet trudno mieć pretensje do dziennikarza, który dziś ma niepełną trzydziestkę, że np. nie wiedział, iż z internowania działacze Solidarności często wychodzili nie na wolność, lecz do więzienia kończącego się procesami. Wspomnienia ludzi rozciągały się od zupełnej czarności po naiwną nierealność. I jedyną możliwość zrozumiałego odniesienia do tamtego czasu – to znaczy skupioną pamięć o ofiarach, a także ludziach najbardziej zasłużonych – jak zwykle potraktowaliśmy prawie marginesowo.

Dlatego chciałabym przypomnieć ten zespół faktów związanych z tamtym rozdziałem historii, o którym ku mojemu zdumieniu nikt w tym roku nie powiedział ani słowa. Było bardzo dużo odniesień do autora stanu wojennego, pełnych nieukrywanej chęci jak najsurowszego wymierzenia kary bodaj dzisiaj. Był gorszący telewizyjny spór dokoła wiadomości o polityku odwiedzającym gen. Wojciecha Jaruzelskiego w szpitalu. Więc może przypomnijmy, że tuż po zawieszeniu stanu wojennego, w czerwcu 1983 roku Jan Paweł II odwiedził Polskę jeszcze pełną więźniów, a podczas tej wizyty nie tylko przyjął gościnę w Belwederze i wysłuchał przemówienia generała, na które odpowiedział punktując wszystkie swoje zatroskania o Polskę, ale także kilka dni później spotkał się z gen. Jaruzelskim na Wawelu, odbywając długą rozmowę w cztery oczy, której treści nigdy nie poznaliśmy. Dla nas była to przecież lekcja prawdziwej mądrości i powagi w odniesieniu do najtrudniejszych egzaminów.

Czy nie było lepiej dziś sięgnąć po tamte homilie i czytać je niekoniecznie w aurze rozkołysanych emocji, jakie np. towarzyszą manifestacjom ulicznym? Do życzeń składanych czytelnikom przed tygodniem, po wszystkich przeżyciach ostatnich dni, chciałabym dołączyć jeszcze to jedno życzenie: żebyśmy mogli lepiej obchodzić się z pamięcią i niepamięcią. Tym bardziej, że mamy, chociaż już po tamtej stronie, Nauczyciela i Mistrza.