Obietnica na przyszłość

Od dwudziestu lat nie ma między nami Jerzego Turowicza – wybitnego publicysty, redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego” w latach 1945–1999. Dzisiaj możemy wspominać, jaki był. Im bardziej wierne i rzetelne są te opowieści, tym bardziej istotne. Chodzi przecież o twórcę zespołu redakcyjnego, złożonego przede wszystkim z ludzi świeckich, który wziął odpowiedzialność za wydawanie pisma adresowanego do katolików świeckich, a służącego całemu Kościołowi powszechnemu. I to w Polsce powojennej, z jej wszystkimi tragediami i sprzecznościami, doświadczaniem zła nie dającego się z niczym porównać i nieustannym otwieraniem się na tajemnicę powołania. Czytaj więcej »

Zmiana zależy od nas

Czas i doświadczenia przerosły nas ponad wszelką miarę. Mamy za sobą pogrzeb prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Modlitwy i przemowy przy trumnie, a później przy urnie z prochami. Pożegnania i łzy tysięcy ludzi, którzy chcieli być obecni przy zmarłym do samego końca… Jeśli po tym tygodniu nie będziemy lepsi ani o jedno słowo, gest, przeżycie czy decyzję, nie będziemy mogli szukać winnych poza nami samymi. Czytaj więcej »

Błogosławieństwo milczenia

Tekst wiele zawdzięcza Autorce „Tu i Teraz”

Felieton Józefy Hennelowej poświęcony sztuce czytania nie milknie bez echa. Może to rezultat wyboru formy. W tekście stylizowanym na list familiarny, przesłanym przyjacielowi, pokrewnej duszy („Kochany Tygodniku…”) z okazaniem mu czułości i autentycznej troski wybrzmiewają zdania o pożytkach filologicznej pasji wgryzania się w sensy. Czytanie mieni się prawdą sceptycyzmu. „Czytam, dlatego pytam” – przywraca logikę zdaniu Hennelowa. Z woli Autorki tekst się nie domyka – pozostawiając czytelnika z wrażeniem ciszy, odgłosem „kontemplacji milczącej”. O czytaniu poezji jeszcze nie tu i nie teraz – napisze. Czytaj więcej »

To, co dobre

Zagęściło się od złych słów i złych myśli do tego stopnia, że po prostu w samoobronie odwracam się w poszukiwaniu czegoś dobrego, tak jak się ucieka z przestrzeni pełnej zaduchu. I nie muszę długo szukać, gdy z krakowskiego Klubu Inteligencji Katolickiej przychodzi hasło: „Zaczynamy od początku” – to tytuł wieczoru poświęconego wznowionej przez Znak książce Hanny Malewskiej „Przemija postać świata”.

Dyskusja i refleksja nad spojrzeniem na dzieje chrześcijaństwa w odległych wiekach, w których doświadczenie konfrontacji jego misji z wstrząsami wydarzeń historycznych było szczególnie przejmujące i do dziś dnia jest nam potrzebne w naszych rozterkach. Jak to dobrze, że Znak powrócił do obrony pamięci jednej z najcenniejszych pisarek; jak to dobrze, że w Klubie przy Siennej toczą się takie rozmowy. Samo hasło: „zaczynamy od początku” to właśnie wyzwanie mądrego optymizmu przeciw szaleństwom, od których dziś się roi.

I nie jest to wcale samotny wyjątek. Dopiero co przemknęła mi z jakiejś telewizyjnej dyskusji wiadomość o sesji w Gdańsku (wcale nie polityków), na której radzono na temat „Jak być dobrym?”. Tylko na chwilę otworzyłam w niedzielę radio na pierwszym programie i trafiłam na rozmowę o samotności w małżeństwie (tej chcianej i tej zagrażającej) tak ciekawą, że wysłuchałam jej do końca z wdzięcznością. Kiedy miałam dosyć niedzielnych ujadań na tematy polityczne – w każdym programie zapowiadanym jako dyskusja – przełączyłam się na audycję „Między niebem a ziemią”, żeby skupić się na serwisie informacji z Kościoła w świecie, a potem na zwierzeniach uczestników debaty o tym, jak każdy z nich rozumie i widzi swoje słowa wiary w Boga i Ojca. Jedyne, co mi przeszkadzało, to rodzaj pośpiechu, z jakim te zwierzenia czyniono – nie trzeba było długo słuchać, by zrozumieć, że uczestnicy mają po prostu bardzo mało czasu na tak ważną wymianę myśli.

Niedzielny program „Między niebem a ziemią”, tak jak i „Poranek familijny” w pierwszym programie PR, to najlepszy kontrargument dla nieprawdziwego hasła, że mamy w Polsce jedno jedyne medium katolickie. Oby tylko miały trochę więcej czasu na to, co robią, a zwłaszcza nie żałowały czasu na rozmowę, której wszyscy potrzebujemy. Nie byłoby też źle, gdyby więcej komunikatów na temat tego, co w Polsce jest dobre i ciekawe, a przede wszystkim tego co nam pomaga, mogło być propagowane nawzajem, choćby w sferze mediów katolickich. Niechby były przeglądy prasy, które nie pominą żadnego tytułu ze względów rywalizacji; niechby w „Tygodniku Powszechnym” kronika religijna powiększyła się, np. dwukrotnie, dzięki czemu sam dział „Kościół w Polsce” zawierałby wtedy więcej komunikatów tego wartych. Czy to są marzenia tylko moje własne?