UROCZYSTOŚĆ JEZUSA CHRYSTUSA KRÓLA WSZECHŚWIATA


„Piłat powiedział do Jezusa: Czy Ty jesteś Królem żydowskim? Jezus odpowiedział: Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie? Piłat odparł: Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił? Odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Piłat zatem powiedział do Niego: A więc jesteś królem? / Odpowiedział Jezus: / Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu.” 
(J 18,33b-37)

W więzieniu spędziłem ponad dwa lata. Jako kleryk, a później jako diakon pełniłem posługę w zakładzie karnym w Gębarzewie. Spotykałem tam różnych ludzi. Takich, którzy zmienili się na lepsze ale również takich, którzy pogrążyli się jeszcze bardziej w swoich egzystencjalnych perturbacjach. Poznałem też Waldka i Roberta. Spędzili w tym okrutnym miejscu kilka dobrych lat. Zapytałem ich z czym kojarzy im się wolność. „Zaświecić i zgasić światło wtedy, kiedy ja chcę, a nie wtedy mi każą. Wyjść na spacer, kiedy mam na to ochotę, a nie kiedy mi ktoś nakazuje. Usiąść do stołu z ukochaną osobą” – odpowiedzieli.

Dzisiaj, kiedy obchodzimy Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata, chciejmy zastanowić się nad królowaniem. Co to znaczy „królować”? Zajrzałem do słownika synonimów. Królować to: panować, rządzić, mieć władzę, sprawować kontrolę, gospodarować, nadzorować, być u steru, dzierżyć ster, stać na czele. Jaki to król, który nie spełnia żadnej z tych powyższych funkcji? Jakim królem był i jest Jezus? Do jakiego królowania nas zaprasza?

„Królować znaczy służyć” – mówi znane powiedzenie. Nie ulega to żadnej wątpliwości. Dzisiaj jednak chciałbym zastanowić się nad inną koncepcją królowania. Koncepcja ta mówi, że królować to znaczy być człowiekiem wolnym.

Jezus z Nazaretu był i jest Królem. Był i jest Królem, który nie spełnia standardów królowania rozumianego w sensie ludzkim. „Królestwo moje nie jest z tego świata” – deklarował. Jezus jest Królem doskonale wolnym. Jezus jest Królem, który nie chce ciemiężyć swoich poddanych. Jemu nie zależy na tym, żeby kierować naszym życiem. Nie zależy mu nawet, aby wszyscy w Niego wierzyli. Jemu zależy, abyśmy byli ludźmi wolnymi, abyśmy potrafili dostrzegać ukryte w naszych sercach dobro, abyśmy potrafili nasze życiowe porażki i błędy przemieniać w sukces, jak wielu więźniów, których spotkałem w zakładzie karnym.

Słowo Boże zachęca nas dzisiaj do refleksji nad naszą wolnością. Co to znaczy być człowiekiem wolnym?

Być wolnym to znaczy być prawdziwym, być sobą. Tylko prawda wyzwala, czyni człowieka wolnym.

2Być wolnym to nie być w żaden sposób przez nikogo ani przez nic do niczego przymuszanym. Być wolnym, to znaczy nie działać pod żadnym przymusem, czy to psychicznym czy emocjonalnym; nie pozwolić sobą manipulować. Dzisiaj ludźmi się manipuluje, narzuca niekoniecznie dobre wzorce wartościowania i działania. Ludźmi manipulują pracodawcy, politycy, fałszywi prorocy, ale chyba najbardziej media.

Być wolnym to kierować się określonym systemem wartości, być wiernym swoim ideałom, unikać konformizmu, czyli być sobą, być prawdziwym.

Bardzo istotna jest również wolność od posiadania. Człowiek wolny cieszy się z tego, co ma. Trudności nie sprawia mu dzielenie się swoimi dobrami z innymi ludźmi. Człowiek wolny nie obawia się, że może stracić swoje dobra materialne.

Bardzo ważna jest wolność od grzechu. Grzech zniewala. Czasami zniewala tak strasznie, że zamienia się w nałóg – alkoholizm, narkomania, nieczystość, uzależnienie od Internetu.

Dzisiaj – niestety – coraz więcej ludzi jest zniewolonych przez grzech. Być prawdziwie wolnym, to mieć pełnię władzy nad sobą w każdym wymiarze – cielesnym, psychicznym i duchowym. Takiej wolności życzę nam wszystkim. Być wolnym, to być królem własnego życia.

Waldek i Robert, o których wspomniałem na początku naszych rozważań są już na wolności. Są też ludźmi prawdziwie wolnymi. Są panami własnego życia.

Do takiego królowania zachęca nas dzisiaj Chrystus. Gdy natomiast ulegamy pokusie królowania na sposób tego świata, wówczas tak naprawdę stajemy się niewolnikami własnych planów, ambicji, pragnień, a nasze życie w konsekwencji może okazać się jedną wielką porażką.

O miłowaniu

XXXI Niedziela Zwykła
Mk 12,28b-34

Jeden z uczonych w Piśmie zbliżył się do Jezusa i zapytał Go: Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań? Jezus odpowiedział: Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jeden. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych. Rzekł Mu uczony w Piśmie: Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznieś powiedział, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary. Jezus widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: Niedaleko jesteś od królestwa Bożego. I nikt już nie odważył się więcej Go pytać.

Niecałe półtora roku jestem księdzem. Ten krótki czas był wystarczający, żeby znaleźć się w wielu pięknych i cudownych sytuacjach, ale również w wielu sytuacjach niełatwych i wyjątkowo trudnych. W tym czasie mogłem także poznać wielu ciekawych i wybitnych ludzi, świętych chrześcijan. Nie brakowało również spotkać z ludźmi – ujmijmy to delikatnie – dziwnymi.

Poznałem ludzi – biznesmenów „wierzących” i gorliwie „praktykujących” w każdą niedzielę, a nawet w tygodniu, którzy jednocześnie potrafili nie tylko niegodnie traktować swoich pracowników, ale wręcz ich prześladować i torturować. Poznałem „pobożne”, nobliwe i dostojne w swym wieku niewiasty, każdego dnia klęczące z różańcem w ręku, obecne na mszy św., które jednocześnie byłyby zdolne – gdyby je wyposażyć w kałasznikowy – dokonać rewolucji politycznej i rozstrzelać sprawujących władzę w Polsce w trosce o narodowo-katolickie ideały. Poznałem również mężczyznę, człowieka „na poziomie”, niezwykle religijnego, który każdego dnia był obecny w świątyni, pobierał nauki w domach formacji chrześcijańskiej i zakonach, a jednocześnie potrafił niszczyć swoją rodzinę, znęcać się psychicznie i fizycznie nad żoną i córką.

Z drugiej jednak strony, wśród moich znajomych są osoby, które uważają się za ateistów lub poszukujących Boga, które prowadzą życie prawe, etyczne, niezwykle uczciwe. Pewnego razu, kiedy znalazłem się w trudnej sytuacji życiowej, nikt z sióstr i braci w wierze nie wykazał żadnego zainteresowania, nie zaproponował pomocy, nie wsparł dobrym słowem, tylko mój znajomy – ateista, motywowany czysto ludzkim odruchem.

Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań? Słuchaj Boga, kochaj Go całym sercem, całą duszą, całym umysłem i ze wszystkich sił, a drugiego człowieka kochaj, jak siebie samego.

Pan Bóg zachęca nas dzisiaj do zadania sobie trudu refleksji nad miłością wobec Niego i drugiego człowieka. Zastanówmy się więc, jak wygląda to w naszym życiu. Nie w deklaracjach, chęciach i pragnieniach, ale w codziennej praktyce życia.

Co to znaczy słuchać Boga? To znaczy poszukiwać Jego woli na modlitwie, w słuchaniu Jego Słowa, które czytane w czasie każdej liturgii jest kierowane bardzo osobiście do Operators with no strong mobile.the-best-casinos-online.info presence should fear the outcomes of the 2012 Pew Internet study that demonstrated 31% of adult mobile.the-best-casinos-online.info internet customers – 17% of adult cell phone customers – consider their phones to become their primary approach to being able to access web-based services. każdego z nas i dotyka konkretnych sytuacji naszego życia. Słuchać Boga tzn. rozważać Ewangelię każdego dnia i zastanawiać się, co Bóg pragnie mi powiedzieć. Słuchać Boga tzn. patrzeć na wydarzenia naszego życia przez pryzmat wiary i odczytywać znaki czasu.
Co to znaczy miłować Boga? To nie jakaś wzniosła, abstrakcyjna idea, ale to również codzienna praktyka życia. Miłować Boga, to stawiać Go na pierwszym miejscu w swoim życiu, nawet przed samym sobą i innymi osobami oraz cenić Go bardziej niż wszystko inne na świecie. Kochać Boga to słuchać Go, wypełniać Jego wolę, czyli postępować tak, jak On chce. Kochać Boga, to uznać Go za Jednego Pana, nie kreować swoich własnych bogów i bożków. Kochać nie oznacza odczuć i emocji, ale oznacza przed wszystkim „być dla Boga”, „istnieć dla Niego”. Czy jesteśmy do tego zdolni? Własnymi siłami z pewnością tego nie dokonamy. Jedynie we współpracy z Bogiem możemy wydoskonalać się w miłości, a tym samym w świętości. Bóg wie, że jesteśmy za słabi, aby kochać Go doskonale. Miłość, podobnie, jak wiara jest procesem. Jedynym, który doskonale kochał Boga, był Jezus Chrystus. „Będziesz miłował Pana Boga swego” – czasownik „będziesz” oznacza tu nie tylko nakaz, ale też obietnicę, że tak będzie w przyszłości, jeżeli naprawdę o to się będziemy starać.

Z miłością Boga, nierozerwalnie wiąże się miłość bliźniego. Nie można kochać Boga, a jednocześnie nie darzyć miłością i szacunkiem drugiego człowieka. Niestety, nie brakuje wśród nas – ludzi wierzących – postaw schizofrenicznych. Tak wiele jest podziałów, podwójnej moralności, oddzielania sfery wiary od codziennego życia. Smutny to obraz naszego katolickiego, „wierzącego” społeczeństwa podzielonego na różnych płaszczyznach, skonfliktowanego. Coraz częściej uruchamiane są złe emocje i podsycana nienawiść. Natomiast kochać bliźniego, to widzieć w nim brata i siostrę, jako brata i siostrę go traktować. Tworzymy jedną wspólnotę, gromadzimy się na Eucharystii jako jedna rodzina, jako Kościół. Wszyscy jesteśmy przed Bogiem równi, jesteśmy Jego dziećmi. Zdarza się jednak, wcale nie tak rzadko, że opuszczamy mury świątyni i stajemy się dla siebie agresywni, zgorzkniali, wrogo nastawieni, rywalizujemy, poniżamy, wykorzystujemy jedni drugich. Tymczasem wystarczy niewiele – chociażby zwykły uśmiech, zamiast wzroku pełnego złości czy nienawiści.

Kochać Boga i kochać bliźniego, to znaczy kochać Kościół. Tak często jednak na Kościół patrzymy czysto po ludzku. Nie dostrzegamy, że to nasz dom i rodzina, ale widzimy w nim przede wszystkim instytucję. Tymczasem Kościół to ciało Chrystusa, to sam Chrystus. Czy można więc kochać Boga, nie kochając Kościoła?

Przykłady chorej, „schizofrenicznej wiary” przytoczyłem we wstępie tego rozważania nie po to, aby zgorszyć kogokolwiek, ale po to, by dobitniej uświadomić nam prawdę, która płynie z dzisiejszej Ewangelii – nie można oddzielić życia duchowego od praktyki życia; nie można oddzielić miłości Boga od miłości bliźniego. Wszak miłować Boga całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia, ofiary, modlitwy, odmówione litanie, odbyte pielgrzymki, pobożne praktyki, duchowe uniesienia, uzdrowienia czy prywatne objawienia.

Modlitwa serca

XXX Niedziela Zwykła
MK 10, 46-52
Gdy Jezus razem z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. Ten słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: „Synu Dawida, ulituj się nade mną”. Jezus przystanął i rzekł: „Zawołajcie go”. I przywołali niewidomego, mówiąc mu: „Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię”. On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. A Jezus przemówił do niego: „Co chcesz, abym ci uczynił?” Powiedział Mu niewidomy: „Rabbuni, żebym przejrzał”. Jezus mu rzekł: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą.

Bartymeusz, niewidomy żebrak, musiał być znany mieszkańcom Jerycha. Znali nie tylko jego imię, ale imię jego ojca. Byli z nim oswojeni. Miał stałe miejsce przy drodze i pewnie nieźle utrzymywał się z datków. Wiadomo – ślepiec do żadnej pracy niezdatny – więc mieszkańcy Jerycha chętnie dawali jałmużnę, zaspakajając zapewne niekiedy miłość własną; ale żebrak, to żebrak – akceptowany , gdy cichy i wdzięczny i nie przekracza swojego status quo. A on pewnego dnia zaczął krzyczeć! Nic dziwnego , że starali się go uciszyć.

Do Jerycha przybył otoczony sławą Nauczyciel i Uzdrowiciel. Jak to się stało,że Bartymeusz tak gorąco pragnący uzdrowienia dowiedział się o tym dopiero, gdy uczniowie z Jezusem już opuszczali miasto? Może weszli inną bramą? A może nie chciał (nie mógł) opuścić swojego, wyznaczonego obyczajem miejsca? Może w strasznej rozterce niezdolny był wstać, pójść i poprosić o uzdrowienie? A może po prostu nie mógł (bał się) chodzić swobodnie po mieście bez pomocnika? Dość, że gdy uczniowie z Jezusem opuszczali już miasto, a on usłyszał o tym, zrozumiał, że to jego ostatnia szansa. Nadal jeszcze bał się pobiec za nimi, ale zdecydował się zawołać. Ośmielił się wołać za Wielkim Rabbim przy takim tłumie! Toteż nie dziwota, że przyzwoici mieszkańcy Jerycha – a było ich wielu – kazali mu się zamknąć. Ale Bartymeusz najwyraźniej postawił wszystko casino na jedną kartę, nawet gdyby miał zrazić do siebie miasto. Był coraz śmielszy i im bardziej go uciszano krzyczał tym głośniej i rozpaczliwiej!
Gdy Pan kazał go przywołać, zrzucił płaszcz i zerwał się, aby podejść.

Czemu osłaniał się płaszczem? Było zimno? Może prócz ślepoty miał inne cielesne defekty, które maskował wstydliwie ? Może odzież pod płaszczem była nie najpierwszej świeżości? Dość, że nagle wszystko to stało się to dla niego nieważne. Byle być przy Nim!

I tu – posłuchajmy! – ten Rabbi, który zdaje się przenikać umysły i serca, który wie tyle o ludziach, który bez słów rozumie wszystko – pyta ewidentnie ślepego Bartymeusza – czego od niego chce! Co za pytanie! Przecież wszyscy widzą, co mu jest potrzebne, a Rabbi nie wie?

Bartymeusz jednak nie dziwi się, ale odpowiada, stwierdzając pozorną oczywistość: „ Abym przejrzał”.
Co to za tajemniczy dialog?

Jezus dobrze wie, to, co wszyscy widzą- jaki zewnętrzny defekt dolega rozmówcy; z pewnością zna też jego niewidoczne defekty o wiele lepiej niż sam Bartymeusz. Pozwalał mu krzyczeć do woli, wyzwolić w krzyku determinację i pasję, by, gdy zostanie zawołany mógł odrzucić osłaniający go płaszcz lęku i wstydu gestem tancerza, który właśnie zaczyna całkiem nowy, pochłaniający go radosny taniec. Gest znamionujący kulminację nadziei i otwarcie się na wiarę, która pozwala odważnie, z pełną ufnością, stanąć przed Panem w rzeczywistym swym ubóstwie i brakach. To jakby preludium do pytania właściwego. „Co chcesz abym ci uczynił?”

Oto teraz Bartymeusz ma potwierdzić (lub nie) swoją rozumną wolą, jakie jest jego pragnienie. Czy naprawdę chce zrezygnować z dotychczasowego życia, niezależnie od jego negatywnych stron? Z życia, które było już ułożone i bezpieczne, zapewniało dość łatwy sposób utrzymania i do którego był już przyzwyczajony? Czy wie, że razem z otrzymaniem wzroku utraci ludzką litość, będzie musiał wyuczyć się zawodu i zarabiać na życie ciężką pracą? Czy rzeczywiście chce odrzucić całe swoje stare życie w ciemnościach jak ten płaszcz i uczyć się na nowo żyć w nieznanym dotąd świecie, odarty z osłony (zasłony), widząc jasno?

Dopiero, gdy sam zainteresowany potwierdził z całego serca wolę wkroczenia w świat widzących – Pan mówi „Twoja wiara cię uzdrowiła”. Mówi jeszcze „Idź”. Jak? Dokąd? Nie potrzeba odpowiedzi. Gdy Bartymeusz przejrzał – poszedł bez wahania za Nim.

A jego wołanie „Jezusie, Synu Dawida, zmiłuj się nade mną” brzmi przez wieki wpisane w modlitwę serca.
Panie, w Swojej Miłości i Mądrości przygotowujesz mnie do przyjęcia Twoich darów jednocześnie szanując moją wolność. W swojej delikatności pytasz mnie czego chcę i pozostawiasz mi decyzję. Chcesz, bym własnym, ludzkim wysiłkiem przygotowała się do przyjęcia Ciebie, abym spotkała się z Twoim uprzedzającym darem w akcie Twojej ale i mojej woli.

Jezusie, Synu Dawida, zmiłuj się nade mną ! Daj mi gorliwość i odwagę do odrzucenia płaszcza zasłaniającego moje słabości i grzechy, daj mi determinację i pasję, abym w akcie bezwarunkowej ufności potrafiła sercem i rozumem oddać Ci całe dotychczasowe i przyszłe życie. Abym mogła powiedzieć: tak, chcę tego. A gdy moja wiara pozwoli, byś przywrócił mi wzrok i jasno zobaczę, że Ty jesteś Drogą i Światłem, proszę daj mi jeszcze Twoją moc, bym widząc i rozumiejąc, miała także siłę i męstwo, aby zerwać się pójść za Tobą.

Boża i ludzka rzeczywistość

XXIX Niedziela Zwykła
Iz 53,10-11 Ps 33 Hbr 4,14-16 Mk 10,35-45

Jezus im odparł: „Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić, albo przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony?”
Odpowiedzieli Mu: „Możemy”. (…)
Gdy dziesięciu to usłyszało, poczęli oburzać się na Jakuba i Jana. A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł do nich:
„Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielki, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu”.
Por. Mt 10. 35-45

Opisana przez ewangelistę historia wydaje się bardzo klarowna w swoim pouczeniu. Chętnie dołączamy do chóru oburzonych na synów Zebedeusza. Następnie z łatwością oburzamy się na oburzonych apostołów, którzy poczuli, że ich pozycja została zagrożona ambicjami dwóch braci. Czy jednak bycie oburzonym wystarcza i czy tylko to ma wypływać z przytoczonej nowotestamentowej historii?

Co tak naprawdę wówczas się wydarzyło? Jakub i Jan chcieli „obsadzić stanowiska wicepremierów w rządzie Jezusa”. Widać, że niewiele zrozumieli z wcześniejszej zapowiedzi Jego męki i koncepcji Królestwa Bożego. Kielich, o którym mówił Chrystus, bardziej kojarzyli z kielichem radości i chwały, niż z rzeczywistą ofiarą krzyżową. Czy taka postawa sama w sobie świadczy o złych intencjach i jakiejś niegodziwości uczniów? Nie sądzę. Oni po prostu spojrzeli na rzeczywistość bożą ludzkimi oczami i z perspektywy świata, w którym żyli. Prawdopodobnym jest, że kierowały nimi szlachetne pobudki i ewangeliczny zapał zmiany świata. Niewykluczone, że chcieli oni, aby Dobra Nowina stała się faktem, pomimo śmierci Chrystusa. Chcieli aby zniknęły: ubóstwo, głód i niesprawiedliwość. Aby ich umiłowany naród odzyskał wolność i mogły wypełnić się słowa Pisma o Królestwie Izraela

Dzisiaj wiemy więcej. Wiemy czym była golgota i czym jest zmartwychwstanie. Jednakże wciąż grozi nam pokusa, pomieszania rzeczywistości boskiej i ludzkiej. Kościołowi dane było poznać owoce „sojuszu ołtarza z tronem”. Dlatego dobrze się stało, że podczas ostatniego soboru wyraźnie wybrzmiały słowa, iż Kościół nie posiada swojej nadziei w przywilejach otrzymywanych od władzy państwowej, nie utożsamia się żadną partią polityczną i nie łączy się z jakimś politycznym systemem /por. KDK 66/. Oczywiście ta stanowcza refleksja nie uwolniła nas od naszych ziemskich pokus. Bolą zatem wszelkie próby instrumentalnego wykorzystywania Kościoła do celów politycznych i jakiekolwiek formy jego upartyjnienia. Nawet wówczas, gdy płynie to z pobudek szlachetnych, które rodzą się z protestu przeciw braku sprawiedliwości i poszanowania prawa.

Apostołowie oburzyli się na Jakuba i Jana. Jednakże i w tym oburzeniu również kryje się pułapka. Jest ona widoczna w pysznych ambicjach, wypływających z faktu, że ktoś uprzedzał ich w kolejce po władzę. Jednakże rzeczywista istota problemu rozgrywa się na płaszczyźnie zrozumienia Ewangelii. Przecież ci apostołowie, którzy pałali oburzeniem, nie uchronili się od podobnych błędów. Pamiętamy jak Szymon Piotr mieczem chciał udaremnić pojmanie Chrystusa. Wówczas na nowo usłyszał on od Mistrza o kielichu, który ma pić.

Niewątpliwie nie chodzi by milczeć i być obojętnym wobec instrumentalnego traktowania Bożego Słowa. Takie milczenie byłoby grzechem zaniechania.

Chrystus wskazuje nam, że tym co nas chroni od zapętlenia w kolejne pokłady chorych ambicji i wzajemnych oskarżeń jest otwartość na poznanie i zrozumienie „drugiego” człowieka, jak i Boga. Taka postawa wypływa niewątpliwie z ducha Służby. Również „Syn człowieczy przyszedł po to aby służyć” celnikom, grzesznikom, synom Zebedeusza i także tym dziesięciu pozostałym z Szymonem Piotrem na czele. Uczmy się, aby i u nas było podobnie.

Przynależność Boga

EWANGELIARZ  NIEDZIELNY  

I  Niedziela  Wielkiego Postu

Rdz 9,8-15 Ps 25 1 P 3,18-22 Mk 1,12-15

Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, Czterdzieści dni przebywał na pustyni, kuszony przez szatana. Żył tam wśród [dzikich] zwierząt, aniołowie zaś Mu usługiwali. Po uwięzieniu Jana przyszedł Jezus do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” (Mk 1, 12-15)

Tak rzekł Bóg (…): „Oto Ja zawieram przymierze z wami i waszym potomstwem, które po was będzie; z wszelką istotą żywą, która jest z wami (…).  (Rdz. 9, 8 )

 

 

Wielki Post jest czasem wyjścia na pustynię. Miejsce to, jest symbolem, nie tylko samotności, czy próby. Ono przypomina nam również niewierności Izraelitów, którzy na pustyni szemrali przeciw Panu. Na pustyni krążą dzikie zwierzęta, czyha szatan i jego pokusy.  Jednakże Chrystus zaprasza nas na pustynię, nie dla tego że chce wystawić nas na pokuszenie i niebezpieczeństwo grzechu, ale po to, abyśmy mogli uświadomić sobie nasze własne grzechy i przejść kolejne nawrócenie.

Oczywistym się zdaje, że aby przyjąć zaproszenie Chrystusa do nawrócenia, wpierw musimy uświadomić sobie to od czego mamy zawrócić.

 

Świadomość własnego grzechu nie należy do najłatwiejszych. Boimy się bowiem, iż ta prawda o nas samych mogła by zaprowadzić nas na granice rozpaczy. Dlatego tak ważnym jest aby nasza „wielkopostna wędrówka” odbywała się w towarzystwie Tego, który chroni nas od beznadziei i samounicestwienia.  

W tym niełatwym procesie samoświadomości, przychodzi nam z pomocą dzisiejsza liturgia słowa, która przypomina o zawartym z nami „przymierzu”. Tworzy ono najwyższy stopień „przyjaźni”, która jest wzajemną „przynależnością”. Dzięki temu „przymierzu” my „przynależymy” do Boga, a Bóg „przynależy” do nas. Bóg stał się naszą własnością. „Ogołocił samego siebie aby na równi być z nami” (por. Flp 2, 6-8). W imię „przyjaźni” oddał się On w nasze ręce, aby nam się podporządkować i „być posłusznym aż do śmierci -i to śmierci krzyżowej” (por. tamże).

 

W obliczu Bożej wierności musimy zadać sobie pytanie o naszą wierność i niewierność. O naszą przynależność do Boga. O bezinteresowne zatracenie siebie, własnych planów, marzeń i ambicji. O zaniechanie bezwarunkowego przyjęcia Bożych planów i praw. O nasz grzech, który jest zrywaniem więzi z Bogiem.

 

W zderzeniu naszej niewierności z wiernością Boga, niema jednak miejsca na rozpacz. Gdyż choć wiele razy łamiemy „przymierze”, to On nas nie opuszcza. Bóg pozostaje wierny swojej „przynależności”. Paradoksalnie to nasz grzech sprawił, że Bóg przez Jezusa zawarł z nami „przymierze tak mocne, że nic nie może go złamać”. (por. 1ME o Taj.Poj.) Nawet nasza niewierność.

 

Prawda o tym Bożym Miłosierdziu nie może jednak być zachętą do bezrefleksyjnego patrzenia w przyszłość zapewnioną przez wierność Boga. Ona powinna być początkiem refleksji nad własnym życiem i grzechem, gdyż „Czas się wypełnił i bliskie jest Królestwo Boże” (Mk 1, 15). Zatem nawracajmy się i uwierzmy w Dobrą Nowinę o Bożej wierności.

 
 

ks. Arkadiusz Lechowski

CC-BY-NC-SA  / ewangeliarzniedzielny.blogspot.com