Nie trać nadziei!

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 17 czerwca 2018

XI NIEDZIELA ZWYKŁA

 

Mk 4, 26-34.

Jezus mówił do tłumów: „Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy, nasienie kiełkuje i rośnie, sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie. Gdy zaś plon dojrzeje, zaraz zapuszcza sierp, bo pora już na żniwo”. Mówił jeszcze: „Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki podniebne gnieżdżą się w jego cieniu”. W wielu takich przypowieściach głosił im naukę, o ile mogli ją rozumieć. A bez przypowieści nie przemawiał do nich. Osobno zaś objaśniał wszystko swoim uczniom.

 

Na początku Mszy św. sprawowanej w rycie trydenckim, pierwszym który przyznawał się Bogu i Kościołowi („vobis fratres” – „wam, bracia”), do tego, że jest grzeszny, był prezbiter i biskup. W odpowiedzi ministranci mówili: „Niech się zmiłuje nad Tobą wszechmogący Bóg, a odpuściwszy ci grzechy twoje, niech cię doprowadzi do żywota wiecznego. Dopiero po takim rozgrzeszeniu, jakiego ministranci udzielali celebransowi, sami ministranci w imieniu Kościoła spowiadali się Bogu, i tobie Ojcze” („et tibi Pater”) i otrzymywali rozgrzeszenie. W ten sposób Kościół przypominał, że nikt z chrześcijan, bez względu na to, jaki pełni urząd czy posługę, nie może zapominać, że jest z tej samej gliny, co wszyscy inni ludzie. Myślę, że dzisiaj podobnie ten fakt wybrzmiewa w liturgii sprawowanej przez wspólnoty neokatechumenalne.

Wszyscy jesteśmy grzesznikami. Są w naszym życiu takie okresy, kiedy z Bogiem łączy nas wyjątkowo mocna więź. Ale są też takie okresy, gdy od Boga jesteśmy daleko. Co zatem robić? Św. Paweł podpowiada: „Dlatego też staramy się Jemu podobać, czy to gdy z Nim, czy gdy z daleka od Niego jesteśmy” (2 Kor, 5,9). To przypodobywanie się Bogu ma szczególny wydźwięk właśnie wtedy, gdy człowiek znajdzie się daleko od Boga i to z własnej winy. Bo być daleko od Boga to jeszcze nie największa tragedia. Być daleko od Boga i o Nim zapomnieć, to dopiero prawdziwy dramat. Zdarza się, że są w nas rozmaite trudności, mniej lub bardziej zależne od nas wewnętrzne granice, które skutecznie nas blokują i nie pozwalają powrócić do Boga. Na szczęście jednak nie powodują, że o Bogu zapominamy. Znam niemało ludzi, którzy mają w sobie ogromne pragnienie, by pojednać się z Bogiem w sakramencie pokuty, ale z powodu różnych przeszkód nie mogą otrzymać rozgrzeszenia. Mimo to, pozostają blisko Kościoła i na tyle, na ile mogą, blisko Pana Boga. Przywołana wypowiedź św. Pawła daje nam nadzieję, że i ten, kto z dala od Boga trudzi się na tej ziemi, w jakiś – Bogu tylko wiadomy sposób – trudzi się razem z Bogiem.

Wszelki dobry wysiłek i pożyteczny trud, jaki podejmujemy na tej ziemi jest budowaniem Królestwa Bożego, o którym mówi Jezus w dzisiejszej Ewangelii. To Królestwo budujemy zwyczajnie, troszcząc się o dobro i miłość pomiędzy nami, niezależnie nawet od naszych przekonań religijnych czy wyznawanych filozofii życia. Czy chcemy, czy nie chcemy Królestwo Boże wzrasta, a podłożem wzrostu jest gleba naszych serc. Oczywiście, większa odpowiedzialność spoczywa tutaj na Kościele i chrześcijanach. W Kościele bowiem i w życiu chrześcijan, Królestwo Boże powinno najbardziej się objawiać. Wszak Kościół i chrześcijanie są tymi, którzy mają dawać nadzieję tam, gdzie jej brak.

Czasami, gdy patrzę na moje życie, na Kościół, na parafię, za którą jestem odpowiedzialny, popadam w pesymizm. Dzisiaj jednak Bóg uświadamia mi, że jedyne, co powinienem robić, to po prostu wierzyć, że ziarno zakiełkuje nawet tam, gdzie po ludzku nie powinno nic wyrosnąć, nawet w najbardziej bezpłodnym ludzkim sercu. Nie wymaga się ode mnie wymyślania kolejnych projektów i aktywności duszpasterskich. Wystarczy, jeśli nie będę hamował inicjatyw rodzących się w głowach innych ludzi, nawet tych, którzy choć daleko od Boga, to jednak starają się Mu przypodobać. Oni też służą królowaniu Boga i ich małe ziarno też chce rosnąć. Tym, kto daje wzrost, jest sam Bóg. On „poniża drzewo wysokie, drzewo niskie wywyższa. Sprawia, że drzewo zielone usycha i zieloność daje drzewu suchemu” (por. Ez 17,24). Sporo na tym świecie zależy od nas, ale naprawdę wszystko zależy od Boga. Warto o tym pamiętać także wtedy, gdy ogarnia nas frustracja czy przygnębienie, że wciąż jesteśmy grzeszni i słabi, a nasze działania są dalekie od doskonałości. Bo choć wszyscy jesteśmy grzesznikami, to jednak nawet wtedy, gdy z dala od Boga trudzimy się na tej ziemi, w jakiś – Bogu tylko wiadomy sposób – trudzimy się razem z Bogiem. Nie traćmy nadziei!

Jak być siostrą, bratem, matką

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 10 czerwca 2018

X NIEDZIELA ZWYKŁA

Mk 3. 20-35

Jezus przyszedł z uczniami swoimi do domu, a tłum znów się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: «Odszedł od zmysłów».

A uczeni w Piśmie, którzy przyszli z Jerozolimy, mówili: «Ma Belzebuba i mocą władcy złych duchów wyrzuca złe duchy».

Wtedy przywołał ich do siebie i mówił im w przypowieściach: «Jak może Szatan wyrzucać Szatana? Jeśli jakieś królestwo jest wewnętrznie skłócone, takie królestwo nie może się ostać. I jeśli dom wewnętrznie jest skłócony, to taki dom nie będzie mógł się ostać. Jeśli więc Szatan powstał przeciw sobie i jest z sobą skłócony, to nie może się ostać, lecz koniec z nim. Nikt nie może wejść do domu mocarza i sprzęt mu zagrabić, jeśli mocarza wpierw nie zwiąże, i dopiero wtedy dom jego ograbi.

Zaprawdę, powiadam wam: Wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone. Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego». Mówili bowiem: «Ma ducha nieczystego».

Tymczasem nadeszła Jego Matka i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać.

A tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: «Oto Twoja Matka i bracia na dworze szukają Ciebie».

Odpowiedział im: «Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?»

I spoglądając na siedzących dokoła Niego, rzekł: «Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten jest Mi bratem, siostrą i matką».

 

Nie mieli nawet czasu, żeby coś zjeść. Ani żeby odpocząć.  A tłumów przybywało i przybywało… nawet jednego paralityka z okna spuścili, żeby go uzdrowił, a On na dodatek (a właściwie najpierw) jeszcze mu grzechy odpuścił.

Krewniacy i Matka są mocno zaniepokojeni i zatroskani. Dokąd On zmierza?

Ledwie się wyrwał z domu, gdy tylko Jan go ochrzcił, biega po całej Galilei, głosi zbawienie świata, uzdrawia, kogo się da, złe duchy wypędza jakby to była łatwizna, zakłada jakiś klub dwunastu, których oszołomił swoim gadaniem, a w dodatku prowokuje faryzeuszy, uzdrawiając w szabat chorego (nie mógł  tej ręki uschniętej uzdrowić dzień wcześniej, albo dzień później? Przecież wiedział, że chodzą za nim od jakiegoś czasu, bo im się nie podoba, to, co mówi i robi.) Nie tylko się zamęcza i słabnie, bo nie je, ale jeszcze ściąga na siebie nieszczęście. Po prostu oszalał! Rozum zgubił! Trzeba Go pochwycić i wyszarpnąć z tej wariackiej działalności. Może jeszcze da się go uratować! Odseparuje od natrętów, nakarmi, zmusi go się do odpoczynku, a jak rozum mu wróci przeprosi świątobliwych faryzeuszy. Jest jeszcze nadzieja. Z nią przyszli do Niego. Lecz z powodu tłumów nie mogą się do domu się przepchnąć! Jakiś życzliwy człek, pewnie też zatroskany o Jego zdrowie, powiadamia Go, że rodzina przyszła.

Jego odpowiedź najpierw zdumiewa. Wydaje się zimna i bezwzględna wobec zatroskanej i strwożonej matki i braci.

Słychać tu echa słów krnąbrnego Dwunastolatka, który zniknął na trzy dni w ogromnej Jerozolimie, a gdy rodzice w panice szukając wreszcie odnaleźli Go w Świątyni, rzekł: „Czy nie wiecie, że powinienem być w domu Ojca”

Krewni, jak krewni, jakoś to przełknęli, nie znali go tak dobrze, ale Matka?

Trudne było to niezwykłe macierzyństwo Miriam. Musiała się Go uczyć, choć znała go od urodzenia.  Krewni ją widać przekonali, a sama się bała o Niego.  I tak a z lęku i troski powstała nieufność wobec Jego misji. Tak wtedy, w Jerozolimie, jak teraz Jego odpowiedź zabolała, może zdumiała, ale i otworzyła. Nie powiedział, że Ona nie jest Jego Matką. Przypomniał Jej, że jest Posłany. Że nie może przeszkadzać Mu być tym, kim chce i powinien być. Kim JEST.  Nadmierną macierzyńska troska, nie może przesłonić Jej prawdy o Nim.

To było chwilowe zachwianie Miriam. Pod Krzyżem mówi Amen, choć ból rozdziera jej serce, choć krwawi razem z Nim. Mówi Amen, jak wówczas, gdy nie świadoma przyszłości z całą ufnością godziła się go urodzić. Amen.

Co ta opowieść mówi do mnie?

Matko, gdy nie rozumiesz, czemu dziecko się zamęcza dla jakiejś sprawy, nie wkraczaj ze swoją tezą i gotowa receptą wynikającą z nadmiernej troski i miłości. Uważaj, nie stawiaj zbyt pochopnie diagnozy o szaleństwie. Pozwól dziecku być sobą, pozwól robić mu to, do czego jest powołane. Troska krewnych i ich pewność, że wiedzą, co dobre dla twojego dziecka, nie muszą wpływać na twoją decyzję. Ono z ciebie, ale nie twoje.

To słyszę, jako matka swoich dzieci.

Poza tym słyszę oskarżenie tych, którzy też nie rozumieją, ale są nieżyczliwi, nie troszczą się o niego, przeciwnie, szukają pretekstu by Go pochwycić i zgubić. I mam pewność, że to oskarżenie jest fałszywe. Przemawia do mnie nie tylko Jego argumentacja. Wiem, że nic, co On robi i mówi nie może być ze złego ducha, gdyż Jego czyny i Słowa promieniują czystą Miłością.

Widzę Jego święte szaleństwo i ono mnie pociąga. Widzę Jego naśladowców, szalonych z miłości ku ludziom, którzy uzdrawiają, leczą, karmią Słowem tak gorliwie, że czasem zapominają o odpoczynku i posiłku. Miłość ich rozpala, są podobni do Niego. I to mnie pociąga. I wiem, że każdy z nas może w sobie odnaleźć to święte szaleństwo, choćby w niewielkim stopniu. On chętnie go udziela! I ja też mogę. Ale to wcale nie łatwe

Pomóż Boże! Pomóż nie zamartwiać się o własne ja, pomóż nie oceniać i wyrokować po swojemu, pomóż skruszyć w sobie rozpychające się przekonanie, że mam receptę na wszystko i dla wszystkich, pomóż odrzucić podejrzliwość i daj zaufać. Pomóż poznać Twoją wolę i daj mi siły, by ją pełnić.  Pragnę, byś Ty żył we mnie, by Twoja krew płynęła w mojej! Wtedy naprawdę mogę stać i siostrą i matką. Amen, amen.

 

 

 

Skarb w gliniaku

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 3 czerwca 2018

IX NIEDZIELA ZWYKŁA

Mk 2, 23 – 3, 6

Pewnego razu, gdy Jezus przechodził w szabat pośród zbóż, uczniowie Jego zaczęli po drodze zrywać kłosy. Na to faryzeusze mówili do Niego: «Patrz, czemu oni czynią w szabat to, czego nie wolno?»

On im odpowiedział: «Czy nigdy nie czytaliście, co uczynił Dawid, kiedy znalazł się w potrzebie i poczuł głód, on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego za Abiatara, najwyższego kapłana, i jadł chleby pokładne, które tylko kapłanom jeść wolno; i dał również swoim towarzyszom».

I dodał: «To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Zatem Syn Człowieczy jest Panem także szabatu».

Wszedł znowu do synagogi. Był tam człowiek, który miał uschniętą rękę. A śledzili Go, czy uzdrowi go w szabat, żeby Go oskarżyć.

On zaś rzekł do człowieka z uschłą ręką: «Podnieś się na środek!» A do nich powiedział: «Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego, czy coś złego? Życie uratować czy zabić?» Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy na nich dokoła z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serc, rzekł do człowieka: «Wyciągnij rękę!» Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa.

A faryzeusze wyszli i ze zwolennikami Heroda zaraz się naradzali przeciwko Niemu, w jaki sposób Go zgładzić.

 

„I mówił im: Szabat ustanowiony był dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Przeto Syn Człowieczy jest Panem także i szabatu”. Podobnie, jak poprzednie wersety o nieaktualności postu w sytuacji wesela – także i ten przekaz jest przypomnieniem właściwego porządku i hierarchii rzeczy: że nie człowiek dla szabatu i nie Duch dla Litery, lecz na odwrót. I jest to także przypomnienie, że pośrodku wszystkich rzeczy i stworzeń, ponad wszystkim, co istnieje, jest Pan.

Apostoł Paweł pisze o skarbie, który mamy w naczyniach glinianych. Chrześcijaństwo jest jedynym wielkim systemem religijnym, który otacza czcią pył ziemi, chociaż wie o jego marności. Skarb w naczyniach z gliny: Bóg zatroskany o każdy stworzony okruch istnienia – aby nie zginął i aby był przemieniony w zmartwychwstaniu. W wielkich wschodnich systemach religijnych świat bywa ułudą, zaś rzeczy człowiecze – poniżającą przypadłością bez przyszłości. I nie bardzo jest wiadome, czy aby nicość nie jest w nich rzeczą bardziej boską, niż istnienie. Nasze Objawienie jest zupełnie inne z ducha.

Nasz Bóg jest ponad nieopisanym wszechświatem. A także i „w pośrodku ciebie”. W naczyniu glinianym – aby ocalało i ono także, ponieważ złożono w nim skarb. Chrześcijański Bóg prawdziwie jest Bogiem zazdrosnym o człowieka i jego świat: nie odstąpi otchłani nawet skorup.

Niech  zstąpi  Duch

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 20 maja 2018

NIEDZIELA ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO

 

J 15, 26-27; 16, 12-15

Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Gdy przyjdzie Paraklet, którego Ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On zaświadczy o Mnie. Ale wy też świadczycie, bo jesteście ze Mną od początku.

Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi».

 

W samym opisie Pięćdziesiątnicy (Dz 2) zauważamy moment, w którym Duch otworzył drzwi Wieczernika. Nie uczynił tego wcale przy pomocy wichru i ognia, lecz dokonując radykalnego nawrócenia apostołów. Kiedy wchodzili do owej „sali na górze” dwa miesiące wcześniej, byli ciągle jeszcze ludźmi skoncentrowanymi na sobie – spierali się o to, gdzie który ma zasiadać i kto z nich jest najważniejszy. Kiedy w mocy Ducha otwierają drzwi w Pięćdziesiątnicę, czynią to jedynie po to, by w tych językach, w jakich On pozwala im mówić, wychwalać wielkie dzieła Boga. Już nie zabiegają o swoją chwałę. Nie przybierają narcystycznych postaw zapatrzonych we własne lustrzane odbicie. Liczy się tylko Bóg, Jego chwała, Jego moc. Duch dokonał w ich życiu prawdziwie kopernikańskiego przewrotu.

Kiedy zależy nam na chwale Boga – wychodzimy do ludzi z Dobrą Nowiną, otwieramy drzwi, które kazała nam wcześniej zaryglować od środka małoduszna troska o samych siebie. Bez mocy Ducha nigdy byśmy ich nie otworzyli.

Jedna ze starotestamentowych opowieści mówi, że był czas, kiedy ludzie zamierzali zbudować wspólny swój dom pełny chwały i bezpieczeństwa. Lecz Bóg pomieszał ich języki i rozpadła się nieukończona wieża Babel. Historia z Dziejów Apostolskich jest jakby pozytywnym przeciwieństwem tamtej opowieści. Ci przygnębieni i bezsilni ludzie byli nieopisanie dalecy od wszelkich myśli o pomnikach ludzkiej omnipotencji. Zostali powołani do głoszenia Dobrej Nowiny a mieli świadomość własnej niewydolności: imperialny świat był bardzo wielki, bardzo wspaniały, mądry i mocny, wspaniale zorganizowany; oni zaś byli słabi i zbyt prości. To, co się im wydarzyło w dzień Pięćdziesiątnicy w Wieczerniku – było darem wymodlonym, ale też niespodziewanym. Darem Obecności. Nie było już w nich lęku. Nie musieli szczelnie zamykać drzwi swego schronienia.

Paru oszołomionych swą wolnością Galilejczyków stojących przed różnojęzycznym tłumem. A każdy z owego tłumu słyszał ich mówiących swoim językiem. Mówili o wielkich rzeczach. Byli rozumiani.

Dla nas w Polsce w ostatnich latach chyba jeszcze ten okres nie przyszedł. My wciąż jeszcze – mimo wszechobecnych bogo-ojczyźnianych deklaracji – budujemy narodową wieżę Babel. Tamci, z czterech stron imperialnego świata, ludzie wpadali w osłupienie, ponieważ każdy z nich z osobna słyszał własną mowę z nie swojskich przecież ust Galilejczyków. Dzisiaj w sferze publicznej wszystko co nie swojskie jest podejrzane. Ponadto my dziś nierzadko także wpadamy w osłupienie, jednakże z powodów najdokładniej przeciwnych: słyszymy bowiem często słowa na pewno znajome i swojskie, ale nie wiemy, co też mogłyby znaczyć. Często te słowa oznaczają rzeczy odwrotne, niż powinny znaczyć. Są to słowa ukrywające ich prawdziwe znaczenie np. określające zwykły podatek daniną solidarnościową. Często słowa nie znaczą nic. W medialnej przestrzeni publicznej musimy wysłuchiwać w znużonym osłupieniu namaszczonych mów bębniących jak deszcz w rynnie. A przecież słowa są znajome, na pewno. Cóż z tego?

Niespodziewanie aktualna i nieodzowna dziś staje się papieska modlitwa wypowiedziana nad Polską w innych czasach, jak się okazuje niezupełnie innych: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!”.

 

Znaki, cuda, dowody

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 13 maja 2018 roku

WNIEBOWSTĄPIENIE PAŃSKIE

Mk 16, 15-20.

Jezus, ukazawszy się Jedenastu, powiedział do nich: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Te zaś znaki towarzyszyć będą tym, którzy uwierzą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, a ci odzyskają zdrowie”. Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał naukę znakami, które jej towarzyszyły.

Ma na imię Artur. Przed rokiem musiał zmierzyć się ze śmiercią. Wizyta u lekarza, szczegółowe badania i przerażająca diagnoza: nioperowalny rak krtani, a dokładniej rak podgłośnia. Nowotwór zaliczany do najrzadszych, cechujący się niewielką dynamiką i długo przebiegający bezobjawowo. Wyrok: maksymalnie miesiąc życia. Niewiele możne zrobić człowiek znajdujący się w tak beznadziejnym położeniu. Więcej mogą zrobić jego bliscy. Brat wyrusza w XXVI Szczecińskiej Pielgrzymce Rowerowej na Jasną Górę. Intencja, jaka mu towarzyszy jest oczywista – ocalenie brata od śmierci. Wraz z pątnikami na Jasną Górę pielgrzymują także relikwie św. Szarbela z naszej londyńskiej parafii. Codzienna wytrwała i ufna modlitwa za wstawiennictwem Świętego Pustelnika z Libanu przynosi owoce. Wkrótce okazuje się, że Artur został całkowicie uzdrowiony. To kolejny cud za wstawiennictwem naszego Świętego Patrona.

Czasami mamy pretensje do Boga. „Boże, dlaczego mnie to spotkało?!” – wołamy w nieszczęściu. Traktujemy Boga, jakby to, co się z nami dzieje, tylko nas dotyczyło i w ogóle nie interesowało Boga. Traktujemy Go jako kogoś spoza tego świata, stojącego z boku, poza, ponad i tylko od czasu do czasu, ulegając usilnym prośbom, na zasadzie wyjątku, włączającego się w bieg rzeczy i nurt naszego życia. Tymczasem nie ma dwu światów, ale jeden, pospołu zamieszkiwany przez Boga i ludzi, przez Stwórcę i stworzenie. Więcej nawet – to zamieszkiwanie nie jest przebywaniem obok siebie, po sąsiedzku. Bóg i ludzie, Stwórca i stworzenie tworzą organiczną jedność, niemożliwą do naruszenia. Bóg wypełnia całe stworzenie. On naprawdę jest obecny, wrażliwy na nasz los i wyczulony na nasze cierpienie.

„Im też po swojej męce dał wiele dowodów, że żyje: ukazywał się im przez czterdzieści dni i mówił o królestwie Bożym” (Dz 1,3). Możemy dzisiaj zapytać siebie: Jakie dowody daje mi Jezus, że żyje? Każdy z nas ma z pewnością w historii swojego życia dowody na to, że Bóg jest, że nie umarł, że żyje, że wciąż się o nas troszczy i zależy Mu na naszym szczęściu. Gdybyśmy tych dowodów nie mieli, nasza obecność na niedzielnej Eucharystii byłaby czymś irracjonalnym. Jeśli nawet w wymiarze życia osobistego mamy znikome doświadczenie Bożego działania, to jednak w wymiarze życia wspólnotowego – naszej parafii – tych dowodów jest wiele i wciąż pojawiają się nowe, jak uzdrowienie Artura. To wszystko są dowody Bożej miłości. Bóg nie daje nam ich dlatego, że szczególnie nas wybrał. Myślę, że daje nam je dlatego, ponieważ wie, jak mizerna i krucha jest nasza wiara. To dlatego modląc się za wstawiennictwem św. Szarbela, wpatrzeni w jego relikwie, powtarzamy wezwanie: „Umocnij naszą wiarę”.

Świętować z wiarą Wniebowstąpienie oznacza dla wierzących uświadomić sobie swoje zadania na ziemi. Uczniowie mają głosić ludziom miłość Boga i być w świecie znakiem i narzędziem Bożej łaski i Królestwa Bożego. Czas Jezusa nie minął, ale zaczął się mój czas. Czas mojego życia. Czas mojego świadectwa. Okres wielkanocny jest w naszych parafiach pięknym czasem pierwszych komunii. Jaki jest sens posyłać dzieci do komunii, do której samemu się nie przystępuje? Po co uczyć ich, jak się przystępuje do spowiedzi, skoro samemu nie przywiązuje się do niej jakiejkolwiek wagi? Co znaczy przekazać dziecku różaniec? Kupić go – najlepiej w Rzymie, Fatimie czy Ziemi Świętej? Czy w ogóle można to zrobić inaczej, jak tylko zapraszając je do wnętrza swojego doświadczenie modlitwy różańcowej i codziennie z nim się modlić? Nie wystarczy cieszyć się doświadczeniem Bożego działania i przechowywać w sercu dowody Bożej miłości. Potrzeba jeszcze świadectwa, by innych swoim doświadczeniem wiary i Bożej miłości umacniać. Trzeba głosić Ewangelię szczerze i bez lęku, a wówczas Bóg będzie potwierdzał naszą misję znakami, także takimi cudownymi, jak uzdrowienie Jessiki, Iwony czy Artura. Tylko wówczas, gdy jesteśmy świadkami, możemy dać innym szansę na przemieniające doświadczenie Bożej obecności i miłości.

——-

W tym roku XXVII Szczecińskiej Pielgrzymce Rowerowej na Jasną Górę odbędzie się w dniach 2 – 8 lipca. Również tym razem do Duchowej Stolicy Polski będę pielgrzymowały relikwie św. Szarbela.

Światło  najprostsze

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 6 maja 2018

VI NIEDZIELA WIELKANOCNA

J 15, 9-17

Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości.

To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna.

To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.

Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni jego pan, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego.

Nie wy Mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby Ojciec dał wam wszystko, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali».

 

ks. Andrzej Perzyński. Fot. Adam Walanus

Chrześcijanie (a zwłaszcza kaznodzieje) bardzo lubią mówić o miłości; o chrześcijańskiej miłości, oczywiście. I całkiem niezależnie od tego, czy robione to jest w guście zachowawczym czy modernizacyjnym – jedno jest wspólne, a mianowicie ogromna wprawa. Przygnębiająca wprawa zawodowców, którzy słowo „miłość” traktują jak wytrych do wszystkich drzwi, odmieniane przez wszystkie przypadki przy wszystkich możliwych okazjach. A ile przy tym wzruszeń i uniesień, ile głaskań i poetycznych inwokacji. W końcu dusznawo się robi i mdławo; i słuchać trudno. Prawie nie słychać już i nie widać prostych i dość surowych spraw ewangelicznych.

Mówiąc o miłości Jezus w Wieczerniku mówił o zachowaniu jego przykazań, jak i on sam zachował aż do końca przykazania Ojca. Nazywając apostołów przyjaciółmi, mówił równocześnie o świadomym posłuszeństwie nakazom, czynią owo posłuszeństwo rękojmią i równoznacznikiem przyjaźni. Jest w tym coś z niespodzianki: mówi o przykazaniach i zaraz dodaje: „to wam powiedziałem, aby radość moja była w was”. Nie przywykliśmy; bywa to bowiem dość trudna radość. Świat już taki jest, że w wielu wypadkach trudno jest czynić słuszność i dobro z radością. Często czyni się je ze znużeniem, a niekiedy wbrew sobie. Stąd też przywykliśmy pełnić przykazania z pewną solennością i nie wolną od namaszczenia powagą. On jednak chce, aby czynione to było z radością; nie zaś z ową obrzędową chrześcijańską solennością. To jest w swej istocie tak proste, że aż zgrzebne: ten obowiązek, wierność, posłuszeństwo, radość. A może właśnie dlatego najtrudniejsze. O wiele łatwiejsze bywają bowiem kaznodziejskie zawijasy skręcone czasem w paragraf, a czasem w ozdobne znaki zapytania.

Trzeba, aby nad tym światem i nad nami było jakieś niegasnące, proste światło. I chociaż wiadomo, że sytuacje ludzkie pozostaną trudne i splątane, chociaż uczynki nasze będą podobne – dobrze, że jest nad światem i nad ludźmi przykazanie najprostsze. Bo to jest tak, jakby człowiek potykający się o siebie samego i świat – miał jednak nad sobą światło.