Posted on: 19 maja 2014 Posted by: Aleksandra Francuz Comments: 0

john-steinbeck-podroze-z-charleyemW wieku 58 lat Steinbeck wyrusza w podróż po Ameryce. Nadaje swej wyprawie pozór męskiej przygody – ustawia w widocznym miejscu wozu wędki oraz broń myśliwską i inne, pomniejsze sprzęty i narzędzia pozwalające pokonać najtrudniejsze nawet szlaki, powtórzyć trasę najdzielniejszych eksploratorów, choćby Pánfilo de Narváeza. Tymczasem Steinbeck podąża w innym kierunku. Zabiera w podróż osobliwy ekwipunek: psa Charleya (czytającego w myślach pudla bilingwistę), bibliotekę ważącą niespełna 70 kg. Zamawia pick–up camper truck, w którym przemierzy kontynent wzdłuż i wszerz. Wymalowany w hiszpańskim stylu, odwzorowujący siedemnastowieczną grafię napis na boku samochodu, jeśli wierzyć pisarzowi, nikogo nie zaprzątał. Ot, Rocinante. Ornamentacyjny sztych.

Ale tego tropu nie należy gubić przy czytaniu „Podróży z Charleyem. W poszukiwaniu Ameryki”. Książka Steinbecka przedstawia losy dwudziestowiecznego Rycerza Smętnego Oblicza, ale też opisuje całą „galaktykę Ameryki”. Złożyły się na nią mity i podania, archetypy i toposy: czczone przez najstarsze plemiona jak świętości, amulety słowne, jak ten: „In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti”, które wypowiadano z największą celebrą. Czysta magia. Odczynia zło i tchórzostwo wykorzenia.

Doświadczenia mistyczne (lepiej powiedzieć, „arretyczne” , czego domaga się Karl Kerényi) odnotowuje Steinbeck z właściwym sobie umiłowaniem detalu i liryzmem. I tak w dolinie rodzinnego Salinas dojrzy axis mundi: „Utrwaliłem sobie jeszcze raz w oczach widok na południe, zachód i północ, a potem pośpieszyliśmy daleko od trwałej i niezmiennej przeszłości.” Gaj sekwoi okaże się pretekstem do snucia rozważań w języku geologii i misteriów attycko-greckich o prapodłożu Ameryki. W drzewnych kolosach pisarz odnajdzie siebie i niebo: „Panuje tam katedralna cisza. Może ta gruba kora, miękka kora wchłania dźwięki i stwarza ciszę. Drzewa wznoszą się prosto do zenitu; nie ma tam horyzontu”.

Opisane principia vitae Steinbeck uznał jedynie za ćwiczenia z warsztatu, pogubione wątki i fragmenty: „Zobaczyłem tak mało z całości… jakiś drobny epizod, paru ludzi.” Nic, co nadawałoby się na powtórzenie sztuk Addisona, tzn. na pisanie rzeczowników wielką literą: odmalowanie konturów, obrzeżenie świata od krańca do krańca, od narodzin do śmierci.

comments

Leave a Comment