Szkoła równych szans, nadziei i ekumenizmu. Rozmowa z ks. Tomaszem Sroką

– Wielkim zaskoczeniem dla mnie jest to, że w tych dzisiejszych czasach ludzie, którzy są mało wierzący albo nawet określają się jako niewierzący, chcą do tej szkoły chodzić. Miałem wiele takich rozmów, kiedy na początku nauki ktoś mi mówił: „Proszę księdza, ale ja nie wierzę” – mówi ks. Tomasz Sroka, dyrektor Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego z oddziałami gimnazjalnymi im. św. Melchiora Grodzieckiego w Cieszynie w rozmowie z Agnieszką Sroczyńską-Kostuch.

Agnieszka Sroczyńska-Kostuch: W jednym z wywiadów powiedział ksiądz, że: „Katolicka szkoła to przestrzeń otwarta na każdego ucznia. Zarówno na ucznia, który boryka się z problemami w nauce, jak i na ucznia, który odnosi dobre wyniki”. Rozumiem, że takie było założenie, które ksiądz przyjął jako dyrektor Katolickiego Liceum w Cieszynie. Ale chciałabym zapytać jak jest w praktyce, to znaczy – z jakich uczniów składa się społeczność waszej szkoły?

Ks. Tomasz Sroka: Większość tej młodzieży jest bardzo zdolna. Myślę, że stanowi ona około 90% całej społeczności. Ale może najpierw powiem, skąd wzięło się założenie o wyrównywaniu szans. Sam chodziłem do szkoły katolickiej. Zacząłem swoją edukację od szkoły zawodowej, technicznej. Wielu by się tego wstydziło, z różnymi reakcjami się spotykam, ale właśnie w tej szkole prowadzonej przez Salezjanów dano mi szansę. Byłem zdolnym leniem. Tam uwierzono we mnie bardzo mocno i to spowodowało, że odkryłem, że są we mnie pokłady, które warto rozwijać. Skończyłem technikum, pracowałem i poszedłem na studia historyczne na Uniwersytet Jagielloński, które przerwałem, by wstąpić do seminarium. Wyrosłem w przeświadczeniu, że młodemu człowiekowi trzeba dać szansę. Zasadniczym pytaniem, gdy przyjmuję ucznia słabszego w nauce, jest: „Czy chcesz?” Jeżeli ten człowiek odpowiada: „Chcę”, wtedy daję mu szansę i przyjmuję go. Są osoby, które przychodząc do nas, są obciążone fobią do szkoły. Kiedyś udało mi się wyprowadzić z takiej fobii dziewczynę ogromną cierpliwością nauczycieli, do której musiałem trochę ich przekonać. I dzisiaj ta dziewczyna świetnie funkcjonuje. Odkryła, że sztuka leczy. Zajęła się malowaniem. To wyrównywanie szans wiąże się też z tym, że kiedy przyjmuję młodego człowieka, pytam o jego pasje, zainteresowania, i idę dalej po tej linii kontaktu. Dzielę się później z uczniami swoimi książkami, zgodnymi z ich zainteresowaniami, żeby każdy z nich miał poczucie, że to, co go interesuje, jest ważne.

ASK: Ciekawi mnie, na ile wybór nauki w waszym liceum jest wyborem tych młodych ludzi, a na ile ich rodziców? Czym kierują się dokonując wyboru waszej szkoły?

TS: Poza liceum kieruję również szkołą podstawową. O jej wyborze dla swoich dzieci decydują rodzice. A im zależy przede wszystkim na bezpieczeństwie i dobrej edukacji. Trzeba szczerze powiedzieć, że mały odsetek rodziców wybiera szkołę ze względu na jej katolicki charakter. Natomiast wybór liceum to jest wybór ucznia. Różne o nim decydują przyczyny. Jedną z nich jest poziom nauczania. Ten poziom jest różny. Pewnych rzeczy nie da się pokazać w słupku, w jakimś rankingu, bo jak na przykład przyjmę iluś słabszych uczniów, to ogólny poziom zostaje zaniżony. Ale jeśli patrzę na człowieka indywidualnie i widzę, z czym przyszedł do szkoły, a z czym wychodzi, to widzę wielki rozwój. Drugą przyczyną wyboru szkoły są przyjaciele – młodzi idą tam, gdzie idą fajni ludzie, których znają. Kolejną motywacją są nauczyciele. Jeżeli jakiś nauczyciel ma bardzo dobrą opinię, to uczniowie zainteresowani wykładanym przez niego przedmiotem, wybierają szkołę ze względu na niego. Uczniowie rzadko wybierają nasze liceum ze względu na to, że jest katolickie. Natomiast chciałbym coś powiedzieć o tym katolicyzmie szkoły. Z jednej strony panuje stereotyp szkoły katolickiej jako wychowującej przyszłych księży i przyszłe siostry zakonne, stereotyp, który staramy się złamać.

ASK: Mówiąc szczerze, nie sądziłam, że taki stereotyp jeszcze funkcjonuje. Bardziej jest mi znane myślenie o zamkniętym charakterze szkoły katolickiej. Ksiądz jest totalnym zaprzeczeniem takiej postawy i jestem pewna, że prowadzona przez księdza jakakolwiek placówka nie mogłaby być miejscem budowanym na hermetyzmie i wykluczaniu inaczej myślących.

TS: Stereotyp zamknięcia szkoły katolickiej też funkcjonuje. Szkoły prywatne przeważnie są płatne, więc musiałem przełamać przeświadczenie, że ta nasza szkoła nie jest za pieniądze i nie jest tylko dla tych, którzy mają pieniądze. Dlatego staram się za wszelką cenę, żeby byli u nas ludzie, którzy czasami nie mają pieniędzy na opłacenie czesnego. Szukam dla nich stypendiów. Bo jak wprowadziłem trochę takich młodych ludzi z innej grupy społecznej, szkoła zaczęła inaczej wyglądać. I do dzisiaj uważam, że to był strzał w dziesiątkę. Uważam, że między innymi po to są szkoły katolickie, żeby szukać takich ludzi, którzy właśnie nie mają pieniędzy, a chcą się dobrze uczyć. A z drugiej strony powiem pani tak – wielkim zaskoczeniem dla mnie jest to, że w tych dzisiejszych czasach ludzie, którzy są mało wierzący albo nawet określają się jako niewierzący, chcą do tej szkoły chodzić. Miałem wiele takich rozmów, kiedy na początku nauki ktoś mi mówił: „Proszę księdza, ale ja nie wierzę”. Odpowiadałem wówczas: „Dobrze, przyjmuję to do wiadomości” i pytałem, czy ta osoba jest w stanie zaakceptować nasze wartości chrześcijańskie. Jeżeli wyrażała akceptację, przyjmowałem ją.

ASK: Dla kogoś nieznającego waszej szkoły szokiem bywa wiadomość, że szkoła katolicka przyjmuje również młodych wyznania ewangelicko-augsburskiego. Co więcej, również w gronie pedagogicznym nie brakuje ewangelików.

TS: Tak. Dla mnie największym szokiem było to, że pani, która teraz uczy u nas języka polskiego, szukając pracy nie starała się o nią w naszym liceum, będąc przeświadczoną, że jako ewangeliczka nie może uczyć w szkole katolickiej. Wyjaśniłem jej, że może pod warunkiem, że wpisze się w naszą misję ekumenizmu, że będzie w stanie działać ekumenicznie. Dla niej zaskoczeniem było, że zgodziłem się ją zatrudnić. Z jej pomocą rok temu przygotowałem spotkanie ekumeniczne pod nazwą „Miejsca wspólne” zorganizowane z udziałem przedstawicieli różnych wyznań i naszych uczniów. Na dziś mamy chyba siedmiu nauczycieli ewangelików i wydaje mi się, że jest to wielkim plusem dla tej szkoły. Młodzież ma naturalny ekumenizm, on nie jest sztucznie wymuszony. Wydaje mi się, że dla uczniów jest to ważne, bo oni się przyzwyczajają do obecności ludzi innego wyznania niż swoje. Natomiast trzeba podkreślić, że uczniowie ewangeliccy mają swoją lekcję religii. Tak po prostu zadecydowałem. Są różne tendencje w szkołach katolickich. Czasami mówi się, że powinni chodzić na lekcje religii katolickiej. Od razu wiedziałem, że nie można ich zmuszać. Trzeba im zapewnić religię ewangelicką. Zwolniłem ich też z udziału we Mszy św. Ale powiem szczerze, że bardzo często oni przychodzą na religię katolicką.

ASK: A kiedy ksiądz odkrył w sobie charyzmat pracy z młodzieżą?

TS: Kiedy byłem w seminarium, nie miałem skonkretyzowanego miejsca swojej pracy. Powiem szczerze, że trochę bałem się marzyć o filozofii, bo byłem po technikum, więc na dzień dobry byłem trochę do tyłu z lekturami. To udało mi się nadrobić, ale wstydziłem się przyznać do tego pragnienia, bałem się, że zostanie wyśmiane, bo postrzegano mnie jako „ścisłowca” po technikum. Podczas pierwszych praktyk z katechezy lekcje mi nie wychodziły. Chciałem je przeprowadzać tak, jak to jest podane w książkach z pedagogiki i mnie się to wszystko rozjeżdżało. Potem miałem kolejną praktykę w parafii Radziechowy koło Żywca. Ale przełom przyszedł w Strumieniu, w mojej pierwszej parafii, gdzie pracowałem w latach 2008-2010. I w podstawówce właśnie w sposób naturalny znalazłem dom. Znalazłem tam wielu życzliwych nauczycieli, takich, którzy bardzo dużo mi pomogli. Pokazali mi, co to znaczy być nauczycielem. I wtedy zrozumiałem, że bardzo dużo zalezy od osobowości, żebym był tym, kim jestem, i nie chciał sztywno trzymać się podręczników. Zrozumiałem, że muszę znaleźć swoją metodę pracy oraz nastawić się bardziej na słuchanie uczniów, czasem nawet kosztem straty lekcji pod względem przekazania im wiedzy. Tam odkryłem, że praca z młodzieżą mi wychodzi. Potem przeniesiono mnie do Rzyk i tam zobaczyłem, jak ważne jest bycie z młodymi w takich prostych sprawach. Przynosiło mi to dużą satysfakcję i jakoś pokochałem to uczenie. Dokładałem w swojej pracy różne rzeczy, na przykład teatr, do którego zamiłowanie wyniosłem ze swojej rodzinnej parafii. Mieliśmy świetnego opiekuna ministrantów, który robił z nami teatr. Wiedziałem, jak było nam – jako młodym ludziom – to potrzebne, więc jako kapłan zacząłem robić go ze swoimi uczniami. Bardzo ważna była bliskość z ludźmi. Wzorowałem się na księżach, którzy nie bali się być otwartymi dla ludzi. Próbowałem to cały czas wdrażać i widziałem, że to przynosi efekt. Potem odkryłem, że największym sekretem jest to, żeby słuchać ludzi i być blisko nich. Nie myślałem nigdy, że zostanę księdzem, nauczycielem, tym bardziej [śmiech], a dyrektorem to nawet mi się nie śniło. To przyszło po prostu. Chociaż chciałbym podkreślić, że na swojej drodze spotkałem samych dobrych księży, którzy dawali mi dobry przykład, powera do tego, żeby mi się chciało.

ASK: Pandemia zburzyła coś, na czym ksiądz budował relacje z młodymi – możliwość osobistych spotkań twarzą w twarz, możliwość podróżowania z nimi. Jak ksiądz sobie radzi w tej nowej sytuacji, jeśli chodzi o kontakt z uczniami?

TS: Bardzo dużo straciłem przez pandemię. Ciągle myślę, że ta pandemia oprócz tego wymiaru, że ludzie cierpią i umierają, będzie miała negatywny wydźwięk w relacjach. Czuję to po uczniach, którzy już by chcieli, żebyśmy wrócili do szkoły i byli razem. Zresztą, nie tylko uczniowie – mnie tego brakuje. Na początku nawet wydawało się, że takie zdalne nauczanie będzie fajne. Jednak tego braku fizycznej obecności nie da się wypełnić wirtualną rzeczywistością. Uważam, że to jest wszystko takie podtrzymywanie. Dlatego jestem z tą młodzieżą na tych platformach, rozmawiam, słucham, ale nie wiem, jacy ci ludzie wrócą do szkoły. Ostatnio, kiedy zobaczyłem zdjęcie jednego swojego ucznia, pomyślałem: „Kurczę, jak ten chłopak się zmienił”. Ten powrót będzie na pewno trudny. Natomiast wydaje się, że my jako szkoła, jako Kościół, księża musimy zrobić wszystko, żeby być z nimi w jakiś sposób. Ktoś powie, że tylko na platformie, ale chociaż tak, by mieli świadomość, że jesteśmy z nimi, bo tego potrzebują. Ale tak naprawdę będziemy mieli pokolenie, które trzeba będzie mocno odbudować, jeśli chodzi o relacje.

ASK: Czy liceum, które ksiądz prowadzi stało się już szkołą marzeń księdza, czy jeszcze jest dalekie od tego wyobrażenia?

TS: I bliskie, i dalekie. Szkoła marzeń, do której gdzieś tam zbliżam szkołę w Cieszynie, to jest przede wszystkim szkoła szans, szkoła nadziei. Mnie się marzyło, żeby w szkole był taniec, filozofia, w jakimś stopniu udało mi się to zrealizować. Bardzo mi zależało, żeby młodzież ucząc się języka polskiego mogła wychodzić do teatru. W porozumieniu z teatrem w Czeskim Cieszynie wdrożyliśmy program „Teatr i Szkoła”, w ramach którego uczniowie mogą poznać pracę aktora, uczestniczyć w spektaklach i odwiedzić pracownie teatralne. Chcemy kontynuować ten projekt, kiedy wrócimy do normalnego funkcjonowania. Jeżeli chodzi o przedmioty ścisłe, zależy mi, żeby uczniowie mogli jeździć na uniwersytet podpatrywać pewne rzeczy, żeby mieli więcej doświadczeń, więcej wiedzy empirycznej. Trochę udało mi się to zrealizować, aczkolwiek wciąż nie jestem w pełni zadowolony. Jako ksiądz jestem zadowolony z tego, że przez te lata prowadzenia liceum katolickiego nie miałem większego problemu z lekcją religii. Niektórych zbuntowanych, mających zły obraz Kościoła, nie udało mi się przekonać do zmiany nastawienia, ale udało mi się trochę ich wyciszyć i pokazać im inną stronę. Co oni z tym zrobią, nie wiem, ale dziękuję Bogu, że nie straciłem ich, że nie powiedzieli: „Nie chcę tego” i że nie odrzucili religii. Bardzo często nie zgadzali się ze mną, ale nie odrzucali.
Nauczyciel w szkole musi być autentyczny. Nie można być aktorem przed dziećmi i młodzieżą. Trzeba być sobą i to ich najbardziej ujmuje. Oni wyczuwają, kiedy ktoś przychodzi do szkoły, żeby odpracować godziny, a kiedy przychodzi, żeby być z nimi. Dlaczego ta szkoła marzeń jeszcze nie jest moją szkołą? To bardzo złożona sprawa, wiążąca się z takimi praktycznymi rzeczami jak potrzeba dobrej kadry, potrzeba budowania jej cały czas, co jest związane z pieniędzmi. Tak naprawdę szkoła istnieje na styku ekonomii, ale nie powinna być tak mocno z nią utożsamiana.

ASK: Na ile budowanie szkoły marzeń jest spełnianiem księdza tęsknot za taką szkołą, a na ile jest czerpaniem z tego dobrego, co księdza spotkało jako ucznia?

TS: Z każdej szkoły coś wyniosłem. To, co buduję, to wypadkowa tych doświadczeń.

ASK: Co księdzu dało bycie dyrektorem?

TS: Niesamowity realizm życia. Czasami ksiądz może być „odrealniony od życia”. W każdym razie istnieje taka pokusa bycia odrealnionym.

 

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.