Obrazy reformacji – spotkanie z prof. Piotrem Krasnym


Tytuł spotkania „Obrazy reformacji” zostawiał wiele pola dla wyobraźni słuchaczy dopóki wykładowca – profesor Piotr Krasny z Instytutu Historii Sztuki UJ (wybitny specjalista na polu sztuki sakralnej) – nie doprecyzował zakresu swojego wykładu. Zawęził go do sprawy stosunku do obrazów i do ich roli w konkretnym nurcie reformacji – w luteranizmie. Rozmowę prowadziła dr Joanna Birczyńska-Duska z Instytutu Języka Polskiego PAN.

Wydawałoby się wąski, specjalistyczny wykład. Co jednak znaczy świetny znawca tematu, całym sobą zaangażowany w temat wykładowca! Profesor Krasny zahipnotyzował audytorium, opowieścią o zmaganiach Lutra (1483 -1546), a potem luteranów z tym, aby pogodzić kluczowy postulat reformacji – wierność Pismu: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią. Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył…” (Wj 20,4-5a) z utrwalonymi przez wieki przyzwyczajeniami chrześcijan do przedstawiania wizerunków Boga i świętych, a przy tym nie rezygnować z najbardziej skutecznej drogi komunikowania się z ludźmi – z komunikacji przy pomocy obrazów. Dzisiejsza „kultura obrazu” dalece nie jest naszym odkryciem!

Ci z nas na sali, którym kościoły luterańskie, czy w ogóle kościoły wyznań powstałych w wyniku reformacji, kojarzą się przede wszystkim z pustymi wnętrzami, brakiem ozdób, obrazów, rzeźb, musieli szybko zrewidować to uogólniające i schematyczne myślenie. Kościoły protestanckie nie zawsze były i nadal nie wszystkie są takie.

Wnętrze jednego z luteańskich kościołów w Niemczech

Choć wydaje się, to już moja uwaga, że jednak większość współczesnych kościołów ewangelickich ma proste, wręcz ascetyczne wnętrza. Długo szukałam w Internecie przykładów odwrotnych. Czasem zdarza się obraz w ołtarzu, rzadko coś więcej oprócz krzyża. Widać protestanci nadal nie chcą narażać wiernych na grzech bałwochwalstwa.

Osobiście nie lubię, ani nadmiaru zdobień w niektórych naszych katolickich kościołach, ani pustki kościołów zreformowanych. To pierwsze nielubienie wypływa zapewne z przyzwyczajenia do tego, że my katolicy modlimy się w ozdobionych i ukwieconych (dla Boga) wnętrzach, i to zdobienie te obrazy, rzeźby i kwiaty to jakby dary, wyraz uczucia, hołdu, i nie szkodzi, że Bóg tego nie potrzebuje, my ludzie tego potrzebujemy

Ołtarz w Lucasa Cranacha w Kościele Najświętszej Marii Panny w Wittenberdze (1457)

No właśnie. Nie wszyscy. Niektórym wystrój wnętrz przeszkadza w kontakcie z Bogiem, a jeszcze inni zatrzymują się w swojej wierze właśnie na tych obrazach i zdobieniach i ceremoniach. I o tym, jak do tego ustosunkowywał się Marcin Luter i co z tego wynikło opowiadał prof. Krasny.

Jak dowiedzieliśmy się, Luter nie był zasadniczo przeciwnikiem obrazów religijnych, sprzeciwiał się jedynie otaczaniu ich kultem. Jego pogląd zresztą ewoluował, od początkowego, bardziej radykalnego dostrzegania w obrazach, zwłaszcza tych umieszczanych w kościołach, zachęty do bałwochwalstwa, do późniejszego łagodniejszego, bardziej pragmatycznego do nich stosunku. Z pewnością nigdy nie był obrazoburcą, a w 1522 roku otwarcie potępił niszczenie przez swoich wyznawców wystrojów kościołów w Wittenberdze. To raczej uczniowie Lutra, nie do końca odczytując sens jego nauczania, najpierw niszczyli wystroje kościołów katolickich, potem wyeliminowali sztukę z wnętrz już swoich – luterańskich. Luter uważał, że obrazy nie są ani dobre ani złe, po prostu nie mają związku z wiarą. Najważniejsze jest ich dobre używanie.

Sam korzystał z obrazów pełnymi garściami. Musiał z nich korzystać. Przytłaczająca większość wiernych, na których chciał wpłynąć, których chciał uzdrowić, była przecież analfabetami, a obraz znakomicie ułatwiał i wzmacniał ustny przekaz zawartych w Piśmie prawd wiary. Lucas Cranach starszy (1473-1453) – przyjaciel Lutra, tworzył między innymi ilustracje do Pisma Świetego, do tzw. małego katechizmu, później masowo replikowane, czy naśladowane przez innych artystów. Powstawały całe cykle drzeworytów, miedziorytów opowiadające o prawdach wiary i życiu Chrystusa, przeważnie opatrzone wyjaśniającymi podpisami. Obrazy na ścianach kościołów luterańskich nie były rzadkością, Biblie luterańskie, coraz bardziej dostępne dzięki wynalazkowi druku, zawierały liczne ryciny, a w domach luteranów wisiały ku nauce obrazy i ryciny przedstawiające sceny ze Starego i Nowego Testamentu.

Nigdy jednak te obrazy nie mogły być otaczane czcią. Nie były też, przynajmniej w tym odłamie reformacji, uznawane za emanację Boga, czy efekt jego bezpośredniego wpływu na artystę.

Profesor opowiedział też o tym, jak przewrotnie, już po swojej śmierci, Marcin Luter zaczął sam być elementem obrazów luterańskich, na których jego status niekiedy równy był przedstawianym na nich apostołom czy prorokom, a więc można by powiedzieć że obrazy te „obrazoburczo” zrównywały jego odnowę kościoła z treściami Pisma Świętego. Czy Luter przewracał się wtedy w swoim grobie …. nie wiemy.


Lucas Cranach. Ołtarz kościele miejskim pod wezwaniem św. Piotra i Pawła, Weimar, 1555

Kościół Katolicki pozwala, zawsze pozwalał, na przedstawianie wizerunku Boga i świętych. Uzasadnił to między innymi św. Jan Damasceński: „Niegdyś Bóg, który nie ma ani ciała, ani twarzy, nie mógł absolutnie być przedstawiany na obrazie. Ale teraz, gdy ukazał się nam w ciele i żył wśród ludzi, mogę przedstawić na obrazie to, co zobaczyłem z Boga…” („De sacris imaginibus orationes”). Kościół mówi przy tym wyraźnie, i w dokumentach kolejnych soborów, począwszy od soboru Nicejskiego, i w Katechizmie, czym są obrazy zawierające treści religijne i czemu mają służyć. Nie wolno im przypisywać władzy, ani oddawać czci, należnej tylko Bogu. „Obrazom nie oddaje się czci religijnej ze względu na nie same jako na rzeczy, ale dlatego, że prowadzą nas ku Bogu, który stał się człowiekiem. A zatem cześć obrazów jako obrazów nie zatrzymuje się na nich, ale zmierza ku temu, kogo przedstawiają” (Św. Tomasz z Akwinu)

Wielu z nas słuchając wykładu i odnoszących się do niego komentarzy, zapewne zastanawiało się nad naszym – katolików – stosunkiem do sztuki sakralnej. I oczywiście musiały przyjść na myśl otaczane nabożeństwem cudowne obrazy. Padły z sali tyczące się tej sprawy pytania. Profesor odpowiadał, że jest różnica miedzy kultem obrazów (bałwochwalstwem), kiedy to czci się samą rzecz, a otaczaniem szczególnym szacunkiem pojedynczych obrazów, z którymi kojarzone są cuda uzdrowienia, wysłuchania próśb. Nie do końca mnie przekonał. Tę różnicę, językowo, terminologicznie można zadekretować, ale w życiu granica łatwo się zaciera.

Wydaje mi się, że wielu ludzi, wbrew nauczaniu Kościoła, właśnie kultem (w potocznym znaczeniu tego słowa) otacza niektóre obrazy czy figury. Nie są one traktowane jako przypomnienia sfery metafizycznej, boskiej. Ludzie uważają, że ten właśnie konkretny kawałek drewna czy płótna ma właściwość czynienia cudów, uzdrawiania. Pewno to bardzo różnie bywa i mieni się setkami odcieni, od człowieka do człowieka. Ale jednak takie zjawisko możemy obserwować. Jest też ono podtrzymywane, może nawet niekiedy niebezpiecznie wzmagane, przez sam Kościół, poprzez rozmaite towarzyszące uwielbieniu obrazów ceremonie. Czy jest to duży problem w naszym współczesnym katolicyzmie? Co Państwo o tym sądzicie?

Kościół Pokoju w Świdnicy (Dolny Śląsk)

Zachęcamy do odsłuchania wykładu prof. Krasnego i dyskusji po nim:

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.