Posted on: 11 czerwca 2017 Posted by: Paweł Stachowiak Comments: 0

Powiem to na początku, aby już później nie wracać. Instrumentalne używanie nagrań z prywatnych spotkań dla realizacji politycznych celów jest przejawem zdziczenia życia publicznego, tym bardziej jeśli czyni to medium nazywające się „narodowym”. Co się mówi przy takich spotkaniach każdy wie i zapewne niewielu z nas miałoby prawo, aby jako pierwsi rzucić kamieniem. Jednak całej sprawy z ujawnionymi nagraniami rozmów z ks. Sową w roli głównej nie można zostawić z takim tylko wnioskiem.

Pamiętam, że niegdyś na półce z książkami mojego wujka – księdza znalazłem coś arcyciekawego. Niewielka książeczka pod tytułem „Decus clericorum”, czyli „zasady i formy współżycia z ludźmi dla duchowieństwa”, wydana gdzieś u końca lat pięćdziesiątych, jeszcze przed Soborem. Czytaliśmy to z kolegą, który notabene poszedł później do seminarium, zwijając się ze śmiechu, takie to było niedzisiejsze. Ksiądz miał być wedle zasad tam zawartych kimś z innego świata. Sama formuła „ludzie vs. duchowieństwo” wiele o tym mówi. Te wymogi perfekcyjnego samoopanowania w słowach, gestach, ubiorze, wszystko miało budować obraz księdza, jako osoby z innej, wyższej, szlachetniejszej sfery rzeczywistości. Stosunki ze świeckimi były obwarowane szczególną ilością zastrzeżeń, które można podsumować słowami: umiar i wstrzemięźliwość. Duchowny w każdej, nawet najbardziej nieformalnej sytuacji nie powinien zapominać aby: „nikogo nie gorszyć, lecz przeciwnie, oddziaływać na wszystkich wychowawczo.”

Przeżytek dawnej, poddanej konwenansom, epoki, godzien odrzucenia jako instrument budowania dystansu, szkodzący pracy duszpasterskiej. Wszak pasterz winien „pachnieć owcami” jak mawia papież Franciszek. No cóż, księżowskie konwenanse w towarzyskiej rozmowie z całą pewnością nie są dla ks. Sowy problemem. Wydziela zapach całkiem identyczny z tym, który możemy poczuć od jego interlokutorów! Oczywiście od razu rodzi się pytanie, czy kapłan winien być kapłanem w każdej sytuacji i w każdym towarzystwie? Czy zawsze powinien pamiętać o swej, jak to kiedyś powiadano, „kapłańskiej godności”? Odpowiedź zdaje się oczywista. Jeśli traktuje swoje kapłaństwo jako powołanie a nie jako profesję, to zdecydowanie tak. I nic tu nie ma do rzeczy jakże często używana przez wielu duchownych samousprawiedliwiająca fraza: „ksiądz jest też człowiekiem”. Faktycznie jest, ale jego kapłaństwo nie jest zawodem. Rzecz jest niby oczywista, księża słyszą o tym zapewne na co drugich rekolekcjach, mówił o tym dobitnie w warszawskiej archikatedrze, w 2006 r. Benedykt XVI, ale problem pozostaje. Nazywa się zeświecczenie. Zła jest sytuacja, w której ksiądz tylko marginalnie, albo zgoła wcale nie zajmuje się praca duszpasterską, kiedy spełnia się w działalności medialnej, biznesowej, naukowej, budowlanej albo uprawiając rozliczne hobbies. Sam znam takich, którzy najwięcej czasu i energii poświęcają podróżowaniu (niekiedy są to specyficzne rodzaje pielgrzymek, np. na Hawaje śladami św. Ojca Damiana), samochodom i motocyklom, produkcji nalewek, hodowli pszczół etc. Może warto byłoby pamiętać, że święcenia kapłańskie są zobowiązaniem nie tylko w murach świątyń, ale również na lunchu u Sowy. Może „decus clericorum” nie jest dziś całkiem anachroniczny?

No i nareszcie zaangażowanie polityczne. Wyobraźmy sobie sytuację, że w podobnych okolicznościach nagrany zostaje jakiś duchowny z kręgów bliskich układowi dziś rządzącemu. I snuje refleksje, jak to wykończyć „Wyborczą”, kto, w jakiej spółce i za ile powinien zasiąść, i że zamiast staropolskiego „dalibóg” okrasza swe wynurzenia równie staropolskim słowem na k… Jak wielu z nas zamiast uczucia zażenowania poczułoby raczej jakże przyjemne „Schadenfreude”? Byłoby czymś bardzo złym gdybyśmy ocenę postaw i zachowań bliźnich opierali na fundamencie naszych politycznych sympatii i antypatii. Wszak „Amicus Plato, sed magis amica veritas”

comments

Leave a Comment