Posted on: 28 lutego 2016 Posted by: Filip Biały Comments: 0

Jednym z głównych tematów politycznych ostatnich miesięcy jest triumfalny pochód Donalda Trumpa ku nominacji w wyścigu do amerykańskiej prezydentury. Multimilioner zwycięża w kolejnych prawyborach, przyciągając do siebie wyborców znużonych między innymi „terrorem politycznej poprawności”.

Trump „mówi jak jest” – a przynajmniej sam mówi, że tak właśnie mówi. Fenomenowi teflonowego magnata budowlanego, który zyskuje w sondażach bez względu na to, jaką bzdurę wypowie i kogo w danym tygodniu obrazi, poświęcono już tysiące publicystycznych analiz. On sam stwierdził, że ludzie zagłosowaliby na niego nawet, jeśli zastrzeliłby człowieka na Piątej Alei.

Niedawno głośno było o słowach papieża Franciszka, który ststwierdził, że nie zasługuje na miano chrześcijanina ten, kto stawiać chce mury zamiast mostów. Donald Trump postuluje postawienie muru na granicy z Meksykiem, nic dziwnego więc, że – mimo późniejszych zaprzeczeń rzecznika Watykanu – wypowiedź Franciszka uznano za bezpośredni przytyk do Amerykanina.

Trump odpowiedział tak, jak zwykle, czyli atakiem. Odnosząc się do słów papieża, stwierdził, że „kwestionowanie czyjejś wiary przez przywódcę religijnego jest czymś haniebnym”. Po paru dniach wprawdzie złagodził nieco stanowisko, jednak uznać należy to wyłącznie za wyraz politycznej kalkulacji. Ubliżając głowie Kościoła, trudno jednocześnie liczyć na głosy katolików.

Political correctness gone mad

Śledząc przedwyborcze triumfy Donalda Trumpa zastanawiać można się, czy rzeczywiście nie zawdzięcza on swojego powodzenia dominacji tego, co zwykło określać się mianem „poprawności politycznej”. Gdyby nie nacisk „mainstreamowych” (tj. lewicowych) mediów i polityków na unikanie w debacie publicznej pewnych określeń i postulatów, być może Trump, który w nosie ma wszelką poprawność, nie wydałby się wyborcom tak atrakcyjny.

Sednem poprawności politycznej nie jest jednak zmiana języka, którym wolno posługiwać się w sferze publicznej. Zmiana ta jest wtórna wobec uświadomienia sobie, że w dzisiejszych czasach biali ludzie wciąż posiadają niesprawiedliwą przewagę wobec mniejszości etnicznych. I to właśnie wobec ciągłego wytykania im ich „white priviledge” buntują się popierający Trumpa wyborcy. Pośród nich wielu jest przedstawicieli najgorzej zarabiających grup, którzy – mimo białego koloru skóry – wcale nie czują się uprzywilejowani.

Wszelkie statystyki i studia przypadków – od wysokości wynagrodzeń po skład amerykańskiego Kongresu i listę aktorów nominowanych do Oscara – wskazują jednak, że mniejszości etniczne w kraju mieniącym się światowym liderem demokracji wciąż nie są adekwatnie reprezentowane. A przecież kompozycja etniczna społeczeństwa amerykańskiego dynamicznie się zmienia. W ciągu ostatnich kilkunastu lat liczba ludności latynoskiej wzrosła z 35 do prawie 56 milionów. Stanowi to ok. 17% całego społeczeństwa, tymczasem odsetek Latynosów w Kongresie wynosi 8%. To zatem nie Donald Trump, a odsądzana – głównie przez białych, heteroseksualnych mężczyzn – od czci i wiary, zwracająca uwagę na tę i inne niesprawiedliwości, poprawność polityczna ma na celu wyrażenie pewnej prawdy o rzeczywistości.

Filozofowie o śmiechu

Odejdźmy jednak na moment od polityki. Wiele osób, wśród nich tak prominentni komicy jak John Cleese (kolejny biały heteroseksualista), uznaje, że poprawność polityczna zabija komizm. Dziać się ma tak dlatego, że ograniczeniu ulega zakres ludzi i zjawisk, z których wolno nam się dziś śmiać.

Cleese zapomniał chyba, co sam mówił w jednym z odcinków Latającego Cyrku Monty Pythona. A wspominał tam o Bergsonowskiej koncepcji śmiechu, stanowiącej – cytuję tu Cleese’a, a nie Bergsona – „społeczną sankcję za nieelastyczne zachowanie”.

Rzecz bowiem w tym, że śmiech, który wydaje się nam najbardziej pozytywną, a przez to niegroźną emocją, nie jest wcale czymś niewinnym. Historycy emocji (są tacy) przypominają, że już renesansowi myśliciele wskazywali na związek śmiechu z pogardą i nienawiścią. Brytyjski historyk idei Quentin Skinner cytuje włoskiego humanistę z przełomu XV i XVI wieku, Baldassare’a Castiglionego, który pisał, że kiedykolwiek się śmiejemy, zawsze drwimy i kpimy z kogoś lub czyichś słabości. Inni pisarze tej doby uznawali, że śmiech wywołują czyjaś brzydota, deformacja czy nieszczerość, które to cechy wiodą nas do uczucia pogardy. Dla filozofów takich jak Kartezjusz czy Hobbes, śmiech wiąże się z poczuciem własnej wyższości.

Jeśli przeniesiemy się teraz do przełomu wieku XIX i XX, sięgnąć możemy do zbioru trzech esejów pod wspólnym tytułem Śmiech, którego autorem był francuski filozof Henri Bergson. To właśnie do wyłożonej tam koncepcji odwoływał się niegdyś John Cleese. W wydanej w 1900 roku książce Bergson przywołuje przykład biegnącego ulicą człowieka, który potyka się i upada – ku uciesze innych przechodniów. „Śmiech wziął się stąd”, pisze Bergson, „że on znalazł się na ziemi mimowolnie. Śmieszy nie tyle nagła u niego zmiana postawy, mimowolność tej zmiany; śmieszy jego niezdarność. Prawdopodobnie kamień leżał na drodze. Trzeba było zmienić krok lub wyminąć przeszkodę. Atoli przez brak gibkości, przez roztargnienie, upór ciała, wskutek usztywnienia lub nabranego rozpędu, mięśnie wykonywały nadal te same ruchy, gdy nowe okoliczności żądały czegoś innego. Dlatego ów człowiek upadł i roześmieli się przechodnie”.

Usztywnienie dotykać może nie tylko mięśni, lecz także i myśli. Jeśli i one zdają się odbierać człowiekowi giętkość, wywołują śmiech widowni. Tak właśnie stało się w jednej z debat republikańskich w USA. Gubernator stanu New Jersey, Chris Christie, wykpił jednego z konkurentów, Marco Rubio, ponieważ ten ostatni, zamiast odpowiadać na zadane pytanie, kilkakrotnie powtórzył wyuczoną, opracowaną przez PR-owców formułkę.

Śmiech pełni zatem pewną społeczną funkcję. Ma doprowadzić do przywołania delikwenta do porządku. Problem w tym, że ów porządek nie jest czymś obiektywnym i niezmiennym. Jest on uwarunkowany historycznie, społecznie, kulturowo i politycznie. I żeby jeszcze nieco zamącić kreślony obraz – we współczesnych społeczeństwach funkcjonują bardzo różne, właściwe różnym grupom czy klasom koncepcje „porządku”. Dlatego z jednej strony wyborcom liberalno-lewicowym Donald Trump może wydawać się śmiesznym, niepoważnym kandydatem, z drugiej zaś strony, wyborcy oczekujący przekazu populistycznego, śmiać mogą się z obrażanych przez tego polityka grup i osób.

Czy zatem, zdając sobie sprawę z tej nie zawsze oczywistej roli śmiechu, wciąż jeszcze możemy się śmiać, pozostając zarazem poprawnymi politycznie? Oczywiście, że tak! Rzecz w tym, że ewolucji ulec musi także rodzaj uprawianego przez komików dowcipu. Nie bez przyczyny mówi się w ostatnich latach o przejściu z etapu ironii do postironii. Przez postironię rozumie się taki sposób konstruowania komedii, by przedmiotem śmiechu były nasze własne uprzedzenia. Anglosascy komicy, tacy jak Louis C.K., a zwłaszcza Stewart Lee pokazują, że jest to możliwe.

Dlatego, zamiast konkluzji, zachęcam do obejrzenia poniższego klipu.

comments

Leave a Comment