Posted on: 27 lipca 2010 Posted by: Jolanta Elkan-Wykurz Comments: 0

„Tak bardzo chciałbym postawić go przed oczyma tych z was, co go nie znali. Jego obecność bowiem zmieniała przestrzeń, w którą wchodził, nadawała nową spójność i nową, dodatkową siłę przekonywania jego myślom. Trzeba było wiele złej woli i daleko posuniętego stępienia duszy, by nie odczuć tej bijącej od Józka siły, co otwierała innym oczy i serce, wyzwalała w nich to, co lepsze, ogrzewała dusze”. Za te słowa Krzysztofowi Michalskiemu dziękuję. Nie znałam osobiście Tischnera, ale ten obraz człowieka będę mieć przed oczami.

Trudno o takiego drugiego

Brak dziś takiego, co by z każdym potrafił gadać; i z wierzącym i z niewierzącym; z profesorem i robotnikiem, z filozofem i politykiem, teologiem i z bacą; jak trzeba to i w obcych językach, ale przede wszystkim – po góralsku.

Brak takiego, co do każdego rękę wyciągnie, w każdym dobro, albo przynajmniej szansę na dobro zobaczy, takiego, co potrafi zawsze budzić nadzieję. Takiego, co by nam uparcie i zewsząd przypominał, że Pan Bóg nas wolnymi stworzył, i że to najcenniejszy dar, choć czasem niewygodny i okrutnie trudny.

Bo to filozof, co podobnie myśli znalazłby się niejeden, i teolog taki i góral mądry na pewno i ksiądz dobry, serdeczny, ludziom życzliwy i wykładowca, który przystępnie mówić potrafi i dobry ma kontakt ze studentami i człowiek po prostu, pełen humoru, dystansu do siebie i radości życia. Ale wszystko naraz w jednej tylko księżowsko-profesorsko-góralskiej osobie? Trudno o takiego drugiego.

Człowiek dialogu, człowiek wolności. Twórczy, myślą spekulatywną sięgający szczytów, a jednocześnie w najprostszy sposób potrafiący ją przekazać, wytłumaczyć. Co ważniejsze, filozofował na nasze dobro, dla nas filozofował, o nas się w filozofowaniu swoim troszczył. Pisał za św. Augustynem: „Myślenie jest jak światło, które jest nie tylko „czyimś światłem”, nie tylko światłem skierowanym „na coś”, ale przede wszystkim światłem „dla kogoś” Światło świeci komuś i sprzyja temu, komu świeci” Ojcowie Kościoła, którzy prowadzili dialog z myślą grecką, wyczuwali głębokie pokrewieństwo między przykazaniem miłości bliźniego a sokratejskim obowiązkiem myślenia. Miłość i myślenie mają to wspólne, że są jak światło, które „z góry zstępuje i świeci każdemu na ten świat przychodzącemu”.

Był niewątpliwie światłem dla nas. Wiedział, dokąd zmierza i czego szuka i za tym tropem biegł, wyłuskując swoją Prawdę z myśli filozofów i teologów od św Augustyna po Levinasa i Rahnera, od Mistrza Ekharta po Hegla, od Pascala i Kierkegaarda, do Ursa von Balthasara. Nie chodzi o to, by wszystkich tu wymienić, ale by uświadomić sobie rozpiętość i swobodę tej myśli. Cieszyło go, a nawet zachwycało, że w tekście czyimś znalazł właśnie to, czego szukał. Biegł po tekstach rożnorodnych, jak po upatrzonych kamieniach, skacząc z jednego na drugi przez strumień myśli filozoficznej i teologicznej, by najszybciej i najprostszą drogą, dotrzeć do brzegu, który widział, który go przyciągał.

W „Księdzu na manowcach” – późnej książce wydanej, gdy był już chory, składającej się głównie z artykułów drukowanych w Tygodniku Powszechnym w 1997 roku, Profesor przypomina trochę dobrego pasterza, zatroskanego o zagubione, lub mogące się zagubić owce. Śmiały to pasterz w szukaniu owiec: wlezie w każdą dziurę, wdrapie się na każdą stromiznę, jak trzeba skoczy nad przepaścią, jak trzeba przeczołga się nad nią po wąskiej półce. Nie boi się bagnistego gruntu, ani ciernistych krzaków. Czasem, wydawałoby się, stoi przed pionową ściana; a on o małą szczelinkę myśl zaczepi – i na równinkę jasną się wdrapie. Nie boi się wejść na teren przeciwnika nieżyczliwego i agresywnego, ba, chętnie tam wkracza z impetem – sam zawsze skory do zrozumienia, rozmowy, wyjaśnienia, choć nieraz wysunie polemiczny pazur. Wejdzie, gdzie tylko może, wszystko przepatrzy, oświetli, domyśli konsekwentnie do końca. I wszędzie postara się przekopać jakąś ścieżkę, a przynajmniej ją wskazać, a na pewno tak oświetlić teren, żeby każdy mógł sobie ją znaleźć. To już nie tylko umiłowanie mądrości, ale mądrość miłująca. A także śmiała. Śmiała w podejmowaniu tematów i śmiała w propozycjach ich rozwiązania.

Wobec adwersarzy

Wielu go oskarżało i miało mu za złe. Z jednej strony tacy, którzy atakując, bronili przed nim i polskość i kościół i moralność i wiarę, z drugiej tacy, którzy zarzucali mu niekonsekwencję, brak logiki i naginanie refleksji filozoficznej – do katolickich dogmatów. Sceptycy i agnostycy odnosili się do jego myśli, do jej horyzontów z szacunkiem (przynajmniej niektórzy), choć nie mogli zgodzić się na jej kierunek. Ich krytyka była profesjonalna, argumentacja rzeczowa – tylko założenia inne. Tischner odpowiadał z równym szacunkiem, wskazując, gdzie i dlaczego dochodzi do rozminięcia. Dyskusja ta była w zasadzie rzetelna; obie strony starały się używać rozumu, unikały personalnych ocen i starały się nie okazywać irytacji, mimo fundamentalnej różnicy przekonań.

Bardziej bolesne i o wiele trudniejsze były rozmowy z tymi, którzy wyrastali z tego samego pnia. Na manowcach chrześcijańskiej myśli było ciemniej, bardziej cierniście, Ale on śmiało wchodził tam ze swoim światłem nie bacząc na ból. I śmiało nazywał po imieniu to, co było (i jest) deformacją, skrzywieniem, wynaturzeniem ewangelicznie pojmowanego chrześcijaństwa.

Nie wiem, czy wielu dziś odważyłoby się powiedzieć, że sposób myślenia tych, co go oskarżają, a swoje poglądy nazywają „prawdziwie katolickimi”, to wynik zniewolenia świadomości naznaczonej wewnętrznym „homo sovieticus”. Że w ich ataku na Tischnerowską postawę wolności i otwartości (zarówno w myśli filozoficznej, jak i w działaniu polityczno-społecznym) przejawia się lęk przed własną wolnością.

Kto by się odważył, jaki ksiądz, jaki teolog, szukając fundamentów tego typu lękowego myślenia, naznaczonego zamknięciem, podejrzliwością, a w końcu agresywnością, sięgnąć po nietscheańską interpretację chrześcijaństwa, jako religii niewolników, religii resentymentu, religii człowieka ,który określa się, jako „skrzywdzony przez innych”.

Kto by się odważył w polemice skrytykować metodę takiej krytyki wskazując, ze jest to metoda leninowska (oczywiście stosowana nieświadomie), która używa w argumentacji „języka cynicznego”, a więc takiego, który „zależnie od sytuacji posługuje się językiem ideowym”. Taki język nie potrafi i nie zamierza być rzetelny, lecz demaskujący Zło. Pragnie więc zniszczyć wszystko, co wcześniej jako Zło zadekretował.

I wreszcie, kto poza nim odważyłby się pokazać, że owa podejrzliwość wobec Dobra i przekonanie o fundamentalnym złu jest dziedzictwem głęboko ukrytego a obecnego przez wieki w świadomości społeczeństw manicheizmu, a więc groźnej herezji (wydawałoby się dawno wygasłej i przezwyciężonej)? I że gdy myślenie podda się ideologizacji w przekonaniu, że walczy z wszechobecnym, ukrytym pod maską (np. masonerii, żydostwa, klasy posiadającej) Złem, w sprzyjających warunkach, w odpowiednim nasileniu doprowadzić może do zbrodni, takich, które miały miejsce w Oświęcimiu i na Kołymie? Zbrodni, które nie tylko zabijały fizycznie, ale systematycznie i z rozmysłem odczłowieczały człowieka; zbrodni popełnianych konsekwentnie choć coraz bardziej obłąkańczo, w wyniku przekonania jednych o nieodwracalnym naznaczeniu innych przez ukryte, podstępne zło.
Poraża taka odwaga, jak poraża myśl, że wynikająca beste online casino z „manichejskiej” świadomości klaustrofobia, agresywność, a wreszcie niewolnicze poddanie się idei, naprawdę może zaowocować zbrodnią. Ale przecież już tak było. Dlatego – powiada Tischner – za każdym razem, gdy się takie myślenie pojawi, ten, kto je widzi ma obowiązek moralny uporczywie, głośno, do znudzenia powtarzać, wskazując na konkret: Uwaga, niebezpieczeństwo! I On to robił.

Wbrew temu, co o nim mówiono, niewątpliwie kochał Polskę, zwłaszcza rodzinne Podhale, niewątpliwie był księdzem do dna serca, niewątpliwie wiara Jego była niepodważalna i dobre rodziła owoce i niewątpliwie mówiąc tak straszne i bolesne rzeczy miał na myśli także, czy przede wszystkim dobro i pragnienie wyzwolenia swoich adwersarzy.

Powiew odwagi myślenia

W oparciu o myśl Rozenzweiga i Levinasa, dwóch myślicieli żydowskich, z których każdy w swoim czasie przeżył wstrząs zetknięcia odczłowieczającą zbrodnią, szukał Tischner nowego sposobu myślenia o człowieku, nowego, właściwego, trafnego języka dla opisu i zrozumienia ludzkiego istnienia. Ontologia nie wystarcza. By opisać celowość, sensowność ludzkiego bycia, -powiada – potrzeba kategorii, która wskazywałaby na Dobro; pojawia się agatologia – antropologia Dobra. Pytanie o „bytowość swiadomosci”- unieruchamia i izoluje ludzkie Ja. Ja może zaistnieć, jako określające się wobec Ty, kształtowane przez dynamiczną wymianę z Ty, realizujące się w My. Pojawia się filozofia dialogu. Z niej rodzi się taka kategoria, jak na przykład „wdzięczność”, wyraźnie wskazującą na relację międzyosobową angażującą serce.

Oto odwaga – wejść (wraz z doborowym towarzystwem) na całkiem nowa ścieżkę myśli, która zrywa ze ścisłym rozdziałem filozofii i teologii, etyki i ontologii, politologii i metafizyki. Myśl Tischnera staje niejako w poprzek dotychczasowemu porządkowi filozoficznego myślenia, (który Profesor zna doskonale, jak mało kto i ceni), widzi jego niewystarczalność, niedostatek, niemożność. Naraża się nawet na zarzut nielogiczności, niejasności i pomieszania dziedzin – choć jasno widzi ku czemu i dlaczego zdąża. Wykracza poza zamykający język definicji; stwarza (czy współtworzy) nowy język, bliski poezji, o wiele trafniej ujmujący nieopisywlną nieomal, dynamiczną rzeczywistość ludzkiego JA we wszystkich, dostępnych jakiemukolwiek słowu wymiarach.

Tischner używa (za innymi, a czasem od siebie tylko) nowych kategorii, by dotknąć celnie słowem rzeczywistości ludzkiej i ludzko-boskiej, w której żywa wymiana między osobami jest nie tylko dialogiem umysłów, ale także, a może przede wszystkim dialogiem serc: wspaniałomyślność, dar, ofiara, wdzięczność, miłość, zawierzenie, wyzwanie; a te które w filozofii są obecne; Dobro, rozum (myśl),wolność, wybór pozwala rozumieć w nowych wymiarach.

Równie śmiało, jak porusza się po terenie ludzkiego, świata (zarówno w jego społeczno-politycznym konkrecie, jak i metafizycznym wymiarze), wkracza Tischner myślą w „wewnętrzne życie Boga”. On nie tylko się fascynuje wielkimi Mistykami, ale i sam wraz z nimi „wsadza głowę do środka Trójcy Świętej”.

Ja nie mam takiej odwagi. Ale czuję jej powiew czytając. Gdy się czyta rozważania o wewnętrznym życiu Boga, o dialogu Osób w Trójcy, nie tyle Jednością, co Pojednaniem będących, o Inności Trzech, co absolutnie Inni i absolutnie Identyczni, a nawet, że (po heglowsku myśląc) by mogli się pojednać, muszą być sobie wrodzy(!), czy choćby przeciwstawni – to zapiera dech ta odwaga. Tischner rzucił się prosto w Tajemnicę jak dziecko w ramiona Taty. Ze swobodą i śmiałością dziecka pewnego miłości rodzica.

Jest takie piękne greckie słowo: paressia (śmiały przystęp, śmiałość). Po góralsku trzebaby chyba powiedzieć śleboda. Tischner miał tę ślebodę czyli śmiały przystęp do Boga. I z tej śmiałości rodziła się zażyłość, która owocowała pełną miłości wiedzą i rozumieniem. A stąd już śmiały przystęp do każdego tematu i do każdego działania, a nawet śmiałe wstąpienie w chorobę i śmierć.

Brak Tischnera. Brak Tischnera? Gdzie, na jakim polu? Może na moim, albo Twoim? On sam powiedziałby – jeśli narzekasz na brak autorytetów- zostań nim! No właśnie.

Jolanta Elkan-Wykurz (Łódź)
E-mail: siliano.sil@gmail.com

comments