Posted on: 2 października 2016 Posted by: Jolanta Elkan-Wykurz Comments: 0

jola_elkanŁk 17, 5-10 

Apostołowie prosili Pana: «Przymnóż nam wiary». Pan rzekł: «Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”, a byłaby wam posłuszna.

Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: Pójdź i siądź do stołu? Czy nie powie mu raczej: Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił? Czy dziękuje słudze za to, że wykonał to, co mu polecono?
Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać».

Miałam pewne przeczucia co do słów o ziarnku gorczycy, ale nie byłam ich pewna, aż znalazłam u Tomasa Halika (Noc Spowiednika, Katowice 2007, rozdział „Daj nam małą wiarę”) potwierdzenie. Toteż skorzystam z tego tropu.

Pytanie apostołów sugeruje, że Jezus odpowiadając, mówi im o tej przymnożonej, wielkiej wierze: przenosi góry, z korzeniami wyrywa i przesadza drzewa. A jednocześnie porównuje ową potężną wiarę do najmniejszego, znanego im ziarnka. Wychodzi na to, że Apostołowie nie maja nawet cząstki tego ziarnka, bo takich cudów nie potrafią czynić.

Mamy tu do czynienia z paradoksem, jakich pełne są wypowiedzi Jezusa. Wejdźmy więc weń i przyjrzyjmy się bliżej. Jezus mówi wierze, która ma wielką moc. Wbrew pozorom nie jest ona wielka -jest mała, maleńka, jak ziarno gorczycy. A więc im mniejsza wiara, tym większa moc? Co to może oznaczać?

Przyjrzymy się wielkiej wierze. Jest pewna siebie. Jest zadufana w sobie i nieprzejednana. Feruje wyroki w Imię Boże.

Wczoraj obejrzałam film oparty na prawdziwiej historii z życia pewnej starszej Irlandki. W latach pięćdziesiątych, w pewnym irlandzkim klasztorze znajdowały „schronienie” osamotnione ciężarne dziewczyny i kobiety. Tam rodziły dziecko. Przełożona pilnowała, żeby żadna z sióstr podawała im środków uśmierzających ból przy skomplikowanych porodach. Często kończyły się one śmiercią matki i dziecka, ponieważ nie wzywano lekarza. Przełożona uważała, że cierpienie przy porodzie, to pokuta za grzech nieczystości i cudzołóstwa. Mało tego – dziewczęta musiały odpracować opiekę przez 4 lata tyrając przy najcięższych pracach. To też był rodzaj pokuty i zarazem wdzięczności wobec sióstr. Mało tego: ich dzieci(z którymi widywały się tylko godzinę dziennie) bez ich wiedzy i ku ich rozpaczy były oddawane do adopcji. Tytułowa bohaterka, która w ten sposób utraciła dwuletniego synka, próbuje go odszukać po 50 latach, z pomocą byłego dziennikarza BBC. Filomena wiele lat wcześniej, parokrotnie jeździła do tego klasztoru z nadzieją, że czegoś się dowie o utraconym dziecku. Siostry zawsze mówiły, że nie ma żadnej wiadomości, a dokumenty spłonęły. Tym razem także powtarzają to samo. Nie dopuszczają do kontaktu z matką Przełożoną, tą samą od 50 lat, która może pamiętać tamto wydarzenie. Z innego źródła dziennikarz dowiaduje się, że dzieci były adoptowane przez Amerykanów. Odnajdują ślad syna Filomeny, jadą do USA i dowiadują się, że kilka lat wcześniej zmarł on na AIDS. Docierają do jego wieloletniego partnera i przyjaciela. Ten zapewnia, że zmarły przyjaciel wielokrotnie był w Irlandii, w klasztorze, i szukał matki, ale siostry mówiły, że nie mają z nią żadnego kontaktu; ze został porzucony w niemowlęctwie. Gdy zbliżała się śmierć, syn Filomeny pojechał do Irlandii, do klasztoru, który uważał za swój prawdziwy dom, by tam, umrzeć i tam zostać pochowanym. I na cmentarzu klasztornym jest jego grób!

Wracają więc do Irlandii, do klasztoru, by matka mogła pomodlić się na grobie syna. Jednakże dziennikarz włamuje się do pokoju Matki Przełożonej, robi awanturę, a wreszcie pyta, czy, pomijając wszystko inne, taka podłość, jak uniemożliwienie kontaktu matki z umierającym synem jest chrześcijańska. Z niezwykłym, mocnym przekonaniem i pewnością siebie, z wielka WIARĄ staruszka odpowiada, że całe życie dochowywała Bogu wierności, zawsze żyła w czystości i umartwiała się. Asceza i cierpienie zbliżają do Boga; Filomena i inne kobiety w ten sposób odpokutowują swój grzech. Tak, to jest chrześcijańskie!

Przywołuję ten film, bo na jego przykładzie jasno widać, do jakiego okrucieństwa i krzywdzenia innych z premedytacją, w imię Boga, może doprowadzić wielka, nieprzejednana i pewna siebie wiara!

A mała wiara? To wątpliwości, niepewność, czasami ciemność i opuszczenie; to wymaganie raczej od siebie niż od innych. Mała wiara nigdy nie stawia siebie na miejscu Boga. Nigdy nie feruje wyroków. Liczy na miłosierdzie i stara się być miłosierna. Przede wszystkim słucha, potem, jeśli to konieczne – naucza. Służy, a nie wymaga służenia. Jest cicha i czasem zupełnie niewidoczna dla świata, a powoduje w świecie ogromne zmiany- nieomal przenosi góry. Zamiast komplikować i mnożyć barokowe formy pobożności (i-jak to bywa w przypadku wielkiej wiary-wymagać tego od innych)- staje się coraz prostsza, coraz cichsza i coraz bardziej ufna. Taka wiara przeszła przez Drogę Krzyżową niepewności, przez Krzyż ciemności i milczenia Nieba, została ogołocona ze wszystkich podpórek. Cierpienie i doświadczenia sprawiły,że jest prosta i pokorna. Ten, kto ma taka wiarę, pracując od świtu do nocy uważa się za bezużytecznego sługę.

Ta wielka, która zakorzeniona w praktykach pobożnościowych, przywiązana do tego, a nie innego budynku, do takiej, a nie innej formy pobożności, puchnie od zewnętrznych znaków. To wiara powierzchowna. Aby ukryć przed sobą płynące z głębi wątpliwości i niepewność (a któż ich nie ma?) zagłusza je krzykliwością, rozrostem form, głośnym, publicznym osądzaniem innych. Rozprasza się w zewnętrznych znakach i człowiek taki ma zaburzony kontakt z Bogiem. Wtedy może krzywdzić, nawet zabijać bliźnich w Jego Imię.

Mała wiara nie osądza, nie rozkazuje, nie przymusza. Pokornie i ufnie zawierza Bogu.

Taka jest wiara świętych. Taka była wiara Małej Tereni, którą wspominaliśmy wczoraj; taka była wiara Franciszka z Asyżu, którego wspominać będziemy za dwa dni. I taka była wiara Faustyny, – patronki z 5 października. Wystarczy rozejrzeć się po życiorysach tych najbliższych świętych, żeby zobaczyć na czym polega małość i na czym polega potęga takiej wiary!

Teresa Martin, która ukryła się przed światem w piętnastym roku życia, która tak młodo zmarła cierpiąc wiele, żyła miłością, ufnością, pokorą, stając się coraz prostszą. Jako karmelitanka nie posiadała nic własnego i do niczego nie była przywiązana. Przeszła przez noc wiary, oraz przez najgorsze pokusy ateistów (choć żadnego ateisty nie znała). Umierając w męczarniach mówiła „Już nie pragnę ani cierpienia, ani niecierpienia. Chcę tylko pełnić Jego wolę” Służebnica doskonała! Zostawiła po sobie Żółty Zeszyt zapisków, które robiła pod posłuszeństwem na polecenie Matki Przełożonej. Co za oszczędność znaków! A jaki plon ogromny! Ile nawróceń! O tak, przenosiła i przenosi góry.

Franciszek nie chciał nawet zostać księdzem, czując się niegodnym kapłaństwa- za małym. W dziecięcej prostocie i pokorze założył zakon wędrownych kaznodziejów, żyjących o żebranym chlebie. Chcieli być najmniejsi i najbiedniejsi. Biedaczyna także żył miłością, kochając nie tylko każdego człowieka, nie lękając się przytulać nawet trędowatego, ale miłując całe Stworzenie. Bliski śmierci, wpół ślepy, cierpiąc (stygmaty bolą) ułożył Pieśń Słoneczną – miłosną pochwałę całego stworzenia, wraz ze śmiercią, którą nazwał . A umierał jak chciał, położony na ziemi z kamieniem pod głowa- całkowicie ogołocony. Sługa nieużyteczny. A czy przenosił góry?

Całe wsie i miasta szły za Franciszkiem, powstały ogromne zakony męskie i żeńskie, czynne i żywe także dzisiaj. Powstał Trzeci Zakon- świeckich, żyjących duchem Franciszka. A wreszcie – Jorge Bergoglio, gdy został papieżem – w natchnieniu przyjął Jego imię. A więc Jego duchowość. Miłość. Prostotę. I małość. Co widzimy na własne oczy!

Faustyna- ledwie piśmienna wiejska dziewczyna, najpierw pasąca krowy,, potem służąca w mieszczańskich domach, potem najmniejsza z zakonnic. Pokorna tak bardzo, że nie dowierzała spotkaniom z Jezusem, dopóki spowiednik jej nie uspokoił i nie kazał spisywać tych rozmów. Przytłoczona tym, co ją spotyka, nie była pewna do końca- choć spowiednika posłuchała. Uważana przez inne siostry za wariatkę, pogardzana, niezrozumiana, umierała w całkowitym osamotnieniu.

A przecież wizjonerka, ołówek Jezusa, głosicielka Bożego Miłosierdzia. Jak wielki odzew znalazło jej orędzie! Jak bardzo czczone jest na całym świecie Boże Miłosierdzie, ile zrodziło dobrych owoców rozpowszechnienie nabożeństwa i obrazu! Ilu ludzi zdruzgotanych własnym grzechem uratowało! Ilu kapłanów wyzwoliło z nadmiernej surowości! Mała Faustynka przeniosła niejedną górę.

 

Jeśli więc mamy prosić o jaką wiarę, to o małą, jak ziarnko gorczycy, a pełną mocy! Taką, która mimo wątpliwości, cierpień, ciemności, da nam siłę, by służyć innym w pokorze i prostocie. I nigdy się tą służbą nie chlubić – zawsze uważać, że spełniamy tylko swój obowiązek.

 

 

comments

Leave a Comment