Posted on: 26 listopada 2017 Posted by: Rafał Pikuła Comments: 0

– Zamierzam publicznie mówić, co o tym wszystkim myślę. Czuję, że mam obowiązek wobec kraju – zadeklarował pod koniec 2015 roku prof. Adam Strzembosz, prawniczy autorytet, pierwszy prezes Sądu Najwyższego i przewodniczący Trybunału Stanu w latach 1990-1998. Z tego obowiązku powstała ta książka – rozmowa młodego prawnika Stanisława Zakroczymskiego z nestorem jurydycznego świata.

Z prof. Adamem Strzemboszem rozmawia Stanisław Zakroczymski. Fot. Marcin Kiedio

Kiedy w 1998 roku prof. Adam Strzembosz przestał być pierwszym prezesem Sądu Najwyższego, to zniknął z przestrzeni publicznej. Nie komentował życia politycznego, nie zabiegał o zainteresowanie mediów. Dopiero kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego – i szerzej wokół władzy sądowniczej – przekonał profesora do aktywności. Głos prof. Strzembosza był wyczekiwany i ważny. W końcu rozmówca Zakroczymskiego, doświadczony pracą w sądownictwie PRL-u i III RP, dobrze wiedział, jak wiele od niezawisłości sądów zależy.

Naturalnie wywiad-rzeka nie skupia się tylko na analizie współczesnych, gorących wydarzeń. Rozmowa pozwala przyjrzeć się ciekawej biografii profesora: od przedwojennego sielskiego dzieciństwa, poprzez dramat holokaustu, trudny czas stalinizmu i moment odwilży, lata stabilizacji Polski Ludowej, po festiwal „Solidarności” i narodziny wolnej Polski.

Opowieści o życiowych decyzjach, trudnych postawach (bo jak być katolikiem w programowo ateistycznym państwie?) przyjaźniach, radościach i rozczarowaniach, mogą być dla czytelnika punktem wyjścia do ogólniejszych refleksji nad wartościami takimi jak sprawiedliwość społeczna, granice władzy sędziowskiej czy stosunki między władzą świecką a duchowną.

Życiowa droga profesora pokazuje jak skomplikowane były losy inteligenta w PRL-u. Wbrew wyobrażeniom wielu osób postawa wyprostowana była wówczas możliwa. Dla czytelników, którzy nie mogą pamiętać poprzedniego systemu, opowieści profesora stają się przypomnieniem, że świat nie był (i wciąż nie jest) czarno-biały. Lektura książki może być także cenną wskazówką, kiedy warto walczyć o kompromis, a kiedy bunt jest absolutną koniecznością.

Wyrazistość publikacji to zasługa Zakroczymskiego. Młody student prawa nie boi się pytać o sprawy trudne, niejednoznaczne, nieoczywiste (np.: dlaczego nie wybrał innej drogi życiowej, skoro sam uważał system PRL za niewłaściwy). W czasach, gdy spora część wywiadów-rzek to pisane z poziomu kolan laurki na zamówienie, książka „Między prawem i sprawiedliwością” odznacza się świeżością i błyskotliwością. Nie ma tutaj (zbyt wiele) miejsca na wymuszoną grzeczność i zbyteczną kurtuazję.

To ostatecznie dobra lektura na trudny czas. Stawiam ją na półce obok autobiografii prof. Karola Modzelewskiego „Zajeździmy kobyłkę historii. Wyznania poobijanego jeźdźcy” i „Warto być przyzwoitym” Władysława Bartoszewskiego. Na półce, którą mógłbym podpisać „autorytety”.

W końcu tych prawdziwych przewodników moralnych jest coraz mniej, rzadko pojawiają się w radiu i telewizji. Niekiedy bywają tak niewygodni, że z poziomu instytucji zamyka się im usta. Na szczęście ostają się w słowach. Dlatego warto mieć taką półkę z „literacką apteczką”.

 

Strzembosz Adam, Zakroczymski Stanisław
Między prawem i sprawiedliwością
Oprawa twarda
Liczba stron: 344
Wydawnictwo: Więź

Książka do nabycia tutaj.

comments

Leave a Comment