Posted on: 18 sierpnia 2017 Posted by: Paweł Stachowiak Comments: 0

Nie chce się wierzyć, że to już prawie 40 lat. Byłem wtedy w ostatniej klasie szkoły podstawowej w prowincjonalnym miasteczku południowej Wielkopolski, daleko od wielkich miast, daleko od centrów opozycyjnego zaangażowania. Wtedy przyszedł Sierpień 1980 r., dla mnie czas przyspieszonego dojrzewania, czas przebudzenia świadomości obywatelskiej, dni które ukształtowały moje poglądy a nawet rzekłbym wizję świata aż po dziś dzień. To był zaiste czas formacyjny, swoisty mit założycielski dla dni i lat późniejszego życia. Gwiezdny czas, gdy „serca w nas pałały”.

Dziś, wszelako, trudno już patrzeć na tamte czasy z podobnym idealizmem, czuć tę samą czystą nadzieję, jaką wtedy mieliśmy. Dziś pamięć o tamtym sierpniu budzi we mnie raczej wyrzuty sumienia, które wynikają z konfrontacji mitu przeszłości ze skrzeczącą rzeczywistością teraźniejszości. I wcale nie chodzi mi o to, co uczyniliśmy z pamięcią o tamtych dniach. Nie gorszą mnie spory ówczesnych bohaterów. Od wielu już lat kłócą się oni ze sobą, jakby zaprzeczając swojej legendzie. Taka jest ludzka przypadłość, walczyli ze sobą, zniesławiali się także powstańcy, listopadowi i styczniowi, konspiratorzy z POW i AK. Heroizm czasu walki nie wytrzymuje próby czasu wolności.

Prawdziwy wyrzut sumienia jest gdzie indziej. Zapomnieliśmy, co znaczyło wtedy słowo solidarność, jak rozumieli je strajkujący wówczas robotnicy, jak definiowali je wówczas intelektualiści. Kilka tygodni po podpisaniu porozumień sierpniowych tak ujął to ks. Józef Tischner, głosząc w katedrze wawelskiej homilię podczas Mszy św., w której uczestniczyli przywódcy rodzącego się NSZZ Solidarność: „Gdyby trzeba było jakoś bliżej określić znaczenie słowa >>solidarność<<, to należałoby chyba sięgnąć do Ewangelii i tam szukać jego rodowodu. Sens tego słowa określa Chrystus: >>Jeden drugiego ciężary noście, a tak wypełnicie prawo Boże<<. (…) Nikt nie jest samotną wyspą. Jesteśmy zespoleni nawet wtedy, gdy tego nie wiemy. Łączy nas krajobraz, łączy nas ciało i krew – łączy praca i mowa. Nie zawsze jednak zdajemy sobie sprawę z owych powiązań. Gdy rodzi się solidarność, budzi się świadomość, a wtedy pojawia się mowa i słowo – wtedy też to, co było ukryte, wychodzi na jaw. Nasze powiązania stają się wszystkie widoczne. Wtedy człowiek nosi na swych plecach ciężar drugiego człowieka”. Później wyłożył swoją wizję nowego kształtu relacji międzyludzkich i porządku społecznego w słynnej: „Etyce solidarności”, swoistym ideowym credo tego wielkiego ruchu społecznego, jakim była pierwsza Solidarność w latach 1980-81. Gdy dziś czytamy słowa Tischnera uderza nas w nich czysty, nieco patetyczny ton, pewna utopijność założeń jakby nie liczących się z ułomnościami ludzkiej natury. Odpowiada to jednak szczególnej atmosferze dni sierpniowych, gdy powszechny odruch buntu wyzbyty był jakiegokolwiek ducha agresji czy nienawiści. Cóż pozostało w nas z tamtej atmosfery?

Najgorszą być może przypadłością polskiego społeczeństwa jest to, co socjolodzy nazywają niskim poziomem społecznej partycypacji. Polacy mają problem z zaufaniem do innych, wykazują niski poziom zaangażowania w działalność rozmaitych organizacji, nie angażują się w życie publiczne tak masowo jak ma to miejsce to w wielu innych krajach. Niewiele też pozostało z dawnego poczucia solidarności, obywatele nie ufają władzy i jej instytucjom, skoncentrowani są na własnym sukcesie i powodzeniu. Jak bajka brzmią dziś historie z lat 1980 – 81 o tym, że strajk w imię potrzeb np. pracowników służby zdrowia podejmowali przedstawiciele innych grup zawodowych, bo przecież trzeba pomóc tym, którzy strajkować nie mogą. Jest jakimś bolesnym paradoksem, że osoby i środowiska, które wyrosły z ducha tischnerowskiej „etyki solidarności” po swym zwycięstwie w roku 1989 tak bezwarunkowo zaangażowały się w budowanie gospodarki i społeczeństwa opartego na neoliberalnej idei rywalizacji i dawania „wędki zamiast ryby”. „Solidarność” wychowała niezbyt solidarne społeczeństwo, które przeszło do porządku dziennego nad losem ludzi z upadających PGR-ów, fabryk, kopalni i stoczni. Wielu z nas pamięta to zachłyśnięcie się możliwościami, które zdawała się stwarzać uwolniona gospodarka w początku lat 90-ych. Każdy rodzaj indywidualnej działalności uchodził za coś lepszego aniżeli praca najemna, każdy, kto nie odniósł sukcesu był sam sobie winny. Związki zawodowe zaczęły uchodzić za kij wkładany w szprychy rozwijającej się gospodarki, uwierzyliśmy, że ochrona praw pracowniczych jest szkodliwa, że normą powinna być ciągła niestabilność zatrudnienia. Wzrost gospodarczy uczyniliśmy bożkiem zapominając o solidarności społecznej. Ekonomia ma swoje twarde prawa i zapewne nie dało się uniknąć dramatu wielu z tych, którzy stworzyli „Solidarność” a później stali się ofiarami jej sukcesu. Trudno jednak, aby „sierpniowym wyrzutem sumienia” nie było to, że tak niewiele pozostało w dzisiejszej Polsce ducha tamtej, sierpniowej solidarności. Dziś żyjemy w „domu podzielonym”, lękamy się, iż „ostać się nie może”, niestety Polacy funkcjonują w dwu różnych światach, mówią tym samym językiem, ale całe imaginarium obecne w ich świadomości jest całkowicie różne, mają różne autorytety, źródła informacji, mity fundacyjne. Staliśmy się dwoma narodami!

Czy to zapoznane dziedzictwo tamtego Sierpnia może nam dziś pomóc? „Żadnych złudzeń Panowie”, jak powiedział car Aleksander II podczas swej wizyty w  Warszawie w 1861 r. Nie wchodzi się powtórnie do tej samej rzeki. Wysoki diapazon ideowy czasów rewolucji nie jest w stanie przetrwać rzeczywistości dnia codziennego, wyzwań banalnej egzystencji, rewolucja nie może trwać wiecznie. Utopijna jest wiara w to, że można budować rzeczywistość pluralistycznego społeczeństwa w oparciu o ideały, które mobilizowały nas w czasach totalitaryzmu. Nawet, jeśli dziś odgrywamy rytuały lat 80-tych, wznosimy ręce w geście „V”, recytujemy „patriotyczną poezję”, śpiewamy „Ojczyzno ma tyle razy we krwi skąpana”, to jest to puste teatrum, które minęło się ze swym czasem, które nawiązuje do realiów dawno minionych, spełnia oczekiwania tych, którzy najlepiej czują się w „czystej”, dychotomicznej, czarno – białej rzeczywistości i nie potrafią odnaleźć się w świecie wolnego rynku idei. Wiara w to, że pamięć Sierpnia 80 może być fundamentem jakiejś nowej „moralno politycznej jedności narodu” jest utopijna, ale poczucie, iż są sprawy, które winny nas łączyć, wobec których trzeba zawiesić wszelkie podziały i różnice, w obliczu których należy wykazać solidarność, to nie jest utopia. Poczucie, iż istnieje pewne minimum, fundujące naszą wspólnotę, właśnie to powinno być lekcją Sierpnia 80 dla nas, tu i teraz.

comments

Leave a Comment