Posted on: 15 marca 2014 Posted by: Jolanta Elkan-Wykurz Comments: 0

jola_elkanMt 17, 1-9 

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką osobno. Tam przemienił się wobec nich: Twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. 

A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. 

Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie”. Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: „Wstańcie, nie lękajcie się”. Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im, mówiąc: „Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie”.

Jak można się było w tym wszystkim połapać?

Zostali wybrani. Potem oślepił ich blask bijący z postaci Mistrza. Mało tego- pojawił się Mojżesz! I Eliasz! Tak, po prostu sobie rozmawiali z Nauczycielem. No, nie całkiem po prostu, bo w nieziemskim blasku!

Piotra przeniknęła błogość. Chciał jakoś ten cud ogarnąć, objąć, przytrzymać w zamknięciu! Może nawet jakoś nim zawładnąć, sprawić, by stał się czymś pewnym. Nie skończył jeszcze przedstawiać swojej propozycji, gdy rozmawiających zasłonił świetlisty obłok.

Boży namiot. Nieuchwytny. Zasłania i ukrywa, a nie ogranicza. Zasłania nie tkaniną, ale światłem. Obłok znany dobrze uczniom z Historii. Prowadził niegdyś Izraelitów uciekających z niewoli egipskiej! Obecność Boża, znana z opowieści stała się niewątpliwa i namacalna. I jakby tego było mało – odezwał się Głos. Głos, który wstrząsa pustynią Kadesz, który łamie cedry Libanu! „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie”!

Natężenie cudowności przekroczyło możliwości uczniów. Upadli na twarze drżąc z przerażenia. Może nawet troszkę zemdleli. Nie dostali jednak czasu na adaptację. Wszystko znikło. Tylko Nauczyciel, znów taki jak zawsze. Zdarzyło się to, czy nie?

A jeśli się zdarzyło- pierwsza myśl- natychmiast podzielić się ze wszystkimi! I znów zaskoczenie! Mają milczeć. Aż zmartwychwstanie? Co to w ogóle znaczy!

Jak bardzo musieli być oszołomieni i zmieszani uczniowie po tak ważnym, niezwykłym wydarzeniu! Czy w ogóle kiedykolwiek dotarł do nich jego sens? Jezus przecież nie zrobił NIC NIEPOTRZEBNEGO!

Być może dla Apostołów sens tego dnia zaczął się odsłaniać dopiero wtedy, gdy Duch rozjaśnił im w głowach i przemienił ich serca. Odsłaniał się stopniowo, w miarę ich zaangażowania. Odsłaniał się w działaniu, w wejściu w Testament, w wykonywaniu go. W znoju i niebezpieczeństwach głoszenia Ewangelii, w niewygodach więzienia, w podtrzymywaniu na duchu pierwszych chrześcijan -męczenników. W odwadze głoszenia Prawdy w każdej sytuacji, w pobycie na wygnaniu, a wreszcie w męczeńskiej śmierci. Tradycja mówi, że Piotr prosił, by ukrzyżowano go głową w dół, bo nie czuł się godzien umierać jak Pan… Być może dopiero wtedy, gdy resztką siwych włosów zamiatał ziemię, gdy świat odwrócił się do góry nogami, zobaczył jasność góry Tabor w jej Prawdzie i sensie doskonałym.

A co my rozumiemy z tego dnia, z Przemienienia?

Ewangelia przemawia do nas tajemniczo. Nie jest prostym oznajmianiem faktów. Nie jest „logiczna”. Obraz, którym operuje, nie zawsze jest jasny. Nie da się przeniknąć samym tylko rozumem. Symbole ewangeliczne dają nie tylko do myślenia. One przede wszystkim dają do działania. Nie pojmiemy przesłania Syna Bożego, jeśli nie pójdziemy Drogą, którą On wskazuje. Jeśli nasze TAK nie będzie jednocześnie zaangażowaniem z całym ryzykiem i pełną ufnością.

A gdy podarowane nam będą na Drodze momenty światła, olśnienia, umocnienia, gdy Pan zechce i nas wziąć ze sobą na chwilkę na gór Tabor czy to podczas mszy, czy na osobistej modlitwie, czy w Sobie wiadomy sposób- spróbujmy oprzeć się przemożnej pokusie, by zatrzymać tę błogość pod solidnym, statycznym namiotem trwania. By zaistnienie tej chwili opierać na solidnym obrzędzie, powtarzalności sytuacji, przewidywalnych skutkach naszych wysiłków, zapominając, że to chwila łaski nie od nas zależna. I spróbujmy odpowiedzieć na nią, otwierając się na dynamikę Bożych wydarzeń, wejść w tę dynamikę całym sobą, ciałem i duszą, sercem i umysłem, myśleniem i działaniem. Być gotowym na to, co przychodzi niespodzianie każdego dnia i każdej chwili; być gotowym tak na radość i uniesienie, jak na wysiłek, znój, niewygody, tułaczkę a wreszcie na cierpienie i śmierć, nawet krzyżową. Z żarem serca i z ufnością, że wszystko płynie z Jego Miłości, a sens góry Tabor zajaśnieje na końcu Drogi.

 

comments

Leave a Comment