Posted on: 11 października 2020 Posted by: Monika Mellerowska Comments: 0

Angelika Kuźniak przyzwyczaiła nas do biografii wybitnych postaci. Jej „Papusza”, wydana w 2013 roku o cygańskiej poetce Bronisławie Wajs otrzymała nagrodę w kategorii Inspiracja Roku w konkursie Melchiory, a „Stryjeńska. Diabli nadali” nominowana była w roku 2016 do Nagrody Literackiej „Nike”.

Tymczasem „Soroczka”, powstała z projektu rozmów i zapisu fotograficznego do Dużego Formatu zatytułowanego „Ja tam ze śmiercią oswojona”, jest zapisem rozmów z ludźmi zwyczajnymi o ubraniach śmiertelnych, o ich planach na śmierć i pochówek. „Soroczka” wreszcie, powstała z niedosytu stanowi zapis niematerialnych planów materialnej śmierci, osadzonej w nierealnym wymiarze wyobrażeń.

Nikt już nie śpiewa nad zmarłym

Najnowsza książka Angeliki Kuźniak wpisana jest w schemat Postludium. Dwanaście zwrotek tego requiem ludowego „Żegnam was wszystkie elementa” odpowiada dwunastu rozdziałom, a każdy z nich to odrębna opowieść o przygotowaniach na śmierć. To właśnie słowa tej pieśni pustonocnej, które pobrzmiewają jeszcze w pamięci autorki, prowadzanej przez Babcię na puste noce przy zmarłych otwierają poszczególne rozdziały, tym samym czyniąc tę pieśń lejtmotywem książki. Żywym wspomnieniem wspólnego śpiewania przy otwartej trumnie, kiedy jeszcze gromadzono się w domu nieboszczyka i wspólnie odprowadzano zmarłą duszę, pustkę po zmarłym zapełniając kilkugodzinnym, bywało, że całonocnym śpiewaniem pieśni.

Dwanaście rozmów, które w efekcie stają się swoistym katharsis bohaterów książki sprawia, że testament na życie (czy też raczej na nieżycie) staje się ostatnią spowiedzią, czymś nadrzędnym nad materialnymi przygotowaniami. Choć i te dla rozmówców Angeliki Kuźniak są istotne. Garnitur jeszcze ślubny, buty raz ubrane, albo ubierane od święta, suknie szyte na miarę, choć dawną, często już dezaktualizowaną, które wtedy olśniewały wiszą obok codzienności, czekając na swój czas, kiedy dusza zaśpiewa „żegnam was, pozostałe stroje”. Ten sam czas, którego chciałoby się uniknąć, choć wiadomym jest, że on nastąpi, bo już od pierwszego oddechu człowieka podskórnie rodzi się śmierć.

A wśród bohaterów rozmów Angeliki Kuźniak odnajdujemy tę, która niegdyś sama do trumny innych ubierała, i tego, który trumny innym zbijał, gospodynie wiejskie i mieszkańców miast, choć pewnie na wsiach urodzonych. Większość z nich zapewne przeżyła wojnę, o czym świadczą bolesne wspomnienia. Ale jest i ta, która pisze, czyli sama autorka „Soroczki”.

Z tytułową soroczką, koszulą zwaną śmiertelnicą, chciałoby się być złożonym w grobie. Tak, jak ona zaczyna do wyrastania z ziemi w postaci lnu, tak spocząć w tej ziemi, z której ona przyszła zataczając koło wiecznej przemiany. Łącząc życie ze śmiercią nitką nieustannego towarzyszenia nam. Ale nie każdy chce być gotowy na śmierć, jakby zaprzeczając jej nieśmiertelnej istocie wypiera ją poprzez zaprzeczenie.

Inaczej niż rozmówcy Angeliki Kuźniak, którzy dokładnie zaplanowali nawet stypę po swoim pogrzebie. W ich planach są więc ci, którzy przyjdą się pożegnać, o ile nie pójdą pierwsi w drogę bez powrotu – Z każdego domu ktoś będzie, najbliższe sąsiady, pieniądze odłożone na płaczki, bo te być muszą, żeby dobrze się śpiewało, płakało trochę też, byle nie za bardzo i w odpowiednim tonie, ale kiedyś to jeszcze płaczki przychodziły za darmo, i kieliszki do wódki zbierane latami – trzydzieści sztuk, każdy inny, sama uzbierałam – powie ta, która tka. Nic nie umyka uwadze osób, z którymi rozmawia autorka. Każdy gest, każda chwila pogrzebu już maluje się w ich wyobraźni – Jak będą wynosić nogami do przodu, trzy razy uderzą trumną o próg mówi ta, która ubiera. I ubrania kompletowane latami – i dobrze, oby jak najdłużej – gdzie przygotowany na tę ostatnią drogę strój trzeba prać, przerabiać, bo okazał się przyciasny, bywa, że zmienić, nitką podłapać i gumkę zaciągnąć. Wtedy będzie pasować. Niejednokrotnie nowe, z metką producenta jeszcze, spoczywają, zapakowane w folię na dnie szafy, albo wiszą obok tych codziennych, na życie jeszcze ubrań zakładanych. Jedni idą skromnie, inni wręcz odwrotnie – błyszcząco i bogato. Jeszcze inny ktoś chce stanąć przed Panem barwny i radosny, absolutnie nie na czarno, a kolejny wpisze się w żałobną, smutną konwencję otchłani czerni.

Moje życzenie — gdyby rodzina chciała

Jest w rozmówcach Kuźniak ta charakterystyczna starszym cichość, spokojne odchodzenie w cień już za życia. I bezproblemowość, podszyta planami i oczekiwaniami, ale jakby bez prawa do pretensji, jeśli plany się nie ziszczą. Są to ludzie pogodzeni z tym, że najmilsze zabawy pozostawiają za sobą, że wszystkie sprawy – rozwiązane i nie – już ich nie doganiają, choć raz w niedołężnej końcówce życia mogą coś wyprzedzić – przeszłość i jej bagaż. I tylko żal, że to najczęściej są plany jednego człowieka. W rozmowach pobrzmiewa smutek na brak akceptacji rodziny, często niewyrażonych głośno planów, i złość – na niezgodę tych wypowiedzianych. Może czasem tylko padnie gdzieś nieśmiała prośba o różaniec, ten sam, którego paciorki od lat przesuwają się między palcami, albo jakąś pamiątkową książeczkę do nabożeństwa – Do trumny dwie rzeczy chciałbym. Różaniec i książeczkę. Mam taką od pierwszej komunii. Swoiste artefakty przeszłości, jakie chcą zabrać ze sobą na tamten świat. Do głosu dochodzi też antropomorfizacja śmierci, która czyni z niej istotę materialną, mieszkankę innego świata, z którego przychodzi zabrać zmarłego.

Najczęściej jednak opowieści, które miały być o śmierci stają się opowieściami o życiu. Wojennym doświadczeniu, tkwiącą w pamięci traumą, której nie da się niczym usunąć, śmiercią dziecka, na którego powrót czekają wbrew rozsądkowi czy zwyczajne wspomnienia codzienności. Jest głód w czasie wojny, do którego nie chce się wracać, choć przeszłość sama przywołuje obrazy, są niezawinione śmierci, których nie udało się powstrzymać i utracone miłości, do których nieustannie się wraca. To są prawdziwe testamenty życia, jakby ono dopiero się tkało, takie wypowiedziane na głos, zlepione w całość ze strzępków wspomnień. Katharsis pozwalające odejść, przy którym kolor koszuli do trumny odchodzi na dalszy plan.

 Książka, podzielona na dwanaście rozdziałów, z których każdy kolejny otwiera się na wybicie godziny zbliżającej do odejścia wpisuje się w ramę cykliczności. Zaczynając od zasiania ziarna lnu na materiał do koszuli, tytułowej soroczki, która ze zmarłym wraca do ziemi, przez wspomniany cykl dwunastu wersów pieśni pustonocnej, otwierających poszczególne opowieści, ilustrowane fotografiami Anny Bedyńskiej. Można dodać do nich jeszcze dwunastogodzinny cykl dnia, który zegar dzieli na jasną i ciemną część – jak jasne jest życie, a ciemna śmierć.

I chciałoby się wierzyć, że te opowieści snute we mgle wspomnień są taką samą nierealną magią, w jaką zdaje się wierzyć część z bohaterów „Soroczki”, tymczasem są to jedne ze smutniejszych życiowych planów człowieka, bo pisane na śmierć. A może trzeba myśleć, jak jedna z bohaterek książki – ta, która śni – że śmierć to przecież tylko późniejsza część życia?

Źródła cytatów: „Soroczka”, Angelika Kuźniak, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2020.

comments

Leave a Comment