Posted on: 4 sierpnia 2014 Posted by: Józefa Hennelowa Comments: 0

tu-i-teraz600

Sama, w dwudziestoleciu międzywojennym, wychowałam się na piosenkach. Śpiewało się w szkole, w kościele i w radio, które tym intensywniej dostarczało refrenów krzepiących („nikt nam nie zrobi nic, nikt nam nie ruszy nic”), im bliżej było 1 września 1939 roku. Echa powstania styczniowego wracały nieustannie w tradycji rodzinnej, np. w piosence o jaskółce, która porzuca kościół opustoszały z powodu, którego się nie podaje, w którym zbyt smutno mieć gniazdko koło witraży. Pięciokrotnie zmieniająca się okupacja Wilna w czasie ostatniej wojny to była także dziecinna, a potem młodzieńcza konspiracja, podtrzymywana piosenkami śpiewanymi podczas nielegalnych zbiórek harcerskich. Wyrażały one całą naszą idealistyczną wiarę w przyszłą Polskę, nawet wtedy, gdy sięgało się do „Pierwszej kadrowej”. Rychło doszło bezcenne wtajemniczenie w piękno i głębię muzyki gregoriańskiej śpiewanej w scholi kościoła św. Katarzyny. To się doskonale łączyło z wszystkimi próbami konspiracji. Dlatego nie zdziwiłam się, usłyszawszy w radiowej Dwójce parę dni przed 1 sierpnia, bardzo uroczyste wyznanie muzykologa, że piosenka i pieśń powstańcza były najprawdziwszym wyznaniem tego wszystkiego, co stanowiło istotę powstania.

A jednak od bardzo dawna zastanawiam się z niepokojem nad tą funkcją piosenki ideowej (w tym także religijnej), którą nazwałabym funkcją uwodzenia. Kiedy słyszę coraz częstsze wyznania osób z młodszych generacji, jak bardzo lubią masowe spotkania (np. na Rynku Głównym w Krakowie) poświęcone wyłącznie śpiewaniu pieśni patriotycznych, znajduję potwierdzenie swoich obaw. I bardzo chciałabym usłyszeć znawców muzyki, którzy potrafiliby wyjaśnić, do jakiego stopnia tajemnica tkwi w zamiłowaniu twórców tej muzyki do wykorzystywania określonych rozwiązań kompozytorskich, sięganiu po taką a nie inną melodyczność, po akordy według tego a nie innego klucza, rytm, który służy najlepiej wyrażaniu podniosłych uczuć, itd. itp. To przecież oczywiste, że ta muzyka pozwala nam zachłystywać się słowami zbyt pięknymi, zbyt łatwo wypowiadanymi, za szybko przynoszącymi poczucie, że coś najważniejszego i naszym udziałem się stało. Bo przecież jeżeli śpiewający powstańcy (a nie wiem, czy do końca powstania mogli i chcieli śpiewać) wstawali po spoczynku, żeby biec na barykadę, rzeczywiście są przez nas odtwarzani tylko dlatego, że my śpiewamy to samo, a robimy co najwyżej coś bardzo dyskusyjnego, co się nazywa rekonstrukcja. Potem ewentualnie niektórzy z nas mówią do mikrofonu: „przecież jesteśmy patriotami”, na czym kończy się konkret, a zadowolenie z siebie towarzyszy nam jeszcze długo.

PS. Bardzo przepraszam i prostuję: ks. Andrzej Bardecki mieszkał w domu przy placu Sikorskiego z tym, że była to narożna kamienica z ulicą Garncarską, gdzie z kolei mieści się kościół i klasztor sióstr sercanek, których ks. Andrzej był kapelanem.

comments

Leave a Comment