Posted on: 21 lipca 2010 Posted by: Andrzej Romanowski Comments: 0

Osobowość Stanisława Stommy można sprowadzić do trzech podstawowych składników.

Pierwszy – to odwaga cywilna, zademonstrowana już w r. 1931 debiutanckim artykułem piętnującym „wilcze metody” nacjonalizmu, a zatytułowanym znamiennie „Pod prąd Niagary”. Do rangi symbolu tej odwagi urosło samotne głosowanie Stommy w Sejmie PRL przeciw zmianom w Konstytucji. Składnik drugi – to wyniesiony z lat międzywojennych uraz antyprawicowy, skądinąd charakterystyczny dla całej generacji. I choć Stomma nie przeszedł na pozycje lewicowe (to stało się udziałem jego przyjaciela, Jerzego Turowicza, określającego się jako „chrześcijański socjaldemokrata”), to jednak na pewno był politycznym centrystą; przedstawicielem – jak mawiał – „lewicy społecznej, prawicy politycznej”. Ale – dodajmy od razu – był to centryzm niechętny wszelkim formom chadecji. Bo też składnik trzeci osobowości Stommy – to odrzucenie w działalności Kościoła (za przykładem Jacques Maritaina) „środków bogatych”, preferowanie zaś „środków ubogich”, przy czym punkt ciężkości leżał jeszcze głębiej: w życiu wewnętrznym chrześcijanina. Przed wojną katolik-Stomma protestował przeciw budowie w Wilnie pałacu arcybiskupiego: wokół – argumentował – było zbyt wiele nędzy.

Stomma wielbił Józefa Piłsudskiego. Nie tyle jednak za walkę zbrojną, ale za towarzyszącą jej realistyczną kalkulację polityczną. Kalkulacji takiej odmawiał większości polskich powstań – z tak dziś wielbionym powstaniem warszawskim na czele. Dlatego po zajęciu Polski przez armie Stalina nie tylko odrzucił możliwość oporu zbrojnego, bądź wierności dla rządu RP na uchodźstwie, ale nawet zaoponował przeciw próbom opozycji politycznej pod sztandarami katolicyzmu. W manifeście „Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików”, opublikowanym w r. 1946 w redagowanym przez siebie „Znaku”, głosił program rezygnacji katolików z oddziaływania na kształt życia społecznego, okopania się na liniach ostatnich, którymi była pielęgnacja własnej wiary. Program ten, z pozoru minimalistyczny, był w Polsce stalinowskiej rewelacją, przetrwał też dłużej niż jakiekolwiek inne enklawy intelektualnej wolności. A bezkompromisowość ujawnił i tak – gdy w r. 1953 „Tygodnik Powszechny” nie umieścił odredakcyjnego nekrologu Stalina.

W następstwie Polskiego Października 1956 roku Stomma – ZNAK-owy poseł na Sejm PRL – zapełnił niszę, z której nie dał się już usunąć. Była to nisza KATOLICYZMU OTWARTEGO: szansa dla Kościoła, ukazująca mu (razem z ciepłymi wiatrami płynącymi wtedy z Watykanu) drogę wyjścia z przedwojennych, prawicowych opłotków, oraz szansa dla społeczeństwa, pozwalająca na stopniowe odzyskiwanie podmiotowości. W rezultacie ZNAK stał się z czasem jednym ze strumyków, które potem zmieniły się w rwącą rzekę Solidarności. I nieprzypadkowo pierwszym premierem III RP został inny ZNAK-owy poseł na Sejm PRL, Tadeusz Mazowiecki.

Stomma, wraz z jego „mądrością etapu”, stał się współtwórcą opozycji politycznej w PRL, jednym z tych, którzy wyprowadzili nas „z domu niewoli”. Ale z tej jego dziejowej roli rzadko zdawano sobie sprawę. A i on sam zadania nie ułatwiał. Skromny, dyskretny i powściągliwy, również w III RP nie przestawał być wierny dokonanym wyborom. Orędownik przesunięcia Polski na Zachód, wielbiciel „Polski Piastowskiej”, piłsudczyk uznający racje geopolityki Romana Dmowskiego, a zarazem pionier polsko-niemieckiego pojednania – zachował dla pokonanych komunistów szacunek: twierdził, że władze PRL – w miarę swej ograniczonej suwerenności – rządziły się polską racją stanu. Jako działacz Unii Demokratycznej i Unii Wolności przestrzegał przed praktykami lustratorsko-dekomunizacyjnymi i przed resentymentami antyrosyjskimi, nie godził się na wprowadzenie religii do szkół, żądał rozdziału Kościoła od państwa. Poglądy takie miał nie POMIMO, lecz DLATEGO, że był katolikiem. Bo katolicyzm był dlań wartością: zbyt wielką wobec „niemiłego zgiełku polskiej polityki”.

comments