Posted on: 18 czerwca 2013 Posted by: Józefa Hennelowa Comments: 0

Ludzie długowieczni już tak mają: nie potrafią się rozstać ze wspomnieniami dobrych ludzi i rzeczy, z którymi mieli szczęście coś przeżyć albo współtworzyć. W moim biograficznym rozdziale „Tygodnikowym” takim wspomnieniem są kolejne Medale św. Jerzego. I to te przede wszystkim, kiedy przedstawialiśmy czytelnikom ludzi wcale niekoniecznie sławnych i znanych, ale po prostu umiejących jeszcze jeden skrawek świata ratować, czynić lepszym, pokazywać że można i że się udaje. Dlatego do dziś dnia najlepiej pamiętam te nasze początkowe święta organizowane dla nagrodzonych i przyjaciół pisma, wcale nie takie okazałe, bo nie było na to ani warunków, ani mody. Ale za to pozostawało coś niezniszczalnego w tamtych osobach i w naszym wspólnym cieszeniu się, że bodaj taką formę wdzięczności jesteśmy w stanie stworzyć.

To był pierwszy opiekun bezdomnych w Polsce, pierwszy kapelan więzienny sterujący tą gałęzią  duszpasterstwa, pierwsi twórcy wspólnoty niepełnosprawnych umysłowo, inicjatorka wspólnoty rodziców wychowujących dzieci dotknięte niedorozwojem, inicjatorka solidarnościowych wypraw na ratunek sąsiednim krajom, gdy przeżywały klęskę… Nie wyliczam oczywiście wszystkich (ich nazwiska padły zresztą, na szczęście przywołane w artykule „Smoków nie zabraknie”, „Tygodnik Powszechny” nr 24, 16 czerwca 2013). To była tylko jedna rodzina nagrodzonych, obok niej także wielcy: czy to działacze, czy twórcy. Ale dla mnie tamta rodzina pozostaje najbliższa, mimo że upłynęło już tyle lat od mojej rezygnacji z udziału w pracach kapituły Medalu (która nota bene nie tyle „zmieniała się często”, jak bałamutnie napisano w „Gazecie Wyborczej”, ile sama się rozwiązała jesienią 2007 roku). I jeśli wolno marzyć, to marzę właśnie, by nazwiska z tej rodziny nigdy nie zniknęły z grona każdorazowych laureatów następnych Medali. Bo to oni należą do tych dziesięciu sprawiedliwych, których doszukiwał się Abraham targujący się z Bogiem o wyrok zagłady świata.

comments

Leave a Comment