Opublikowano: 15 stycznia 2014 Autor: Józefa Hennelowa Comments: 0

tu-i-teraz600

Nie ma chyba człowieka w Polsce, który by chciał zaprzeczyć, że Pan Bóg wyróżnił nas darem, jakim było pojawienie się pośród nas osoby Karola Wojtyły. Ostatni raz upewniliśmy się w tym podczas beatyfikacji Papieża z Polski w maju 2011 roku, pewni że dzielimy te uczucia z milionami mieszkańców Ziemi. Ale przecież nie mogą nas usprawiedliwić ani same uczucia, ani miliony oklasków, którymi tylekroć obsypywaliśmy Jana Pawła II, ani stawiane mu pomniki jak Polska długa i szeroka. Ani śpiewanie jego ulubionych pieśni pod oknem papieskim w Krakowie na Franciszkańskiej i wszędzie tam, gdzie go wspominamy. To bowiem przychodziło nam łatwo, a co warte były te uczucia i gesty zaczęły potwierdzać – lub podważać – nasze dzieje, odkąd Jan Paweł II nas zostawił odchodząc do Ojca. I z tego powinniśmy zrobić rachunek sumienia, zanim jeszcze rozpłaczemy się z radości 27 kwietnia – w dniu kanonizacji Jana XXIII i Jana Pawła II.

Dziś wspomnę tylko o jednym zjawisku, które w tym rachunku sumienia powinno się znaleźć: ilekroć wracają rocznice poniesionych krzywd i popełnionych zbrodni słychać głos, którego nie sposób nazwać wołaniem o sprawiedliwość (jak bardzo chętnie się mówi), bo dominują w nim nienawiść i chęć odwetu. Uświadomiłam to sobie jakby zupełnie na nowo w noc 13 grudnia, gdy znowu powtórzyła się scena wołania o sąd pod milczącym domem człowieka, którego imię nosi do dziś stan wojenny. To, co było słychać w skandowanych okrzykach i hasłach było groźne, budziło lęk. A to nie generał powinien był się bać, tylko ci, którzy nie dbają o dziedzictwo pozostawione przez Jana Pawła II.

Kiedy dyskutuje się ciągle na nowo o rozliczeniu stanu wojennego, nigdy bowiem nie pada najmniejsza wzmianka o tym, że w tamtym czasie – i to dwukrotnie: w 1983 i w 1987 roku – przyjechał do Polski przyszły święty. Przyjął gościnę sprawców stanu wojennego, mówiąc im słowa, które powinny były być zapamiętane przez nas wszystkich. Przypomnę te, które padły w Belwederze na początku wizyty w 1983 roku: „Pragnę bardzo podziękować najwyższym władzom państwowym za zaproszenie do ojczyzny, przekazane mi listem pana przewodniczącego Rady Państwa. Przybywam do mojej ojczyzny jako pielgrzym w związku z jubileuszem Jasnej Góry. Przybywam, ażeby być z moimi rodakami w szczególnie trudnym momencie dziejów Polski po II wojnie światowej. Równocześnie nie tracę nadziei, że ten trudny moment może stać się drogą do społecznej odnowy, której początek stanowią umowy społeczne zawarte przez przedstawicieli władzy państwowej z przedstawicielami świata pracy”. Przecież to się spełniło i zrealizowało, tak jakby Jan Paweł II już wtedy miał wizję 1989 roku, Okrągłego Stołu, udanych prób budowy porozumienia. Przecież to Kościół tchnął ducha chrześcijańskiego w prześladowanych Solidarnościowców. Gdzie się podziała pamięć o tych wydarzeniach? Kto rozpostarł transparent z szubienicą dla pierwszego niekomunistycznego premiera, Tadeusza Mazowieckiego, na meczu piłkarskim w Gdańsku w ubiegłym roku?

Wołania pod domem generała brzmiały jak chęć zobaczenia wykonywanego wyroku, nie ma w tej scenie ani jednego śladu tego wszystkiego, co w 1983 roku wniósł do Polski stanu wojennego nasz Papież, nazywany przez wielu największym Polakiem naszej historii. To nie może tak zostać. Mamy więc z czego robić rachunek sumienia.

comments

Leave a Comment