– Trudno mówić o granicach, ale na pewno są zasady, których „Tygodnik” nie może przekroczyć, bo inaczej przestanie być tym, czym jest. Przede wszystkim jest to pismo katolickie. Taki jest punkt z którego patrzymy na świat, na Kościół, na siebie, na zmiany. Tego podtytułu, choć niektórych odstrasza, nie możemy, ani nie chcemy zmieniać ani wykreślić – mówi ksiądz Adam Boniecki w specjalnym wywiadzie dla www.klubtygodnika.pl

 

Kryzys zmusza nas do postawienia pytania: gdzie jest dziś miejsce dla „Tygodnika”? Jakie powinno wytyczać się szlaki „Tygodnikowi” tak, by nie zatracił on wartości, idei, których zawsze był symbolem, a jednocześnie zbliżył się do czytelnika?

Trudno mówić o granicach, ale na pewno są zasady, których „Tygodnik” nie może przekroczyć, bo inaczej przestanie być tym, czym jest. Przede wszystkim jest to pismo katolickie. Taki jest punkt, z którego patrzymy na świat, na Kościół, na siebie, na zmiany. Tego podtytułu [„Katolickie pismo społeczno-kulturalne” – przyp. red.], choć niektórych odstrasza, nie możemy, ani nie chcemy zmieniać ani wykreślić.

Drugą istotną rzeczą jest jakość publicystyki, jej poziom i kompetencja. Staramy się też wystrzegać tzw. „faktów medialnych”, pisania o nadmuchiwanych wydarzeniach, które są pseudowydarzeniami. Chcemy zachować dystans, wybierać to, co jest rzeczywiście ważne. „Tygodnik Powszechny” nie zdobędzie czytelników przez skandale i sensacje, nawet przez „newsy”. Jeśli mam mówić o granicy, to powiem, że zasada przyzwoitości, która zresztą obowiązuje (niestety czasem tylko teoretycznie) wszystkich dziennikarzy, jest tą granicą, której przekroczyć nam nie wolno.

Jak ułatwić dotarcie do „Tygodnika”? Może problemem jest nie jego styl i treść, ale sama świadomość istnienia pisma, a raczej jej brak w społeczeństwie. Kolejną kwestią jest wspomniana przez księdza sprawa przymiotnika „katolicki” w podtytule, który skutecznie zraża czytelników.

To jest sprawa bardzo skomplikowana. Trudnością w docieraniu do potencjalnych czytelników jest w znacznym stopniu odrzucanie „TP” z góry przez środowisko związane z Radiem Maryja. Tam wiadomo z góry, że „Tygodnik” to pismo liberalne, kryptożydowskie, masońskie, zdradzające Kościół, którego się nie godzi wziąć do ręki. Natomiast ludzie, którzy od Kościoła oczekują czegoś innego, niż proponuje Radio Maryja, widząc w podtytule słowo „katolickie” sądzą, że „Tygodnik” jest pismem takim jak „katolicki głos w twoim domu” i się nie interesują. Niewątpliwie wpływ na uprzedzenia do „TP” mają przedstawiciele Kościoła, proboszczowie, których jedyną lekturą jest „Nasz Dziennik”, a nawet sam przewodniczący Episkopatu Polski, który niedawno na forum międzynarodowym stwierdził, że ideałem mediów katolickich są Radio Maryja i tygodnik „Niedziela”.

Myślę, że uczestniczymy w pewnym kryzysie obecności Kościoła i mediów katolickich w świecie. Styl „Tygodnika” jest jedyny w swoim rodzaju. Jest to katolickie pismo zachowujące wolność, przemawiające nie w imieniu biskupów, ale własnym, jest w Kościele krytycznym głosem, respektowanym przez kolejnych naszych arcybiskupów. Podejmuje tematy ważne dla Kościoła, podchodząc do nich krytycznie. Tak było np. ze sprawą księdza Węcławskiego. Księdza, który był naszym stałym współpracownikiem, dla wielu ludzi ważnym autorytetem. Kiedy wystąpił z Kościoła, podając w wątpliwość bóstwo Chrystusa, zainicjowaliśmy dyskusję na ten temat. Rzecz jasna, nie mogliśmy odmówić atakowanemu w tej debacie Węcławskiemu prawa głosu. Takie są zasady dziennikarstwa, a nawet przepisy prawne. To wzbudziło krytykę i zgorszenie. Czy należało udawać, że nie ma problemu? Przyjąć postawę: niech tam sobie ten apostata mówi co chce, a my i tak swoje wiemy? Ksiądz Węcławski był dla wielu naszych czytelników mistrzem, dla nich to było dramatyczne przeżycie w sferze wiary. Musieli jakoś sobie radzić z publikowanymi na stronach WWW tekstami dawnego ich mistrza. Zainicjowanie takiej debaty wydało się koniecznością.

Ale czy faktycznie największym problemem „Tygodnika” nie jest sama świadomość społeczna? Dla ludzi pismo to w ogóle nie istnieje.

To prawda. Wielu ludzi chodzi do kościoła, zanosząc tam własne problemy, troski, ale i wątpliwości. Te pytania często są rozważane na naszych łamach. Cóż, „Tygodnika” nie tylko nie znajdziemy w kościołach, ale nawet o nim nie usłyszymy. Mamy tu do czynienia z jakąś instytucjonalną negacją naszej obecności. Może związane to jest z dawnymi zaszłościami, zaangażowaniem politycznym, trudno powiedzieć. Gdyby każda parafia w Polsce kupowała co tydzień tylko jeden numer „Tygodnika”, dziś nie mielibyśmy takich problemów materialnych.

Kiedyś wysłaliśmy listy do wszystkich polskich proboszczów. Proponowaliśmy dostarczanie „TP” na dobrych warunkach.. Zainteresowały się dwie parafie. Nie możemy się obrażać na społeczeństwo, ale staramy się to zrozumieć.

„Tygodnik” był zawsze pismem elitarnym – pisanym przez elitę i dla elity. Po latach polska elita uległa znaczącym zmianom. Rodzi się więc pytanie: do kogo dziś skierowany jest „Tygodnik”?

Adresatem „Tygodnika” jest nie tyle elita, co inteligencja.

Kiedyś pojęcia elity i inteligencji się pokrywały. Dzisiaj nie są już one tożsame. Dziś pojęcie elity związane jest raczej ze statusem materialnym.

Tak, dzisiejsza elita to młodzi ludzie, biznesmeni, których główną lekturą są zielone strony „Rzeczpospolitej”. Ale ta grupa składa się z ludzi inteligentnych, chcących zrozumieć świat. Coraz częściej stawiają oni sobie pytania wychodzące poza sferę biznesu, pytania filozoficzne, religijne itp. Głównym adresatem naszego pism jest inteligent, który czyta, myśli, który nie ogranicza się do patrzenia w telewizor. Człowiek, który zachował „kulturę fotela i lampy” bezinteresownego głodu poznawania spraw, które doraźnie nie są mu do niczego potrzebne. Tacy ludzie w Polsce są i jest ich więcej niż 25 tysięcy [taka mniej więcej jest sprzedaż „Tygodnika Powszechnego” – przyp. red.]. Może jedni nie wiedzą, że coś takiego, jak „Tygodnik” istnieje, inni zadowalają się otwieraniem naszych stron w internecie. W lutym tego roku mieliśmy 590 tys. unikalnych użytkowników.

Uważa ksiądz, że funkcjonuje jakiś cenzus wieku?

To wątpliwe kryterium. Znam licealistów, którzy czytają „Tygodnik”, znam też ludzi, którzy czytaja go od pierwszego numeru po dziś dzień. Próby robienia dodatków dla młodzieży nie okazały się szczęśliwe. Społeczeństwo dzieli się nie tyle na młodych i starych, raczej na tych, którzy myślą i nie myślą. „Tygodnik” jest skierowany do tych pierwszych. Tych, którzy zasmakowali rozkoszy poznawania dla poznawania, radości poznawania piękna, prawdy.

„Tygodnik” bez wątpienia takim pismem był i jest. Ale czy te przemiany, które „Tygodnik” musiał przejść poszły właściwą drogą? Czy „Tygodnik” potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości?

Zmiany były konieczne. Oczywiście popełnialiśmy błędy, jak choćby całkiem zresztą świadomy związek z jedną opcją polityczną. Od katolickiego pisma oczekiwano, że będzie ponad podziałami. Zarzucano „Tygodnikowi” mariaż z Unią Wolności, z „Gazetą Wyborczą”. Słusznie lub mniej słusznie, to zraziło wielu czytelników.

Jednak przez całe 64 lata istnienia „TP” szuka dialogu, kontaktu z tym, co jest „tu i teraz”.Chyba się zgodzicie ze mną, że jest to pismo bardzo specyficzne, różne niż wiele innych. Przykład pierwszy z brzegu: angażujemy się w ważne naszym zdaniem sprawy, ale nie włączyliśmy się w dyskusję o przywróceniu dnia wolnego w Święto Trzech Króli. Wydaje mi się, że to kwestia marginalna, która nie powinna stać się przedmiotem napięć i awantur. Natomiast sprawa profesora Węcławskiego, czy wybór Przewodniczącego Episkopatu, a więc drogi polskiego Kościoła, to w naszej ocenie sprawy poważne., o których trzeba mówić. Czy to jest oderwane od rzeczywistych pytań czytelników? Na to muszą odpowiedzieć sami czytelnicy!

Ostatnio głośna krytyka spadła ze strony prof. Marcina Króla, który też przez lata był związany z „Tygodnikiem”. Czy ksiądz nie żałuje zmian, w wyniku których rozwiązał się Zespół „Tygodnika” [w jego skład wchodzili m.in. W. Bartoszewski, K. Kozłowski i J. Hennelowa – przyp. red.]? Czy to nie podkopało autorytetu pisma?

Były to dla mnie wydarzenia przykre, by nie powiedzieć bolesne. Przez dziesiątki lat ci ludzie, mam na myśli Zespół (który był czym innym, niż redakcja), blisko współpracując z „Tygodnikiem”, w zasadzie tworzyli to pismo. Jedni systematycznie publikowali w „Tygodniku, inni od dawna woleli publikować gdzie indziej. Nie w tym rzecz, oni trwali w stopce redakcyjnej, właśnie jako zespół, dodawali pismu nimbu, byli siwakami ciągłości. Jednak zmiany były konieczne, sprzedaż nieustannie spadała. Potrzebne były zmiany, otwarcie się na nowe nazwiska. Trzeba było wyjść poza różne ograniczenia środowiskowe. Te zmiany okazały się kosztowne, największą ceną było rozwiązanie się zespołu, odejście, bynajmniej przeze mnie nie chciane, niektórych redaktorów. Popełniliśmy błędy, to pewne. „Tygodnik” jednak nie stracił – przynajmniej w dostrzegalnym wymiarze – dawnych czytelników. Zaczął zdobywać nowych. Wisząca w powietrzu katastrofa została zażegnana..

A więc fakt zatrudnienia w „Tygodniku” Elżbiety Isakiewicz był tylko pretekstem dla członków Zespołu, by odejść?

Trzeba by zapytać tych ludzi. Spotykałem dawnych przyjaciół pisma, którzy w pierwszym okresie po rozwiązaniu Zespołu oburzeni, po jakimś czasie przyznawali, że zmiany formatu i formuły wyszły pismu na lepsze i wrócili do czytania.

To był trudny czas. Trzeba było szybko podejmować trudne decyzje. Czy to, że w stopce znalazło się nazwisko pani Isakiewicz, która rzeczywiście przed laty paskudnie napisała o Władysławie Bartoszewskim, było racją by od „Tygodnika” się odciąć? Ci, którzy uznali, że tak, się odcięli.
Może łączyła się z tym niechęć do zmian, do nowej formuły? Nie wiem.

Prof. Król pisał, że przestano zwracać uwagę na poziom redaktorów. Co też wydaje się dziwne, bo przecież co by o Elżbiecie Isakiewicz nie powiedzieć, to obiektywnie przyznać trzeba, że jest dobrą reportażystką.

Cieszy mnie, że pan to mówi. Mam wrażenie, że poziom tekstów pisanych przez naszych autorów nie jest gorszy od publicystyki Marcina Króla.

Czy zatem „Tygodnik” może istnieć jako projekt, który podlega zmianom na przestrzeni lat, czy też rzeczywiście jest to projekt pokoleniowy, który musi się siłą rzeczy skończyć?

„Tygodnik” już wcześniej przechodził znaczące zmiany: „Tygodnik” po okresie odebrania go redakcji już był innym pismem, niż to z początków, będące własnością Kurii, Sobór Watykański II znacząco wpłynął na jego koncepcję jako pisma katolickiego. Gazeta, jeśli ma istnieć, nie może się stać czcigodnym zabytkiem. Przed zabytkiem można skłaniać głowę, ale miejscem dla zabytków jest muzeum. Rzecz w tym, by zachować granice zmian, zachować to, co było, jest istotą „Tygodnika”, jednocześnie towarzysząc ludziom tam, gdzie oni żyją. Zasadnicze pytanie brzmi: czy udaje nam się zachować istotę tygodnika? Bardzo ważne, że jest z nami, tworzy z nami to pismo, Józefa Hennelowa, bezcenny świadek tradycji, człowiek o wielkiej wrażliwości dziennikarskiej.

Głos sumienia?

Głos sumienia, często głos surowy, zawsze jednoznaczny i pełen cudownej życzliwości. No i świadek-uczestnik historii „Tygodnika”.

A czy winny kryzysowi pisma nie jest czasem po prostu Kościół w Polsce?

To niebezpieczna pokusa, by szukać winowajców naszego kryzysu wokół siebie. Trzeba robić takie pismo, żeby było obecne, potrzebne i pożyteczne w Kościele takim, jaki jest. Nie będę udawał, że nie ma i zewnętrznych czynników, utrudniających to zadanie, ale do nas należy robić dobre pismo w takim świecie i Kościele, jaki mamy.

Być może rzeczywiście chodzi o adresata. Rozmawiałem ostatnio z o. Wołoszynem, który bardzo ubolewa nad brakiem zaangażowania młodzieży w naukę, w głębsze rozważania intelektualne.

Być może dziś potrzebne jest inne podejście do młodzieży niż za czasów młodości mojej i ojca Wołoszyna. Od lat czasu zmian ustrojowych w Polsce obserwuję, jak niektóre stare duszpasterstwa akademickie podupadają, i jak pojawiają się nowe, które tętnią życiem.

Więc być może istnieje tu pewna analogia? Tak jak trzeba zmieniać formułę duszpasterstw akademickich, tak i konieczna jest zmiana w „Tygodniku”. Zmiana w podejściu, w otwarciu się na młodych, tak by łatwiej do nich dotrzeć.

Tygodnik robią młodzi ludzie. Ja tu jestem starcem. Reszta jest znacznie młodsza, wielu nigdy nie spotkało Turowicza… No nie wiem, to są pytania, które trzeba sobie wciąż stawiać, nawet jeśli pozostają bez odpowiedzi.

Rozmawiali w Krakowie Marcin Pera, Filip Biały i Łukasz Dulęba, założyciele Klubu „Tygodnika Powszechnego” w Poznaniu (www.KlubTygodnika.pl).

comments