Posted on: 25 sierpnia 2018 Posted by: Paweł Stachowiak Comments: 0

Właśnie wróciłem z Paradyża, małej wioski w Lubuskiem, gdzie znajduje się piękny pocysterski klasztor, w którym zawsze w sierpniu odbywa się festiwal „Muzyka w raju”. To magiczne miejsce i wspaniała muzyka, młodzi wykonawcy, jedyna w swoim rodzaju atmosfera. Kto był wie, kto nie był niech się wybierze.

Dziś wszelako nie o muzyce, ale o pewnym zaskoczeniu, które poczułem podczas koncertu izraelskiego zespołu Profeti della Quinta śpiewającego XVII-wieczne włoskie madrygały. Dawno żadna interpretacja muzyki dawnej, której słucham od lat, nie wywarła na mnie takiego wrażenia. Było pięknie, harmonia dźwięków i architektury, całe genius loci tworzyły poczucie bliskości Absolutu, dawały głęboką estetyczną i duchową satysfakcję. I wtedy zdałem sobie sprawę z czegoś co powinienem właściwie wiedzieć od dawna, od chwili, gdy po raz pierwszy słuchałem muzyki we wnętrzu kościołów. Nie wiem ile koncertów w świątyniach wysłuchałem, kilkadziesiąt, może ponad sto, jednak dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że podczas nich czegoś brakuje – blasku wiecznej lampki. Chyba nigdy (przynajmniej na tych koncertach, w których brałem udział) Najświętszy Sakrament nie był obecny w tabernakulum, powiedzmy konkretniej, nigdy nie uczestniczył w nich Pan Jezus w swej materialnej Obecności, pod postacią chleba. Zawsze przed rozpoczęciem koncertu czyjeś ręce otwierały tabernakulum i wynosiły ciało Chrystusa w inne, „bezpieczniejsze” a może „godniejsze” miejsce. Nie mogę uwolnić się od pytania, jaki jest cel tego usunięcia żywej i materialnej Bożej Obecności z miejsca, gdzie objawia się w swej najbardziej szlachetnej formie twórczość człowieka. Jedynym wytłumaczeniem może być pragnienie ochrony Najświętszego Sakramentu przed czymś, co jest Go niegodnym, przed czymś świeckim, przed czymś ze sfery profanum. Zapewne to usunięcie Pana z Jego domu jest czymś podobnym jak trzymanie przez kapłana monstrancji przez welon, tak aby nie znieważyć tego co najświętsze ludzkim dotykiem.

Dlaczego poczuwamy się do tego, aby bronić Boga przed najszlachetniejszymi, najpiękniejszymi i najbardziej wzniosłymi aktami ludzkiej twórczości? Dlaczego przychodzi nam do głowy, że mogą one Go znieważyć? Dlaczego nie pozwalamy człowiekowi wierzącemu w realną obecność Chrystusa w chlebie i winie poczuć, iż jest On z nim w chwili zachwytu i głębokiego przeżycia estetycznego? Dlaczego, poza kontekstem liturgicznym i czasem milczenia, nie ma dla Niego miejsca w świątyni? Przecież usuwa się Go z tabernakulum nawet wtedy, gdy wykonywane są Pasje J.S.Bacha, prawdziwa piąta Ewangelia, dzieła wprowadzające nas w głębię męki i zmartwychwstania w sposób nieporównanie pełniejszy niż setki kazań, misteriów i pobożnych przedstawień. To tak, jakby opróżniać tabernakulum wówczas, gdy w Niedzielę Palmową czytany jest ewangeliczny opis męki Pańskiej. Nikomu nie przyjdzie do głowy wynieść Ciało Chrystusa gdy od ołtarza głoszone są słowa wprost przeczące miłości Boga i bliźniego, a czyni się to wówczas gdy wykonywane są dzieła ludzkie, ale noszące w sobie przejaw żywego geniuszu Stwórcy. Niestety rozporządzenia władzy kościelnej widzą to inaczej. Instrukcja Kongregacji Kultu Bożego z 5 XI 1987 r. „O koncertach w kościołach” mówi jasno: „muzycy i śpiewacy nie powinni występować w prezbiterium. Najświętszy Sakrament winien być przechowywany, w miarę możliwości, w przyległej kaplicy lub w innym miejscu bezpiecznym […]”. Ciało Chrystusa jest zatem wynoszone aby wypełnić zalecenia Kościoła. Zdaje mi się to bolesnym paradoksem, choć mam świadomość, że moja prywatna w tej kwestii wrażliwość może nie uwzględniać wielu ważnych, a oczywistych dla teologów, liturgistów i jurystów kościelnych, szczegółów.

Słuchałem muzyki Monteverdiego i myślałem, o ile głębsze byłoby moje wzruszenie gdyby nad ołtarzem, ponad ludźmi obdarzonymi przez Boga wspaniałym talentem, gorzał blask wiecznej lampki, znak jego żywej obecności wśród nas. Moglibyśmy poczuć, że to co nas wzrusza jest w istocie Jego dziełem, że nasze przeżycie jest aktem wzajemnej solidarności Boga i człowieka, jednym z objawień tego, że stworzył nas na swoje podobieństwo. Tak bardzo chcemy czuć tę realną Obecność, tak często słyszymy słowa zachęty abyśmy w nią wierzyli, abyśmy jej ufali. Tymczasem w chwilach najgłębszych duchowych poruszeń jesteśmy tej Obecności pozbawiani w imię rytuału, który nas od niej oddala. Jeśli oddajemy dom Boży dla dzieł ludzkiej twórczości, dlaczego usuwamy na ubocze Gospodarza?   

comments

Leave a Comment