Posted on: 6 października 2013 Posted by: Jolanta Elkan-Wykurz Comments: 0

jola_elkanXXVII Niedziela Zwykła
(Łk 17,5-10)
Apostołowie prosili Pana: Przymnóż nam wiary. Pan rzekł: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, a byłaby wam posłuszna. Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: Pójdź i siądź do stołu? Czy nie powie mu raczej: Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił? Czy dziękuje słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać.

Apostołowie o to prosili? Poszli za Jezusem, porzucili domy, rodziny, zajęcia , byli mu wierni w doli i niedoli i prosili o przymnożenie wiary?

Może właśnie dlatego prosili. Byli z nim dzień i noc przez trzy lata, widzieli jak jadł i pil, widzieli wszystko, co ludzkie w Nim.  Spowszedniała im być może Jego obecność.  Może zdali sobie z tego sprawę i źle się z tym poczuli

Poza tym to codzienne z Nim przebywanie sprawiło- powiedzmy to otwarcie- ze poczuli się ważniejsi niż inni. Może nie lepsi, ale na pewno ważniejsi. Nic w tym dziwnego. Na ich głowie było załatwianie noclegów i zaopatrzenia.  Zajmowali  się także ochroną. Tłumy otaczały Go wszędzie,  krzyczeli potrzebujący, kobiety przedzierały się z rozwrzeszczanymi, zasmarkanymi, zasikanymi  dzieciakami, inne deptały mu po pietach,  niektóre chwytały nawet za frędzle płaszcza… Trzeba było jakoś to ogarnąć. Czuli się odpowiedzialni. Byli szczerze zatroskani: martwili się, co będę jadły setki ludzi, którzy poszli za Nim na pustkowie i poradzili Mu rozsądnie, żeby ich odprawił; byli opiekuńczy i zaradni: zapewne tworzyli kordon, gdy tłum napierał zbyt mocno i starali się ustalić jakąś kolejność podchodzących, wprowadzić jaki -taki ład, bo On nie zwracał na to uwagi; byli stanowczy: besztali zbyt zuchwale kobiety, uciszali rozwrzeszczanego ślepca, a jeśli nie dawali rady- zwracali Jego uwagę na tych natrętów: „zrób coś, bo krzyczy za nami”.  Bali się trochę jego beztroski – ukochany Rabbi, choć święty, nie dba o rzeczy praktyczne i lekceważy obyczaj. Pozwala Samarytance na rozmowę ze Sobą,  pozwala ladacznicy myć sobie stopy i olejkiem skrapiać głowę,  nie wyrzuca nachalnej i bezczelnej Kananejki – wiedzieli, że to się źle skończyć może, kochali Go, chcieli Go ochronić.

Ale on jakoś wszystko inaczej rozwiązywał.

Nikt go jakoś nigdy nie stratował, dla głodnych rozmnożył chleb, ta, co dotknęła frędzli została uzdrowiona, ladacznica i Samarytanka nawróciły się, córka Kananejki została uzdrowiona, zasmarkane dzieci pobłogosławił i stawiał za wzór dorosłym, a ślepców, którzy wydzierali się przy drodze, głuchoniemych, sparaliżowanych uzdrawiał.

Apostołowie słyszeli często: „Twoja wiara cię uzdrowiła”. Pan mówił to także do pogan i cudzoziemców, a nawet przede wszystkim do nich. Uczniów musiało to zastanawiać.  Musieli się dziwić, nie tylko podziwiać. Oni, tak blisko, tak intymnie z Nim związani- czuli, że nie mają takiej wiary, jak tamci.

Pan widział, że to, co powinno być służbą,  powoli zamienia się w ich sercach w pychę i wyniosłość; zaszczyt służenia zamienia się  na zaszczyt władania. Że oczekują ludzkiego szacunku i podziwu, zapominają, że ich służba ma polegać na uniżeniu i  gotowości na cierpienie, a nawet na śmierć dla Jego Imienia.  Jednak nie mówił im tego, czekał, aż sami dojrzeją do tej prośby, czekał cierpliwie na chwilę, gdy będą gotowi i przynajmniej częściowo zrozumieją to, co im chce powiedzieć. Nie mówił, lecz działał w ich obecności.

Jego działanie, Jego słowa do uzdrowionych sprawiły, że doświadczyli własnej słabości. Nigdy im nie mówił, że mają wiarę za małą. Lecz, gdy poprosili…

Tak, wtedy otworzył im oczy. Nie przenoszą gór, nie wyrywają drzew z korzeniami…a wystarczyłoby tak maleńko…ziarenko jak główka od szpilki…i tego nawet nie mają. Przypomniał im też, że bycie Apostołem, choć wymaga od nich ogromnej pracy i wysiłku, nie prowadzi do korzyści, ale jest służbą i choć nie mogą odpocząć- nie mogą z tego powodu wynosić się nad innych. „Słudzy nieużyteczni ”- mocne, a nawet nieco bolesne słowa. Nie ma jednak wątpliwości, że podyktowane Miłością.

Wiara nie jest nikomu dana raz na zawsze -wiara to zrazem nie-pewność.  Poza tym łatwo może się deformować, kierować ku bożkom, może też niszczeć i zanikać. Wymaga uwagi i pielęgnacji. Wymaga pamięci. Wymaga spojrzenia na siebie w prawdzie. Codziennego przypominania sobie co znaczy wierzyć, co znaczy iść w ślady Tego w Którego wierzę. Dla każdego wierzącego codzienna prośba: „przymnóż nam wiary”- jest niezbędna. Każdy wierzący ma pokusę, by zawiesić wiarę i kierować się wyłącznie własnym rozumem i własnym rozeznaniem; wierzę, ale tutaj w ziemskich relacjach muszę polegać na sobie. Tu działają inne prawa, niż w Ewangelii. Nikt nigdy nie przenosił gór, ani nie wyrywał drzewa siłą wiary. Trzeba jakoś sobie radzić, bo w życiu raczej mało kto kieruje się miłością. Tu kły i pazury, tu jak masz miękkie serce, to musisz mieć twardy  zadek, bo cię skopią, tu trzeba uprzedzić przeciwnika, żeby szybciej chwycić lepszy kąsek… Tak, trzeba poprosić Pana Boga o powodzenie własnych planów, ale ufać raczej we własne siły…Owszem, pomodlić się w niedzielę, ale w tygodniu ruszać w tę dżungle licząc na siebie. Nawet odmówić w piątek koronkę i śpiewać ze wzruszenie „Jezu ufam Tobie”, ale potem- ufać sobie. Każdego z nas to dotyczy.

Jednak, podobnie jak u Apostołów, na korozję wiary- może subtelniejszą, acz czasem głębszą – narażeni są ci, którzy są blisko. Najbliżej.   Przebywanie niemal cały dzień w domu Pańskim, zatroskanie o wszystko, co Go dotyczy, dbanie o  czystość pomieszczenia, ozdabianie ołtarza, przygotowywanie paramentów, codzienny kontakt intymny z Panem,  trzymanie w dłoniach, POŁYKANIE!!!  – ten niezwykły przywilej może stać się taka codziennością, ze spowszednieje. Jednocześnie nieuchwytnie może rosnąc wynikające  z bliskości przekonanie o własnej wyższości wobec innych. W sercu takiego Najbliższego może naraz pomieścić się zatroskanie o to, by odpowiednim szacunkiem otaczany był Najświętszy Sakrament i postrzeganie ludzi z zewnątrz nie tylko jako bardziej pospolitych, niewtajemniczonych, ale nawet jako natrętów. Choć na swój sposób  ów Wybrany może kochać swoje owieczki i być o nie  zatroskany. A gdy jeszcze remontuje, buduje lub odnawia  kościół, troszczy się o jego ozdabianie i upiększanie, organizuje uroczystości, święta, procesje, sprzedaż sakramentaliów – tak może się w tym zapamiętać…że zapomni dla KOGO to wszystko robi i ku KOMU skierowana powinna być wiara. Jak w tej anegdocie o proboszczu, który był niedościgłym organizatorem i wszystko miał zawsze dopięte na ostatni guzik. I przygotował tenże wspaniałą procesję rezurekcyjną. Zatroszczył się o asystę, o chorągwie, o wspaniała orkiestrę, doskonałe nagłośnienie, o ozdobny baldachim  i piękne szaty; zmobilizował siostry zakonne, ministrantów, dziewczynki sypiące kwiatki- wszystko było zgrane idealnie. I procesja ruszyła. A wówczas jeden z mężczyzn podtrzymujących ramiona proboszcza niosącego monstrancję z przerażeniem zauważył, że jest ona pusta. Szepnął więc księdzu do ucha: „-Ale tam nie ma Pana Jezusa…” Na co proboszcz westchnął i rzekł- „Tak się staram i zawsze o jakimś drobiażdżku zapomnę!”

Panie, każdemu z nas, gdziekolwiek jest i czymkolwiek się zajmuje: zarówno temu, co na peryferiach i daleko mu do kościoła, jak  i temu co najbliżej Ciebie i z kościoła nieomal nie wychodzi- nam wszystkim, słabym, ułomnym, zawodnym, zamroczonym, upadającym,   – przymnóż wiary!

 

 

 

 

 

 

 

comments

Leave a Comment