Opublikowano: 11 lipca 2020 Autor: Monika Mellerowska Comments: 0

Ta przerażająca mapa czerwonych punktów obejmuje głównie wschodni obszar kraju, zagryzając jego większy kawałek z południa. Gdyby w jakiś przedziwny sposób móc w każdej tej kropce wygumkować tę ilość jej mieszkańców, która nie wróciła po wojnie do domów, otrzymalibyśmy mnóstwo pustych plam, podobnych tym na ludzkiej pamięci. Tej pamięci wybiórczej, której większość mieszkańców odwiedzanych przez Canina miast nie chce uzupełniać.

Na książkę „Przez ruiny i zgliszcza. Podróż po stu zgładzonych gminach żydowskich w Polsce” składają się reportaże Mordechaja Canina, jakie ten przez sześć miesięcy podróży po Polsce w latach 1946-1947 pisał do „Forwerts”, nowojorskiego dziennika wydawanego w jidysz. Canin urodzony na początku wieku w Sokołowie Podlaskim odbywa niejako podróż sentymentalną, do miejsc, które po raz ostatni widział jako żołnierz wojska polskiego kiedy to w 1939 roku, przechodząc z kolumną wojskową przez Pułtusk robił ostatnie zakupy w żydowskim sklepiku. Wówczas w obliczu tragedii, słowami „nie martwcie się, ciotko, będzie dobrze” na chwilę rozwesela twarz zmartwionej sprzedawczyni, nie wiedząc jak bardzo się myli. Kiedy w 46 roku dotrze w swej podróży ponownie do Pułtuska bezskutecznie będzie szukał tamtej kobiety, nie znajdzie też sklepiku, w którym wtedy kupił zapałki.

Swoją podróż „przez kamienie i gruzy” (tak mogłoby brzmieć dosłowne tłumaczenie tytułu książki) Mordechaj Canin rozpoczyna od Warszawy, od miasta będącego – jak sam pisze – „sercem polskiego żydostwa, które zamieniono w jedno wielkie gruzowisko”. To w Warszawie uderza go ruina, z której wyraźnie wybijają się jedynie trzy wieże kościołów – ewangelickiego i katolickich. Z podróży do niej opisuje świat, którego już nie ma, a który z Karmelickiej, Nowolipek, Tłomackie, Pawiej i Smoczej wtłoczony został w mury getta, gdzie zniknęło całe dotychczasowe życie. W Warszawie jedzie też na cmentarz przy ulicy Gęsiej, gdzie leżą ci, o których później jeszcze wspomni, odwiedzając miejscowości ich urodzenia. Opowieść Canina zawiera też miłe wspomnienia – jak te o świętach żydowskich, które przed wojną rozbudzały warszawskie ulice, wyciągając z domów wszystkich jej mieszkańców wyznania mojżeszowego, pachnąc miodem i pyszniąc się odświętnym strojem ich uczestników.

Podobnie, jak Warszawy obawiał się Canin Łodzi. To rzeczywistość tych dwóch miast przerażała go najbardziej. Z tych dwóch dużych ośrodków kultury żydowskiej Łódź wydała się jemu smutniejszą, choć mniej dotkniętą działaniami wojennymi. Smutniejszą, bo pełną nowych, obcych twarzy, do których trudniej się wraca, niż do ruin, które można przecież podnieść, odbudować. Jeszcze wiele razy wyczytamy zadziwienie Canina i zawód na puste uliczki miasteczek, po których nie krążą ubrani w chałaty Żydzi, gdzie nie słychać śpiewnego jidysz, a żydowskie sklepiki nie tętnią gwarem.

Po dwóch miastach, których bał się tak bardzo, odkrywa przed czytelnikiem „światło Ger”, Górę Kalwarię, czterysta lat wcześniej zwaną Nową Jerozolimą, do której po śmierci cadyka Kocka przeniosło się spragnione otuchy żydowskie życie duchowe. Gdyby chcieć połączyć te wszystkie podróże i zmierzyć ilość przebytych kilometrów – czy to pociągiem, czy autobusem –  wyszłoby ich ponad cztery tysiące. Canin odwiedza miasteczka dawniej przemysłowe i kupieckie jak Puławy czy otaczające Łódź Zgierz, Stryków i Ozorków, gdzie „słyszało się [przed wojną] dochodzący z otwartych okien stukot warsztatów tkackich”. I odległy od nich, lecz równie niewielki Miechów, położony malowniczo nad Miechówką, z charakterystyczną kopuła kościoła, która jest tam do dziś. Ale odwiedza też te bardziej oczywiste miejsca takie jak Lublin, Częstochowę, Kraków i wreszcie Białystok – Ir wa-em be-Israel – Miasto i Matkę Izraela. Wśród tych mniejszych i większych miejscowości, bardziej lub mniej znanych miasteczek są te prawie w stu procentach zamieszkiwane przez Żydów – jak Izbica zwana przez okolicznych chłopów „żydowską stolicą”, gdzie nawet nie buduje się kościoła, a w której przed wojną Żydzi stanowili 98% ogółu mieszkańców. Albo Hrubieszów (prawie 70% mieszkańców wyznania mojżeszowego), czy Kosów (prawie w osiemdziesięciu procentach zamieszkany przed wojną przez ludność żydowską). Dociera i do pobożnego Tykocina, którego synagoga, będąca niegdyś „koroną i dumą gminy”, zbudowana niczym twierdza z kamienia, choć nie ucierpiała w czasie wojny, dziś stoi prawdziwie skamieniała.

Wśród odwiedzonych ponad siedemdziesiąt lat temu miejscowości są też te, których próżno dziś szukać na mniej dokładnej mapie Polski – Wolbrom, Pińczów albo Kolumna, już wówczas będąca letniskiem ukrytym między drzewami, gdzie przed wojną wakacje spędzała bundowska młodzież.

Czytelnik musi pamiętać, że okres podróży Canina do Polski przypada na rządy komunistyczne, niechętne odkrywania prawdy o Polakach. Tylko otwartość dziennikarza pozwala jemu na wejście do niektórych domów, a brytyjski paszport i dobry wygląd – jak sam o sobie pisze – na swobodne poruszanie się po pełnych ciągle jeszcze wrogości do Żydów, tych polsko żydowskich miejscowości, w których próżno szukać śladów żywej żydowskiej kultury. Tej samej, od wspomnień której Canin rozpoczyna prawie każdy swój reportaż z odwiedzanego miejsca. To Zamość Icchoka Pereca, Kutno Szaloma Asza albo Siedlce z biblioteką w sześciu językach czy Łomża, zwana miastem uczonych Żydów, pisarzy i poetów. Miejsca te były ośrodkami kultury, rozwojowymi miastami, w których żydowska młodzież miała plany – chciała się uczyć, tam budować swoje rodziny i domy, swoją przyszłość. Tymczasem jedyne co zostało, to ruiny synagog, rozkradzione jesziwy i kirkuty. I tylko ci Żydzi, którym udało się wrócić z wojennej pożogi zakrywają twarze wychodząc na ulice (brukowane często macewami), i bywa, że ryglują drzwi wchodząc do domów. Jeśli te jeszcze na nich czekały, niezajęte przez Polaków, którzy uznali je za swoje. Podobnie jak za swoje uznali wszystko to, co Żydzi w pędzie ucieczki przed okupantem czy gnani przez Niemców do obozów zagłady zostawili w domach. Jak ta menora znaleziona przypadkiem na progu domu w Kazimierzu Dolnym, bo „kiedy naród rabował, na drodze przed naszymi drzwiami znaleźliśmy świecznik (…) ośmioramienny, bezwartościowa rzecz z mosiądzu”, mówi jego mieszkanka, uciszając zmieszana szczere dziecko, które zdradziło posiadanie zdobyczy. Albo dwie inne, zdobiące pianino w olkuszowskiej gospodzie, na których właścicielka, widząc zainteresowanie turysty chciała zarobić tyle, że Canin zmuszony był zostawić je „bezdomne pod chłopskim dachem.”

Są też buty wyściełane wersami Tory, rzeczy pozostawione na „przyda się” – macewy na chrześcijańskie nagrobki, rozebrane arki i budynki na opał, nawet odzież. Na ulicach miasteczek można spotkać dziewczyny w bluzkach z charakterystycznym motywem z tałesów, i być może na niejednym palcu narzeczonej błyska złotem wykopany z grobów, zdjęty z martwego palca pierścionek. O tym ostatnim nie wiemy, choć proceder kradzieży prochów z miejsc zagłady jest już znany.

Mordechaja Canina często ponosi irytacja. Nazywa wówczas Polaków mętami. Jak mieszkańców Kosowa – być może tego mazowieckiego, ale bardziej prawdopodobne, że lubelskiego, którzy „przeliczyli się w swoich antysemickich, rabunkowych rachubach”, nie pozostawiając śladu po istnieniu polsko-żydowskiej miejscowości. Ale przecież to znikanie nie dotyczy wszystkich miejscowości rabunkowych, jest wśród nich więcej tych, o których do dziś mówimy głośno, choć sławy tej wolałyby uniknąć. Bełżec, Sobibór, Treblinka czy Chełmno, te same, o których jeszcze przez cztery dekady pisać będą między innymi Bikont, Reszka, Gross czy Tryczyk. To tylko kilka z ponad tysiąca utworzonych przez Niemców na terenie Polski obozów. Okrutnie doświadczone żywe cmentarze, których ziemie przesiąkły ludzką krwią i tłuszczem, a powietrze jeszcze dziś gna pełne żalu głosy. W Sobiborze, gdzie do niedawna sprawnie działały płuczki pomagające odnaleźć złoto w zbiorowych mogiłach zgładzonych Żydów Canin zostaje podejrzewany o tę samą nienawistną chęć plądrowania. Być może przez jednego z bohaterów „Płuczek” Pawła Piotra Reszki, albo jego krewnego – dziada, ojca, wuja. O podróży autora „Przez ruiny i zgliszcza”, i o tym zdarzeniu w Sobiborze Reszka wspomina w swojej książce. Wtedy był rok 1946, milicja przepędzała kopaczy, liczących na coś jeszcze, by za dziesięć lat wrócili oni znowu. Przyjeżdżają z daleka, napełnieni siłą niedzielnego nabożeństwa („Może i księża powinni coś powiedzieć, ale nie zwracali na to uwagi” – powie jeden z „kopaczy” w książce Reszki), od poniedziałku zaczynają ciężką pracę. Przecież sami nazywają siebie wytrwałymi, dlatego, że chcieli kopać w różowej masie. Zjeżdżają z okolicznych, i bardziej odległych miejscowości i większych miast, przez lata. Cztery dekady trwa ten proceder. Przynajmniej dwa pokolenia nieuświadomionego społeczeństwa, które z pominięciem niedziel przyjeżdżają z odległych miejscowości, aby wzbogacić się na tej tragedii, jaką przepełnione są ziemie dawnych obozów. Ale żadne z nich nie wzbogaca się na tym procederze na tyle, aby odmienić swój los,  Być może są wśród spotkanych przez Canina mieszkańców Sobiboru, Bełżca, a nawet Lublina ci, o których pisze Reszka. Ci sami, którym nie udało się okraść z tego, co zostało z żydowskich miasteczek i domów, przyszli do grobów.

„Jedyna droga ocalenia Żydów prowadziła przez kontakt z miejscową ludnością” pisał Jan Grabowski u Tomasza Grossa, a myśmy, w przeważającej części tą drogą nie poszli. Kontakt z Żydem kojarzył się chłopskiej polskiej ludności z motywem Żyda powracającego, aby upomnieć się o swoje. Jednak bezpodstawny lęk nie przeszkodził temu samemu chłopu okradać groby, podobnie, jak wcześniej robił to z domami. W co wierzył polski chłop? Może w bojaźń Bożą? Przecież rozmówcy Reszki, Tryczyka i wielu innych często zaznaczają, że zostali za swoje działania ukarani od Boga. Czy jednak silniejsza była wiara w żydowskie złoto, w które, jak pisze Katarzyna Andersz (Odkopywanie Żydów z pieniążkami, Chidusz, 1/2020) głęboko wierzyli mieszkańcy Bełżca, Sobiboru i innych miejscowości sąsiadujących z masowymi grobami obozów zagłady?

Niech odpowiedzią będą słowa Alicji Kościan, rozmówczyni Mirosława Tryczyka w jego książce „Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć”, która mówi: „Mamy jeszcze bardzo dużo do zrobienia na polu dialogu z Żydami”. A ich uzupełnieniem i przestrogą dla krótkiej i wybiórczej pamięci fragment wypowiedzi rozmówcy Pawła Reszki: „bo jak nie będziemy pamiętać, to znaczy, że to, co się tu stało, niczego nas nie nauczyło. I, że może się kiedyś powtórzyć.”

Cytaty:
Przez ruiny i zgliszcza. Podróż po stu zgładzonych gminach żydowskich w Polsce, Mordechaj Canin, Wydawnictwo Nisza, Warszawa, 2018.
Płuczki. Poszukiwacze żydowskiego złota, Paweł Piotr Reszka, Wydawnictwo Agora, Warszawa, 2019.
Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć, Mirosław Tryczyk, Wydawnictwo Znak, Kraków, 2020.
Złote żniwa. Recz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów, Jan Tomasz Gross, Irena Grudzińska-Gross, Wydawnictwo Znak, Kraków, 2011.
comments

Leave a Comment