Opublikowano: 13 grudnia 2019 Autor: Monika Mellerowska Comments: 0

Zaglądając po siedmiu latach od pierwszego wydania do książki Zdzisława Skroka „Wymowność rzeczy” (Wydawnictwo Iskry, 2012) zaskakuje czytelnika jej aktualność, choć akurat w przypadku tej książki powinna raczej przerażać.

Nieuchronność zagłady Ziemi, dyktowana ludzkim istnieniem, a co za tym idzie bezmyślnym korzystaniem z ziemskich zasobów ciągle jest aktualna i – niestety – niezmienna. Zdajemy się zapominać, że na Ziemi jesteśmy tylko gośćmi, i powinniśmy zostawić ją taką, jaką zastaliśmy. Tymczasem to my nadajemy puls światu, i podwyższamy go każdego dnia od nowa – kupując, konsumując, produkując i robiąc inne bezmyślne działania, na które nie znamy lekarstwa. Budujemy kipiące, niczym czyrak ropą, hałdy rzeczy niepotrzebnych, skonsumowanych – albo i nie. Gromadzimy śmierdzące gazami przemiany materii góry nabytych i wyprodukowanych w tym kancerogennym pochodzie przedmiotów, odpadków, rzeczy umarłych i żywych, z których część przynajmniej wygra w rękach kloszarda nowe życie, ale ogromna większość będzie konać i umierać w męczarniach, męcząc przy okazji nas swymi agonalnymi wyziewami.

To przerażający taniec ludzki, w którym krążymy po ulicach miast, kręcąc się bezmyślnie w sklepach za niepotrzebnymi rzeczami (a przynajmniej za rzeczami, bez których moglibyśmy się obejść). Pijemy kawę z papierowych kubków, nie troszcząc się o to, co się z nimi stanie, jemy śmieciowe jedzenie ze śmieciowych naczyń, nie bacząc na rosnące góry nierozkładalnej „porcelany” XXI wieku. Nie liczymy się z niczym krążąc bezmyślnie po ziemi. Ani z własnymi odchodami poproduktowymi, ani z samymi produktami, których piękna nawet nie dostrzegamy, nie mówiąc już o zapamiętaniu. „Tyle dobra, tyle dobra na marnację idzie. (…) Kupują, kupują, a zeżreć nie mogą, tłuste brzuchy, wielkie gęby, puste łby” mamrotała pod nosem Dzika Baśka, bohaterka książki Joanny Bator „Ciemno, prawie noc” (W.A.B., 2012) to słowa, które dla wielu z nas stały się przez ostatnie lata mantrą, jednak jak się okazuje łatwo zamieniliśmy je w pusty slogan.

„Świat, który nas otacza, złożony jest z przedmiotów czyli z cząstek i form nieożywionej materii oraz istot żywych” – pierwsze zdanie w książce Zdzisława Skroka ‘Wymowność rzeczy’ jest zapowiedzią tego, o czym książka będzie, i tej zagadki, jak z horroru rodem, co jest nieożywioną materią, a co istotą żywą.

Zacznijmy od tego, iż – według Zdzisława Skroka – rzeczą nie jest to, co otacza ludzi. To przedmioty stanowią otoczenie. Na przedmioty składają się wszelkie naturalne składniki przyrody. Z nich – po wykorzystaniu przez człowieka – powstają rzeczy. Rzeczy, które z kolei stanowią część świata otaczającego ludzi. Te właśnie rzeczy – w swej szczególnej zdolności rozmnażania i powielania, najczęściej niekontrolowanego – pochłonęły świat ludzki. Już ponad sto lat temu zauważył to Fryderyk Nietzsche stwierdzając, iż „jesteśmy już tylko polem uprawnym dla rzeczy”, stanowimy jakoby dodatek, a nie odwrotnie.

Człowiek został owładnięty niepohamowaną chęcią posiadania. Niezależnie od potrzeb, stanu materialnego, stanu zdrowia czy poziomu kultury chcemy mieć. Ciągle i ciągle przyswajać nowe, niekoniecznie potrzebne rzeczy. Produkując kolejne, często bez konkretnego celu ich przeznaczenia, nie mówiąc już o pomyśle na utylizację, bo przecież kiedyś się znudzą, częściową zużyją, kiedyś zostaną zastąpione przez kolejne produkty ludzkie. Te artefakty (ludzkiej głupoty, albo braku wyobraźni) posiadły świat ludzki tylko dlatego, że nie potrafiliśmy określić ścieżki ich przeznaczenia i nie pomyśleliśmy, wytwarzając je, że nie jesteśmy wieczni. Że to „człowiek (…) starzejąc się, traci na wartości, a szlachetne rzeczy zyskują”. Ile jednak tej szlachetności w otaczających nas rzeczach? Ile z tych uzbieranych, pochowanych po szafach dowodów naszej przeszłości ma swoją historię? Ba, ileż tych z historią ląduje na bulgoczących wyrzutach ludzkiej konsumpcji?

„Marzyliśmy o nich, dotykaliśmy, chcieliśmy spać z nimi w łóżku, trzymać pod poduszką, a po przebudzeniu najpierw sprawdzaliśmy, czy naprawdę istnieją, czy zły czarodziej nie zabrał ich do krainy snów. Ich kształt i fakturę zapamiętaliśmy na zawsze …”.

O historii właśnie i o wartości rzeczy z przeszłością pisze Zdzisław Skrok. To, jak ważne jest przywiązanie – jeśli nawet nie materialne (bo różne są zawirowania losu), to przywiązanie mentalne (zachować w pamięci wspomnienie inskrypcji na szkatułce, jaką dziadek podarował babci).

Dawniej bowiem wierzono, iż ze względu na istnienie biorące początek od Stwórcy, rzeczy są święte. To nie człowiek wymyślił daną rzecz, ale jego umysł, a dłonie wykonały – bo taki dostał dar. Wówczas rzecz była otaczana szacunkiem, długo można było świętować jej powstanie i szanować ją, nie zamieniając bezmyślne na nową, ładniejszą czy po prostu kolejną. Takie szanowane rzeczy miały duszę, miały swojego wytwórcę, człowieka, który je wymyślił z jakichś względów, potrzeb i według posiadanych zdolności. To była materia, wnętrze rzeczy, jej siła. Jak w książce Yoko Ogawy Muzeum ciszy (W.A.B., 2012) – każda z tych rzeczy opowiadała historię właściciela, który często też był wytwórcą.

W rozdziale „Kłopot z materią” autor uświadamia czytelnikowi istotę duszy rzeczy, wykłada jej odtwórczą rolę, nie tylko w kwestii przydatności (bądź też nie), ale i historii. Przybliżając genezę choćby latryn (rozdział „Latryny”) maluje obraz rosnącej świadomości ludzkiej, rozwój techniczny i rys historyczny miast. Wydobywając w ten sposób z tychże latryn (nie tylko w sensie dosłownym, ale także) przeszłość społeczeństw. Zresztą nie tylko z latryn Zdzisław Skrok odkrywa przeszłość (jako archeolog), ale i z tajemniczych butelek czarownic, z luster, a nawet z siekiery. To taka archeologiczna geneza, kopalnia wiedzy, historia z czystego źródła, u którego początków mało kto szuka. Czysta forma.

Znajdziemy też w tym zbiorze esejów teksty, które przybliżą archeologię domową („Archeologia domowa”), a w nim między innymi wytęsknione przez lata łyżwy („stylowe, przypinane do zwyczajnych butów”), rzutnik Krokus („bakelitowy, czarny, obły, z żarówką w formie odwróconej kropli”), kufel („dotyk grubo ciętego wyszczerbionego szkła wypełnionego chłodnym, pienistym płynem”) czy też gramofon Bambino („był filharmonią naszych młodzieńczych wzlotów” ). Wszystko to rzeczy hołubione, traktowane – wówczas – na równi z domownikami (nawet antropomorfizowane), nie z tych, które po chwilowej fascynacji lądowałyby w śmietniku martwych fantomów człowieczeństwa, ale nabywane z rozmysłem, wielkim trudem i poświęceniem. Całość zamknięta jest w okładce, na której znajduje się wymowny artefakt ludzkich umiejętności. Grzebień, dwustronny – już wtedy (znaleziony w Ostrowie Lednickim w roku 1963) – rzadki i gęsty, zdobiony ornamentami. Iluż jego braci pośrednich musiało przepaść w otchłani buzujących gazami gór aby mógł zostać zastąpiony w prawie niezmienionej formie przez młodsze pokolenie grzebieni?

Książka Zdzisława Skroka uświadamia horror i piekło, które budujemy. To nie tylko wspomnienia arcyciekawej pracy autora-archeologa przybliżające pochodzenie przedmiotów i rzeczy. To szokujące przebudzenie w kosmosie naszych śmieci. Historia śmierci – nie rzeczy, jakby się pozornie wydawać mogło, a człowieka. Śmierci w górze śmieci, wonnych gazach, które podtruwają powoli, aby wybuchnąć barwnym grzybem ludzkich odpadów bezmyślności. Pisze autor „przede wszystkim nie ulegajmy terrorowi rzeczy. Tak, jak my lubimy je mieć, czerpiąc z tego radość, tak i one pragną mieć nas i znajdują na to wcale niemałą liczbę sposobów. Chętnie się mnożą i podkreślają swoją wartość i nieodzowność”.

Może zamiast co sekundę wyrzucać do oceanów tony odzieży warto przywrócić stare targowiska rzeczy niechcianych na szerszą skalę, nie powstałoby tyle targowisk próżności i zbytku na obrzeżach miast? Może wtórne życie rzeczy podtrzymywałoby historię zapisaną w przedmiotach, a otaczająca je aura byłaby niemym, lecz symbolicznie przemawiającym świadkiem czasów?

„Dziś mędrcy powiadają, że nadmiar rzeczy osłabia nasze człowieczeństwo, odbiera nam bezpośredni kontakt z tym, co najcenniejsze, z prawdziwą materią życia. Pochłania czas, odbiera zdrowie, prowadzi do uzależnień. Na skutek nadmiernego panowania rzeczy żyjemy nieautentyczni, oddzieleni przez nie od najważniejszej prawdy i treści istnienia” . Zamiast budować relacje między sobą, budujemy sterty rzeczy niepotrzebnych, rzeczy, które nam zbrzydły, znudziły się. Niestety, ta prawidłowość daje się też zauważyć w stosunku do ludzi – i przyjaciół zaczynamy zmieniać w tempie zastraszającym, odstawiamy ich najpierw na boczne tory, aby koniec końców pozbyć się ich raz na zawsze na swoistym wysypisku ludzi niepasujących. Czasem przeraża mnie to uczucie pulsowania świata. Nie świata natury – miłe i kojące uczucie, jak oddech Ziemi i bicie jej serca – tego wnętrza złotego, nieodkrytego, ale pulsowanie zewnętrznego krwiobiegu ludzi, który niczym rak toczy ciało ziemskie. Ludzie podobni do wirusów depczą i niszczą, goniąc jak ślepe i pijane dusznym powietrzem muchy. Jakby nie mogli się zatrzymać, złapać na lep, na coś, co ich z tego rozgorączkowanego snu chorego organizmu wyciągnie.

Po lekturze książki Zdzisława Skroka pojawia się pytanie – kto skończy tragiczniej tę odwieczną walkę o miejsce na Ziemi? Ludzkie szczątki czy szczątki ludzkiej próżności? Dziś zdajemy się nie wiedzieć, ciągle łudzimy się nadzieją karmioną naszymi zrywami w celu ratowania ziemskiego Domu. Jednak czy za tysiąc lat ktoś, kto być może odkryje to, co po nas pozostało nie będzie się zastanawiał, kto tu żył i kto kim rządził?

Źródła cytatów:

Z. Skrok, Wymowność rzeczy, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2012.

J. Bator, Ciemno, prawie noc, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012.

comments

Leave a Comment