Posted on: 22 października 2017 Posted by: Paweł Stachowiak Comments: 0

W samym oku medialnego cyklonu wywołanego wywiadem dla „Tygodnika Powszechnego” prymas Wojciech Polak przyjechał do Poznania. Spotkanie, dawno już umówione, miało być poświęcone obchodom 600-lecia prymasostwa w Polsce. W sali posiedzeń Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk zebrało się kilkadziesiąt osób reprezentujących środowiska naukowe i twórcze, zgromadzonych przez prof. Waldemara Łazugę. Wszyscy wiedzieli jak trudny moment przeżywa Prymas, bezpardonowo atakowany przez wiele środowisk i osób, które zarzucały mu, iż stał się stroną w politycznym sporze, że dzieli wspólnotę Kościoła, że wypowiada się w sposób autorytarny. Musiało to być dla niego bolesne, ponieważ misję łagodzenia podziałów, jednania, zarówno w wymiarze kościelnym jak i społecznym, uważał zawsze za główne zadanie swej prymasowskiej misji. Wywiadem nikogo z nikim nie pojednał. Czy to niespójność, błąd, brak pokory? Wielu mu to zarzuca, przewrotnie cytując słowa papieża Franciszka o pasterzu, który powinien „pachnieć owcami”, a owce przecież nie chcą wśród siebie, przebranych w uchodźcze szaty, wilków.

Myśli, które wyraził Prymas podczas poznańskiego spotkania mogą służyć jako odpowiedź na tę krytykę a zarazem mówią wiele jak widzi on swoje powołanie. Niewątpliwie głęboko i boleśnie odczuwa fakt, iż tak wielu katolików, szczególnie tych którzy eksponują swą religijność, zamyka się na potrzeby ludzi uciekających z krajów dotkniętych wojną i niedostatkiem. W tym kontekście przywołał negatywną reakcję przeważającej części społeczeństwa na słowa biskupów z 1965 r.: „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Gest profetyczny i błogosławiony, ale przecież niezrozumiany i odrzucony, nawet przez wielu ówczesnych księży. Prymas wie, że niekiedy musi dać chrześcijańskie świadectwo także, a może przede wszystkim, wobec tych owiec powierzonych jego pieczy, które ulegają atawistycznym lękom i resentymentom. Tym bardziej zdecydowanie musi zareagować jeśli sami pasterze zdają się te złe emocje utwierdzać. Ci, którzy uważnie słuchali jego słów, zauważyli, że nie jest wolny od wątpliwości. „Nie przejmuję się tym hejtem”, powiedział, „Pan Bóg dał mi łaskę spokoju”, „jedno co mnie niepokoi to reakcja moich księży, bo może pomyślą, że wolę karać niż rozmawiać.” Wyjaśniał, że twarde słowa o suspensie nie oznaczają bynajmniej autorytarnej woli karania a raczej przestrzegania kanonicznych procedur, które mają przecież doprowadzić do sprowadzenia zbłąkanych na właściwą drogę. „Wierzcie mi”, powiedział, „biskup nie suspenduje księży ot tak” i strzelił palcami.

Gdy słuchałem słów Prymasa na poznańskim spotkaniu i widziałem jak, mimo spokoju ducha, jest przejęty, przypomniał mi się pamiętny esej Jana Józefa Lipskiego z 1981 r.: „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy”. Nie mam pojęcia, czy to kiedyś czytał, ale wiem, że ten fundamentalny dla wielu polskich inteligentów tekst wyraźnie współbrzmi z jego poglądami.  Myśli, które wypowiada w ostatnim czasie abp. Polak, to nade wszystko wyraz zaniepokojenia stanem polskiej wiary i polskiego patriotyzmu, które kryzys uchodźczy poddaje niełatwej próbie. Wiary, która bywa bardziej obrzędową religijnością, wyzbytą ducha ewangelicznej miłości bliźniego i patriotyzmu, który coraz wyraźniej zamyka się w twierdzy lęku i niechęci wobec Innego. Tymczasem, jak pisał Lipski: „Patriotyzm jest z miłości – i do miłości ma prowadzić, jakakolwiek inna jego forma jest deformacją etyczną.” Prymas chce nas przed tą deformacją obronić, uczynić polską wiarę i polski patriotyzm bardziej uniwersalnymi. Jestem pewien, że to on był współautorem słów, które zostały zawarte w opublikowanym kilka miesięcy temu dokumencie episkopatu „Chrześcijański kształt patriotyzmu”: „ukształtował się w polskiej kulturze model patriotyzmu gościnnego, włączającego […]. Patriotyzmu, dzięki któremu Polakami stawali się ci, którzy Polakami zostać chcieli, bez względu na swoje pochodzenie czy pochodzenie ich przodków. Obok katolickiej większości, dobrze służyli naszej wspólnej ojczyźnie i nadal jej służą Polacy prawosławni i protestanci, a także wyznający judaizm, islam i inne wyznania oraz ci, którzy nie odnajdują się w żadnej tradycji religijnej.” Któż potrafi dziś w Polsce tak definiować swoją tożsamość narodową i tożsamość religijną? Jakże to odległe od stereotypu Polaka – katolika! Póki co głos Prymasa zdaje się być głosem wołającego na pustyni, nic nie wskazuje aby docierał on do świadomości ludzi zamkniętych w murach swych racjonalnych i irracjonalnych lęków. Tym bardziej nie są skłonni przejmować się nim polityczni i medialni dysponenci owych lęków. Czy ten głos przyniesie błogosławiony efekt? Prymas jako autentyczny człowiek wiary zdaje się w to ufać, ufajmy zatem i my.

comments

Leave a Comment