Zdawało mi się, że minęły już czasy, kiedy relatywizm zrównywany był z nihilizmem. Tymczasem taki, karykaturalny obraz stanowiska relatywistycznego wyłania się z tekstu Pawła Stachowiaka o preambule polskiej konstytucji.

Autor, posiłkując się zaproponowanym przez Isaiaha Berlina przeciwstawieniem (dobrego) pluralizmu i (złego) relatywizmu, uznaje, że formuła preambuły, której autorem jest Stefan Wilkanowicz, nie jest relatywistyczna, lecz właśnie pluralistyczna. Przeciwko takiej opinii można wyrazić przynajmniej kilka wątpliwości. Co więcej, przekonywać można, że to właśnie relatywizm jest pojęciem najlepiej opisującym przyjęte brzmienie preambuły.

Po pierwsze, można zastanowić się, czy Isaiah Berlin, którego myśl kształtowała się w warunkach zimnowojennej, ideologicznej konfrontacji, jest dziś najlepszym przewodnikiem w kwestii rozróżnień pojęciowych. Jego podejście do problemu pluralizmu jest dalekie od jednoznaczności. Niekiedy (np. w eseju Oryginalność Machiavellego), wbrew deklarowanej gdzie indziej wrogości do relatywizmu jako agnostycyzmu wobec wartości, przekonywał, że pluralizm opiera się właśnie na uznaniu istnienia niewspółmiernych, a zatem nieporównywalnych systemów wartości. Nie przeszkadzało to zarazem temu filozofowi opowiadać się za ideami liberalnymi, jak choćby w bardzo szkodliwym (gdyż niezwykle uproszczającym) rozróżnieniu na wolność negatywną i pozytywną.

Po drugie, nawet autorzy w ostatnich dekadach najczęściej oskarżani o nihilistyczny relatywizm – postmoderniści, tacy jak Jacques Derrida, Jean-François Lyotard czy Jean Baudrillard – nie opowiadali się za uznaniem, że wszystkie istniejące systemy wartości są równorzędne. Wyobrażenie postmodernizmu jako filozofii spod znaku „antything goes” (hasło Paula Feyerabenda, odnoszące się nie do moralności, lecz do metodologii nauki), jest tyleż trwałe, co nieprawdziwe.

Relatywizm – moralny lub kulturowy, w tekście nie jest to sprecyzowane – wskazuje, że zestawy wartości i przekonań danej wspólnoty są określane kontekstualnie (historycznie, przestrzennie, kulturowo), z czego wynika zarazem trudność (i, często, przemoc) związana z próbami ich uniwersalizacji. Nawet jeśli relatywizm kładzie nacisk na to, że konwencje kulturowe (i moralne) są konstruktem społecznym, a nie prawem natury, nie musi wieść do nihilizmu.

Antyfundacjoniści (tacy jak Richard Rorty, zwolennik stanowiska, uwaga, etnocentrycznego) nie twierdzą, że wartości nie istnieją, albo że pozbawione są znaczenia. Z faktu, że są one wytworem ludzkim, nie wynika całkowita dowolność ich kształtowania. Ponieważ wartości te są bardzo często wynikiem długotrwałych, głębokich procesów kulturowych, ich zmiana jest niezwykle trudna. Jeszcze inaczej rzecz ujmując: z tego, że nie istnieją nienaruszalne, akceptowane przez wszystkich („obiektywne”) wartości, nie wynika, że wartości w ogóle nie istnieją bądź nie obowiązują.

Odnosząc zaproponowane wyżej rozumienie relatywizmu do treści preambuły do polskiej konstytucji, dostrzeżemy, że słynna, kompromisowa formuła jest owocem niczego innego, jak właśnie pewnej relatywizacji kulturowej. Dlaczego bowiem w preambule konieczne było w ogóle uwzględnienie invocatio Dei? Albo dlaczego wierzący w Boga są umieszczeni w niej przed niewierzącymi, a nie na odwrót? Otóż właśnie dlatego, że trzeba było uwzględnić (także ze względów pragmatycznych) polskie, lokalne konwencje kulturowe. Trzeba było zatem treść preambuły zrelatywizować do rodzimego kontekstu, a ona sama jest w tym sensie jak najbardziej relatywistyczna (lecz przecież nie nihilistyczna).

Nieco bardziej złożone jest pytanie, czy rzeczywiście zapisy preambuły zgodne są z wizją pluralizmu, którą proponował amerykański filozof John Rawls. W swojej wizji liberalizmu politycznego wskazywał on na niebezpieczeństwo odwoływania się w sferze publicznej do argumentacji zaczerpniętej z tak zwanych rozległych doktryn, takich jak religijna doktryna chrześcijańska. Na przykład w dyskusji na temat aborcji pomiędzy katolikami a ateistami wykorzystywanie argumentacji opartej na społecznej nauce Kościoła będzie nie tylko nieskuteczne (żadnego ateisty taka argumentacja nie przekona), lecz będzie także stanowić przeniesienie w sferę publiczną przekonań partykularnych, niezgodnych z wizją sprawiedliwości jako bezstronności. Wydawać się może, że ustanawiając równorzędność wierzących i niewierzących, preambuła stara się zbudować ramy dla takiej właśnie wizji sprawiedliwości. Czy jednak dalsze, szczegółowe zapisy konstytucji rzeczywiście taki stan rzeczy zapewniają, czy też – jak twierdzą niektórzy konstytucjonaliści – traktują Kościół katolicki w sposób uprzywilejowany wobec innych grup wyznaniowych? Sądzę, że John Rawls miałby tu sporo wątpliwości.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.