Posted on: 14 października 2014 Posted by: Józefa Hennelowa Comments: 1

tu-i-teraz600

Dzień  Papieski, w niedzielę 12 października, wybuchł niespodziewanie, bo wcześniej zapowiadano przede wszystkim obchody rocznicy inauguracji pontyfikatu św. Jana Pawła II. Od razu jednak było to święto głośne i pełne blasku. Najważniejszą rolę w mediach elektronicznych (prasa potrzebuje więcej czasu na przygotowanie) odegrali stypendyści Dzieła Nowego Tysiąclecia, których jest już ponad dwa tysiące. Byli wolontariuszami zbiórki na dalszą działalność fundacji w całej Polsce, wypowiadali się w programach. To młodzież gimnazjalna, licealna, studencka. Miła i sympatyczna. Chciałoby się tylko usłyszeć więcej o ich planach, skoro zapowiadają się jako elita katolicka w naszym kraju, tym bardziej że pewne wypowiedzi budziły znak zapytania. Nie mówię tutaj o osobach uzdolnionych artystycznie, które pewnie za kilka lat będą już próbować się realizować. Zdziwiło mnie jednak, gdy niektórzy z nich z zapałem zapowiadali wybór dziennikarstwa jako aktywności życiowej. Dużo by mówić o tym, na ile jest to naprawdę najpotrzebniejsza funkcja w społeczeństwie, które chce, by chrześcijaństwo w Polsce nie słabło ani nie zamieniało się w tradycję, ale stawiało czoła wyzwaniom XXI wieku, który zdaje się zapowiadać wyjątkowe trudne egzaminy. Na pewno potrzebni są nauczyciele i wychowawcy, niezależnie od tego, czy rzeczywiście będą pracować w szkołach. Po prostu mistrzowie, których coraz bardziej brakuje. Potrzeba ludzi, którzy umieją  komunikować się z innymi i realizują zasadę naszego papieża o stawianiu sobie wymagań, których nikt inny nie stawia. W ostatnim programie „Tomasz Lis na żywo” (z 13 października) usłyszałam bardzo ważną uwagę: szkoda, że studenci medycyny w ogóle nie są szkoleni w tym, jak należy rozmawiać z chorymi, gdy się rozpoczyna leczenie albo gdy trzeba mówić o najtragiczniejszych perspektywach. A przecież nie tylko lekarze nie umieją dzisiaj rozmawiać… Czekam więc na tych stypendystów, którzy powiedzą, że nie szykują się do roli działaczy medialnych, ale chcą zostać mistrzami właśnie. To perspektywa, która by pocieszała. Zwłaszcza z jednego powodu, już bardzo osobistego. 

Dzisiaj, 14 października, w krakowskim wydaniu „Gazety Wyborczej” potwierdziła się, dotąd traktowana jako pogłoska, wiadomość: obecna redakcja „Tygodnika Powszechnego” planuje porzucenie lokalu przy Wiślnej 12, w którym pismo wyrosło przed siedemdziesięciu laty dla pełnienia wyzwań stających przed wierzącymi. Ewentualna przeprowadzka równałaby się dla mnie niemal ze zmianą tytułu pisma, ale uznaję, że to nie ja decyduję tylko młodzi, którzy mają własne cele. Zawiązana dopiero co współpraca Centrum Kopernika z redakcją „Tygodnika Powszechnego” wydaje się być trafną odpowiedzią na dzisiejsze wyzwania. Jednak z momentem, gdy zniknie wnętrze redakcji dotychczasowej, znikną też zwyczajne ślady po przeszłości, która dla mnie jest obecna w murach, dekoracji ścian, portretach, oprawionych wycinkach numerów. Co będzie znaczyła przeprowadzka redakcji dla czytelników „Tygodnika Powszechnego” dowiemy się, jeśli redakcję o to zapytamy. Wszystko przed nami, także tymi, którzy, jak ja, stoją już z boku.

comments

1 people reacted on this

  1. „Porzucamy” Wiślną 12 mniej więcej tak samo jak papież Franciszek apartamenty, w których mieszkali jego dostojni poprzednicy. Owszem, w Domu Świętej Marty (czyli w banalnym hotelu księżowskim) nie ma „śladów po przeszłości, obecnej w murach, dekoracji ścian, portretach”. Jest za to, jak rozumiem, skromniej i taniej. Niełatwa decyzja o przeprowadzce ma przynieść redakcji oszczędności na czynszu (kurialne stawki są rekordowo wysokie), a niżej podpisanemu redaktorowi siedzącemu przy nieszczelnym oknie a piecem pozwoli pewnie nie zachorować na kolejne zapalenie płuc.

Leave a Comment