Główna myśl, jaka nasunęła mi się ostatnio po lekturze felietonu Józefy Hennelowej z najnowszego „Tygodnika Powszechnego” brzmiałaby, gdybym miał ją wypowiedzieć, mniej więcej tak: „trudno jest być Józefą Hennelową”.

Pani Redaktor podjęła temat w mediach bardzo nośny i głośny, a mianowicie wypowiedzi minister Elżbiety Radziszewskiej na temat zatrudniania osób homoseksualnych w szkołach wyznaniowych. Nie ukrywam, że wspaniale rzecz uzasadniając Józefa Hennelowa wyraziła zdanie, pod którym się w pełni podpisuję i które starałem się przedstawić w kilku rozmowach poświęconych temu tematowi nim jeszcze miałem sposobność tekst Pani Redaktor przeczytać. Nie dziwi mnie też fakt, że punkt widzenia Pani Józefy nie przypada do gustu żadnej ze stron, przy czym określenie „przypaść do gustu” jest w tym (ale i w wielu innych) wypadku wyjątkowo delikatne. Nie jest to bowiem pierwszy przecież raz, kiedy głos rozsądku jest w najlepszym przypadku pomijany.

Z wypowiedzi wieloletniej Redaktor „Tygodnika Powszechnego” zwykle bije mądrość – towar w dzisiejszym dziennikarstwie niezwykle deficytowy. W dobie społeczeństwa informacyjnego pogoń za newsem zredukował, a wręcz odebrał dziennikarzowi czas na refleksję nad swoim postępowaniem oraz rezultatem swojej pracy: informacją, którą przekazuje światu w tej czy innej formie. Hennelowa zaś w każdym swoim felietonie porusza temat istotny dla człowieka. Co więcej, czyni to w absolutnym szacunku dla człowieka, mając na względzie jego dobro. Aż chciałoby się powiedzieć, że uprawiane przez Panią Redaktor dziennikarstwo to wypełnienie zasady znanej nam z Ouest France „mówić nie szkodząc, pokazywać nie szokując, opisywać nie atakując, ujawniać nie skazując”.

Problem jednak w tym, że mądrość jest dziś traktowana z przymrużeniem oka. Ci, którzy aspirują do miana inteligentów albo sami wynoszą się ponad faktyczną mądrość uważając siebie za podstawowe źródło wiedzy, rozsądku i inteligencji, albo też, mając świadomość swojej ułomności, dystansują się jednak od wiedzy pozyskiwanej od swoich „mistrzów” określając ich raczej istotami z innej, minionej epoki. Nic w tym dziwnego, wszak nie od dziś wiadomo, że o wiele łatwiej stawiać jest, nawet za życia, pomniki, niźli zgłębiać faktyczną mądrość swoich „mistrzów”, których pewnie traktują bardziej jak swoich idoli.

I to właśnie w tym miejscu rodzi się podstawowa trudność w „byciu Józefą Hennelową”. Nieraz bowiem słyszałem już, że jej felietony nie przystają już do dzisiejszych wymogów dziennikarstwa. Są to jednak głosy ludzi, którzy patrzą na media z marketingowego punktu widzenia. I nietrudno pod tym względem uznać, że publicystyka Hennelowej jest mniej atrakcyjna niż wymyślne publikacje mistrzów ognistego języka i ciętej riposty. Nie można jednak publicystyki Hennelowej traktować jako produktu, który musi się świetnie sprzedać. Nie taka jest bowiem rola Pani Redaktor, tak jak nie jest to jedynym zadaniem „Tygodnika”. Niejednokrotnie zresztą podkreślał to ks. Adam Boniecki, który mówił, że tak długo, jak będzie naczelnym, będzie bronił stałej rubryki Hennelowej na łamach pisma: „Bardzo ważne, że jest z nami, tworzy z nami to pismo, Józefa Hennelowa, bezcenny świa­dek tradycji, człowiek o wielkiej wrażliwości dziennikarskiej” – mówił w wywiadzie udzielonym mnie i moim kolegom z Klubu „TP” w Poznaniu. Nie musi więc Józefa Hennelowa pisać fikuśnie i ostro. Kluczowa jest w tym wypadku misja.

Kolejną zaletą publicystyki Hennelowej jest bezkompromisowość. Któż bowiem inny, oczywiście z troski, jest gotów skrytykować pismo na jego łamach? Można też natychmiast dorzucić: które pismo pozwoli sobie opublikować taką krytykę, nawet najznamienitszego własnego autora? W tym samym wywiadzie Ksiądz Boniecki tak mówi o swojej starszej koleżance: „Głos sumienia, często głos surowy, zawsze jednoznaczny i pełen cudownej życzliwości. No i świadek-uczestnik historii Tygodnika”. Dobrze byłoby też, gdyby Redakcja zechciała również wziąć sobie ów głos do serca.

Mam jednak również wrażenie, że z owej szczerości i bezkompromisowości wyłania się kolejny komponent mądrości Hennelowej: jej olbrzymia troska i wola do tworzenia wspólnego dobra. Stąd, jak mniemam, Pani Redaktor odnajduje w sobie siły do dalszej publicystyki na łamach „TP” i uszanowania zmian, które przecież nie zawsze były po jej myśli. I to jest kolejny przejaw owego trudu w odnalezieniu zrozumienia i wspólnego języka pomiędzy nowym, a starym „Tygodnikiem”.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.